środa, 11 września 2013

Szybki obiad: zupa-krem z cukinii.

       Gaba nareszcie zasnęła. Miałam chwilę spokoju i jakąś godzinę na zrobienie obiadu. Żółciutka cukinia uśmiechała się do mnie z kuchennego blatu. Postanowiłam więc wykorzystać ją na maxa.. A właściwie na miksa ;-) A zainspirowały mnie... zupki warzywne, które codziennie przygotowuję Gabuni ;-)

Ponieważ cukinia jest ze swej natury dość mdła, a my preferujemy bardziej zdecydowane smaki, postanowiłam ją trochę "ożywić", przyprawiając Salsą de yucatan. Podobny efekt można uzyskać kilkoma szczyptami chilli.

poniedziałek, 9 września 2013

Ciąża - lubisz to?

      Będąc jeszcze w ciąży dość aktywnie udzielałam się na pewnym forum internetowych, dedykowanym przyszłym mamuśkom. Pamiętam, jak w którymś momencie rozgorzała dyskusja na temat przedstawiania ciąży w mediach. Przyznaję, irytująca sprawa. Popularny obraz ciężarnej nie ma bowiem zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Albo inaczej - jest wyidealizowany. A sama ciąża - no cóż - jest stanem od ideału dość dalekim.

       Oczywiście generalizować nie można, ponieważ biorąc pod uwagę tysiąc kobiet, mamy do czynienia z tysiącem różniących się od siebie ciąż. Jedna z nas przytyje w czasie tych dziewięciu miesięcy co najwyżej 5-6 kg, inna aż 30. Część będzie prowadzić monologi nad sedesem co ranek, ale zdarzą się też takie, które nie zaznaja uczucia mdłości w ogóle. Przykłady można mnożyć. Ale medialny obraz ciężarnej wciąż irytuje.

niedziela, 8 września 2013

Matka zazumbowana!

       Zapewne większość z Was słyszała już o fitnessowo-tanecznym hicie ostatnich lat- Zumbie. Ja długo nosiłam się z zamiarem sprawdzenia, o co tyle hałasu, ale nigdy nie miałam ani na tyle odwagi, ani szczęścia by trafić na wolne miejsce w grupie. Tak, tak... Na początku trzeba było zapisywać się co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem. I rzadko zdarzało się, by w ostatniej chwili ktoś zrezygnował i zwolnił miejsce. 
Teraz jednak tego typu zajęcia można spotkać w większości centrów sportowych, które oferują grupowe spalanie kalorii przy muzyce. Ponieważ na weekend wybrałam się do rodziców, postanowiłam odwiedzić mój stary klub fitness, którego przed zajściem w ciążę byłam częstą bywalczynią. Teraz mogę śmiało dołączyć do wielbicieli Zumby. Dawno już nie czułam się taka zmęczona i... szczęśliwa ;-)



        O co w tym wszystkim chodzi? Zumba jest połączeniem elementów tańca i aerobiku, łatwych kroków i szybkiego (nieraz i szalonego!) tempa. A wszystko w latynoamerykańskich rytmach, stwarzających atmosferę dobrej zabawy, gwarantującej energetyczego kopa i spory ubytek kalorii. Wygląda to mniej więcej tak:


        Za to człowiek po godzinie zajęć wygląda już nieco gorzej... Moja twarz przybrała kolor soczystego buraka i pozostała taka jeszcze przez ponad godzinę. Płuca i gardło pobolewały mnie trochę dłużej. Koszulka była tak mokra od potu, że mogłaby z niej coś spokojnie wycisnąć. Za to zakwasów - BRAK. I to jest szalenie piękne, bo nie ma nic gorszego od  nieznośnego bólu mięśni następnego dnia.

       Komu mogę polecić Zumbę? Przede wszystkim tym osobom, które chciałyby poprawić kondycję, spalić tłuszczyk, ale nie lubią "pompowania" i "wyciskania", tak jak ja. Z doświadczenia wiem, że większość klubów fitness oferuje zajęcia takie jak TBC czy Shape, bazujące na powtarzającej się serii ćwiczeń (patrz - Ewa Chodakowska). Tutaj mamy zupełnie inny typ aktywności, bardziej zbliżony do szaleństwa w dyskotece niż męczeniu brzuszków i pompek. W moim grafiku Zumba na pewno zagości na stałe, choćby te dwa razy w tygodniu. I mam nadzieję, że efekty będzie widać już wkrótce!

środa, 4 września 2013

TEN dzień.

     Minęło już pięć miesięcy od tego przełomowego dnia, a ja dopiero teraz zebrałam wszystkie wspomnienia "do kupy". I postanowiłam się nimi podzielić. Jak było? Pięknie, strasznie, magicznie, męcząco... Zresztą - przeczytajcie sami.

     Gaba urodziła się dokładnie dwa tygodnie po terminie z OM, 10 dni po terminie z USG. W ksiażeczce zdrowia, w rubryce "czas trwania porodu" wpisane mamy 12 h 50 min, w tym aż 1,5 h (!) w II fazie porodu. Waga urodzeniowa - 3650g, długość - 55 cm. Na USG po przyjęciu do szpitala obliczono wagę małej a 3300g ! W II fazie porodu dowiaduję się, że mam bardzo wąskie spojenie łonowe, a główka małej opiera się na moim talerzu biodrowym i nie chce zejść w kanał rodny. Potem wisi nad nami widmo porodu kleszczowego. Było nacinanie krocza, był chwyt Kristellera, było chyba 10 osób w pokoju, w tym aż 4 lekarzy. I to wszystko bez znieczulenia, które, owszem, miało być, ale jakoś tak wyszło... Już po wszystkim położna powiedziała mi, że od samego początku była niemal przekonana, że poród zakończy się cc. A jednak się udało.. 
       Takie są fakty. Wiem, że brzmią przerażająco, ale dopiero przed chwilą, składając te wszystkie elementy w całość, uświadomiłam sobie, jak poważna była sytuacja. Bo ja NAPRAWDĘ mój poród wspominam dobrze... Mimo bólu, komplikacji, strachu o zdrowie swoje i dziecka.

Jak to się stało, ze zachowałam pozytywny obraz tego dnia?
Po pierwsze - miałam wspaniałą położną. Nie była opłacona.. Po prostu przyszła na  swój dyżur. Złapałyśmy super kontakt, tłumaczyła mi wszystko, pomagała, uspokajała, dodawała otuchy. Wydaje mi się, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, jak ten dzień odbieram.. No i że wszystko się szczęśliwie skończyło.
Po drugie - cały czas był ze mną mąż. Mogłam więc zapomnieć o strachu czy niepewności i skupić się na pomyślnym wykonaniu zadania, które mnie czekało. Nie wiem, czy sama dałabym radę przejść przez to tak dzielnie.
Po trzecie - poród aktywny w I fazie. Po podaniu oksytocyny, gdy skurcze przestały łaskotać, a zaczęły boleć, praktycznie w ogóle nie leżałam. Skakałam na piłce, byłam pod prysznicem (również z piłką), chodziłam ( a chwilami wręcz miałam za zadanie szybko maszerować) po korytarzu. Dzięki temu i ból był do zniesienia, i akcja rozwijała się szybciej.
Po czwarte - to, że rodziłam 13 godzin, nie znaczy, że zmagałam się tyle ze skurczami nie do zniesienia. Trwanie porodu policzono od chwili odejścia wód (ok. godz. 1 w nocy). Zanim się dostałam na porodówkę była godz. 2. Położna z nocnej zmiany po podłączeniu KTG kazała mi... odpocząć do rana. I tak naprawdę dopiero od godziny 8 rano rozpoczęła sie prawdziwa akcja. Tak więc według mojego przelicznika, rodziłam jakieś 7 godzin.
Po piąte - gdy przytuliłam Gabę, natychmiast zapomniałam o bólu. Tak, to stare przekonanie sprawdziło się w moim przypadku. Świat przestał istnieć.

       Na koniec dwa słowa do dziewczyn, które dopiero czeka pierwszy poród. Oksytocyna nie jest taka potworna, jak to niektóre kobiety opisują. Nie przeczę, boli. Ale jest to ból do zniesienia. Bardzo, bardzo duże znaczenie ma Wasze nastawienie, Wasze emocje. I jedna dobra rada - w szkołach rodzenia ćwiczy się oddychanie wcale nie dla zabawy...Ono się przydaje - i naprawdę pomaga zredukować ból. Kiedyś nie chciało mi się wierzyć, że to działa. Dzisiaj przyznaję, działa! Także wdech-wydech, wdech-wydech! 


poniedziałek, 2 września 2013

5 miesięcy!

Waga: ok. 7000g
Długość: 66 cm
Rozmiar ubranek: 68/74
Zębów: wciąż brak (ale to kwestia niedługiego czasu)

      Wczoraj Gaba skończyła 5 miesięcy! Tak szybko! Sierpień minął nam piorunem. Nic dziwnego, bo ten miesiąc obfitował w wiele atrakcji. Było kolejne szczepienie, wizyta u alergologa, pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd. Ten ostatni nasza córcia zniosła bardzo dzielnie, pozostawiając nam przekonanie, że wprost uwielbia podróżować. Z pozostałych zmian - zacżęły rosnąć włoski (nareszcie!), a ja zakończyłam karmienie piersią. 
      Na szczęście w ostatnim miesiącu nie mieliśmy żadnych problemów zdrowotnych. Pojawiły się natomiast pierwsze przeboje z zasypianiem - ostatnio znacznie częściej usypiam Gabę na rękach. Czasem natomiast wystarczy trzymanie małej za rączkę i zaśpiewanie 2-3 piosenek.. Tak, właśnie w ostatnich tygodniach okazało się, jak bardzo nasza Żabka lubi słuchać mojego fałszowania. Poszerzam więc znajomość repertuaru kołysanek i innych piosenek dla dzieci.



W piątym miesiącu odnotowaliśmy następujące postępy:

- głośny śmiech (czasem długi i aż do rozpuku)
- głośne gaworzenie i nieśmiałe próby wymawiania pierwszych sylab
- ślinotok permanentny
- "zjadanie" wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ręki
- obroty z pleców na brzuszek w mgnieniu oka
- pozycja na brzuszku stała się ulubioną pozycją spędzania czasu
- "pływanie" na brzuszku, podpieranie się na prostych rękach i wyginanie ciała taaaaak wysoko do góry (tzw. foczka)
- wkładanie stópek do buzi i oczywiście namiętne ich smakowanie
- próby pełzania i przybrania pozycji "na czworaka"
- próby siadania z pozycji półleżącej (w foteliku i leżaczku)
- i dosłownie kilka dni temu - długo oczekiwane podciąganie się do siadu! A stało się to z dnia na dzień - Gaba chwycona za rączki podciągnęła się zupełnie sama i po chwili była już w pozycji siedzącej ;-) Wielka radość zszokowanej matki ;-)

      A wczoraj, siedząc na moich kolanach, córcia złapała trzymany przeze mnie w ręku kubek z herbatą (lekko ciepłą, spokojnie) i jak gdyby nigdy nic przyciągnęła go do buzi, najwyraźniej chcąc się napić. Szczęka opadła mi do samej ziemi. Chyba już czas na wyciągnięcie z szafki kubka-niekapka ;-)




sobota, 31 sierpnia 2013

FITpostanowienia...

        No i się sprawa rypnęła.

       Jakies półtora miesiąca temu, a dokładnie o tu, publicznie obiecywałam wyciskać z siebie siódme poty, by wrócić i do wagi, i do równowagi. Skończyło się na trzech godzinach jogi. A potem zawsze była jakaś wymówka. Przecież wiecie same, jak trudno mamie niemowlęcia wyrwać się samej z domu ;-) Efekt jest taki, że najpierw schudłam kilogram, a potem przybrałam półtora. Sukces jak cholera. Tylko się pochlastać.
     Na szczęście pierwszy września to data podwójnie motywująca - zawsze będzie mi się kojarzyć z początkiem czegoś nowego. Zwłaszcza, że poprzednią moją przygodę z fitnessem (bardzo zresztą udaną) rozpoczynałam właśnie we wrześniu. Od jutra nie ma wymówek, pracuję nad sobą każdego dnia! A żeby się uwiarygodnić, zaczęłam ćwiczyć już dziś. A co! 

      Żeby nie zaśmiecać głównego bloga postami przepełnionymi narzekaniem, jak bardzo mi się nie chce, tudzież obwieszczeniami, że schudłam 50 dag w miesiąc, pojawiła się na górze nowa podstrona. Jeśli kogokolwiek będzie interesować, jak mi idzie - zapraszam. Ale zapewniam, że spektakularnych efektów nie będzie. To z pewnością nie zapowiada się na "jak schudłam 30 kg w 2 miesiące". Mam jednak nadzieję, że wraz z moim powrotem do pracy wiosną 2014 będę mogła spokojnie wcisnąć się w moje przedciążowe ubrania. Na razie jednak spodnie wchodzą mi do połowy uda ;-)

       No nic. Mówię sobie, że dam radę. W poniedziałek zaczynam dzień od podreptania na fitness dla mam z małymi dziećmi. Ciekawa jestem ich bardzo. Oczywiście Gaba będzie tam razem ze mną, w wózku lub na macie. Mam nadzieję, że nowe miejsce jej się spodoba i spokojnie da mi poćwiczyć. 
Czy któraś z Was brała udział w takich zajęciach? Podobały się Wam? Przyniosły efekty? Swoimi doświadczeniami podzielę się, mam nadzieję, już wkrótce. Oby tylko było czym się pochwalić...

czwartek, 29 sierpnia 2013

Alergolog po raz pierwszy.

     Pierwsza wizyta u alergologa za nami. Pani dr na początku sprawiała wrażenie kobiety surowej, wręcz nieprzyjemnej, na szczęście Gaba szybko ją spacyfikowała. Kobieta jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła ton i zrobiła się supersympatyczna. 
      Ogólnie jest dobrze. Ponieważ zmiany skórne zniknęły po smarowaniu Atoperalem (alergolog pochwaliła wybór kremu), a kupki ustabilizowały się przy karmieniu BP, dostałyśmy przede wszystkim zaświadczenie dla pediatry upoważniające do wypisywania zniżkowej recepty na BP oraz zalecenia co do rozszerzania diety. Jeśli chodzi o to drugie, to mamy kierować się standardowym kalendarzem rozszerzania diety w pierwszym roku, omijając szerokim łukiem potrawy ze słoiczków, wołowinę, jaja oraz ryby. Kolejna wizyta za 5 miesięcy, a po niej prawdopodobnie będziemy próbować przejścia na "normalne" mm.

       Muszę przyznać, że wizyta w przychodni przebiegła bardzo sprawnie, natomiast podróż w obie strony to już zupełnie inna para kaloszy. Ponieważ awaria samochodu nie pozwoliła nam skorzystać z tegoż środka lokomocji, zwerbowałam do pomocy mamę i pojechałyśmy komunikacją miejską. Niestety przychodnia umiejscowiona w największym szpitalu pediatrycznym w mieście, znajduje się na niemal drugim jego końcu, więc zmuszone byłyśmy do dwukrotnego przesiadania się. Szybko więc zapadła decyzja o pozostawieniu w domu wózka (przypominam - 17 kg!!!! ;-) na rzecz nosidełka. Pomysł idealny na taką eskapadę. Gaba czuła się jak ryba w wodzie. Z zainteresowaniem oglądała świat z zupełnie nowej perspektywy, by po kilkunastu minutach po prostu słodko zasnąć. Obudziła się dopiero w przychodni. W drodze powrotnej powtórka z rozrywki. Mała przespała calutką podróż, mimo, że tym razem trwała ona 2 godziny (sic!), przez opóźniony autobus i awarię tramwaju. Po powrocie do domu obudziła się w wyśmienitym humorze, cieszyła się szalenie, że mogła się uwolnić od nosidła, nawet nie zapłakała. Szczerze podziwiam to nasze dziecko. Jest niesamowita. 

PS. Wczorajsze szczepienie przebiegło dość pomyślnie, wprawdzie nie bez płaczu, ale za to ominęła nas gorączka i inne poszczepienne przeboje. Za miesiąc ostatnia dawka WZW typu B, a potem (nareszcie!) dłuższa przerwa!

wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozstrojona.

     Rozstroiła nam się córa. Chyba ten wyjazdowy tydzień tak dał się we znaki jej organizmowi, bo całkowicie zaburzył jej rytm dnia - budzi się jak zwykle ok. 7, ale nie przysypia po jedzeniu tak jak do tej pory. Ucina sobie jedną drzemkę koło południa i właściwie na tym koniec. I może nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie przedwieczorny tryb marudzenia. Bo dziecko senne, a zasnąć nie może. Gdy po wielu trudach, udaje jej się zapaść w sen ok. 18-19, po kilkunastu minutach budzi się z płaczem. Histerycznym niemal. I nie pomaga huśtanie, bujanie, noszenie na rękach, ani głupie miny, ani nawet śpiewanie ulubionej piosenki. Pomaga jedynie butla z mlekiem. W trybie natychmiastowym. Na szczęście po kąpieli zasypia niemal od razu i śpi do samego rana. 
        Szczerze mówiąc nie wiem, o co chodzi z tym płaczem. Do tej pory właściwie nie było sytuacji, by Gaba budziła się z taką histerią. Podejrzewam dwie przyczyny - albo dają znać o sobie pierwsze zęby, albo szykuje nam się kolejny skok rozwojowy. Czytałam gdzieś niedawno (już nie pamiętam, gdzie), że przy skoku r. na przełomie 5 i 6 miesiąca mogą pojawić się u dziecka właśnie takie lęki we śnie, jakby miało koszmary. Być może o to właśnie chodzi. 

        Jutro czeka nas kolejne szczepienie. Trzymajcie kciuki - przede wszystkim za Gabę, ale troszke też za mnie, żebym nie oszalała w poczekalni. Jak ja tego nie lubię...

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Polecam: krem Atoperal Baby

       Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić moim małym odkryciem kosmetyczno-leczniczym. Krem wybrany trochę przypadkowo, przed wyjazdem na wakacje, z braku recepty na maść witaminową, którą pediatra przepisuje Gabie na alergiczne zmiany skórne. 

       Teraz myślę sobie, jakie to szczęście, że zabrakło nam tej recepty ;-) Zorientowaliśmy się dzień przed wyjazdem, że sucha skóra bez żadnego smarowidła nie przetrwa, w dodatku jak na złość pojawiły się krostki i łuszcząca się skóra na brzuszku. W aptece wypatrzyliśmy Atoperal Baby, za tubkę 50 ml zapłaciliśmy ok. 20 zł.
Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.adamed.com.pl

     Podeszłam do tego zakupu z rezerwą, ale zupełnie niepotrzebnie. Efekt okazał się zadziwiający - po trzech dniach smarowania dwa razy dziennie zmiany na buzi zaczęły znikać. Minęło półtora tygodnia, a po czerwony suchych placach nie ma śladu. Obecnie "doleczamy" skórę na łokciach i brzuszku, ale to kwestia kilku dni. Policzki Gaby są gładziutkie jak nigdy dotąd (serio!), nie ma też już na nich śladów po zadrapaniach. Najwidoczniej buźka przestała swędzieć. Ufff.... 
       Teraz tylko śmieję się, że alergolog na czwartkowej wizycie nie uwierzy nam w jakąkolwiek alergię ;-) A krem polecam szczerze ( i nie, to nie jest wpis sponsorowany!). Dodam jeszcze, że zapach ma delikatny i bardzo przyjemny i tak jak Gaba nie lubi być smarowana żadnymi specyfikami, tak tutaj poddawała się zabiegom bez najmniejszego sprzeciwu. Z ogólnego efektu jestem na tyle zadowolona, że na pewno wypróbuję inne kosmetyki tej serii. Choć mam cichą nadzieję, że nie będzie to potrzebne...

sobota, 24 sierpnia 2013

Podlaskie wojaże.

     Szczerze? Bałam się trochę tej pierwszej podróży w trzyosobowym składzie. Nawet nie tyle samego pobytu, co tych pięciu godzin w samochodzie, które z resztą przerodziły się w godzin siedem. Bałam się upału, odparzeń, nagrzanego auta i tym podobnych rzeczy, które mogą skutecznie uprzykrzyć podróż. Na szczęście jakoś przez tę drogę przebrnęliśmy (z czterema postojami), a potem było już tylko lepiej.
      Gaba była zachwycona codziennymi wycieczkami, więc my tym bardziej ;-) Całe dnie spędzaliśmy poza naszą bazą wypadową, czasem robiliśmy ponad 200 km autem dziennie. Pogoda była idealna, więc mogliśmy też przemierzać pieszo obrane szlaki, tym bardziej, że wózek w terenie sprawdzał się świetnie, a naszej córci do szczęścia potrzebne były jedynie: zapas kilku czystych pampersów, chusteczki nawilżane, buteleczki, mleko i termos z przegotowaną wodą. Czasem przydawały się też ubranka na zmianę. Z takim ekwipunkiem mogliśmy spokojnie cieszyć się tym, czym przywitało nas Podlasie. 







    Największą radość wzbudziła w małej podróżniczce wycieczka do Białowieży i wizyta w Rezerwacie Żubrów. Ale jeśli myślicie, że Gabie tak bardzo podobały się zwierzątka, to mylicie się bardzo. Największy entuzjazm wzbudzały bowiem...drzewa. Poruszające się gałązki wywoływały stany euforyczne objawiające się radosnymi piskami i głośnym gaworzeniem. Nawet widok żubrów nie był w stanie przebić uwielbienia dla Białowieskiej Puszczy. 

      Muszę przyznać, że ten czas był nam bardzo potrzebny. Niestety rzadko mamy okazję spędzać całe dnie tylko we trójkę, a tutaj mogliśmy całkowicie poświęcić się celebrowaniu czasu wolnego. Bez komputerów, TV, problemów dnia codziennego życie stało się trochę łatwiejsze i radośniejsze. A my jesteśmy teraz jeszcze bliżsi sobie. I z pewnością zamierzamy jeszcze na Podlasie wrócić.