Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

Krymskie wspomnienia.


Przedziwny czas nastał. Próbując przyswoić sobie jakiekolwiek wiadomości nie ma opcji, by nie został człowiek zaatakowany infrmacjami ze wschodu. Ukraina, Rosja, Kijów, Krym, Moskwa... Czający się pod skórą strach, groźba wojny...tak blisko. Relacje z kolejnych zbrojnych starć.. Niepokój jest tym większy, im bardziej znajoma jest sceneria, konkretne miasta, miejsca, ulice. 


Patrząc na to, co dzieje się na Krymie, nie jestem w stanie nie myśleć o naszych pierwszych wspólnych wakacjach. Wspominam, przeglądam fotografie... Byliśmy tam ze nieŚlubnym jeszcze w 2011 roku, zastaliśmy sielankową, leniwą, wakacyjną Ukrainę i życzliwych ludzi. Widoki - bajeczne.


























Jako środek transportu na Krym wybraliśmy kolej - z Kijowa do Symferopolu jechaliśmy około 20 godzin, na szczęście nocą ;-) Ukraińska (jak i ta transsyberyjska) kolej ma to do siebie, że lokomotywa ciągnie czasem kilkadziesiąt wagonów, a komfort podróży zależy od klasy przedziału, którą wykupimy.
I tak - klasy są cztery: luks czyli sypialny przedział luksusowy dwuosobowy, kupe - czteroosobowy przedział sypialny, plackartny - wagon sypialny bezprzedziałowy, w którym są jedynie ścianki działowe pomiędzy 6 łóżkami...i to w sumie tyle. Aha, jest jeszcze tzw. obszczyj...ale w pociągach dalekobieżnych raczej go nie uświadczymy. Na szczęście.








A tak wygląda wybitnie niewyspany pasażer kolei po kilkunastu godzinach podróży.

Wybraliśmy plackartny nie tylko ze względu na przystępne ceny - uznaliśmy, że może być to ciekawa przygoda i okazja do integracji z tubylcami. I nie pomyliliśmy się, w pociągu panowała atmosfera, której nie uświadczycie w naszych PKP. Każdy wagon ma swojego opiekuna rozdającego pościel, herbatę i kawę parzoną po turecku ( koniecznie w szklankach z metalowymi koszyczkami!), ale przede wszystkich pilnującego porządku i ciszy nocnej. Tak, tak! Po 22-ej zostało nam zgaszone światło a rozmawiać można było tylko szeptem.

I tak się nie wyspaliśmy, bo dostaliśmy górne łóżka - trzeba było mocno się trzymać, by nie spaść podczas hamowania!

Koktebel. 35 stopni Celsjusza w cieniu, a tu dwa kilometry do plaży. Jak widać - cienia w dalszej perspektywie ni chu się nie uświadczyło.

Zwierzyniec za to można było spotkać przeróżny na tym krymskim stepie. Co do pająka - nie pytajcie, nie mam pojęcia, co to za jeden. Zdjęcie zostało zrobione na oślep, gdy wracaliśmy już nocą z plaży i stwierdziliśmy, że coś nam łazi po stopach, po czym spiernicza do takich małych dziurek w glebie. No i... nie miałam ochoty już chodzić po zmroku. Bo to coś w rzeczywistości było trzy razy większe.

Więcej już nie gadam - lepiej tu opowiadać obrazem.





























Komu kwasu chlebowego??? Nigdy wcześniej i już nigdy później nie piłam tak smacznego napoju bezalkoholowego! Świetna alternatywa dla wyrobów piwnych ;-)























































Chciałoby się tam wrócić, ale czy będzie nam dane?

środa, 19 lutego 2014

Jerozolima, cz.1

Jerozolima to miasto magiczne. Miasto spotkania wielu kultur oraz trzech wielkich religii. Tylko tu, patrząc na modlących się pod Ścianą Płaczu judaistów, można usłyszeć dochodzące z minaretu wezwanie muzułmańskiego muezina do modlitwy przy jednczesnym akompaniamencie kościelnych dzwonów. Tylko tu skrajnie ortodoksyjnych Żydów jest na ulicach niemal tylu, co turystów. A przeżycia są niezwykłe, zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, że stoimy w miejscu, które istnieje już kika tysięcy lat.

Nasza kilkudniowa podróż do Izraela ograniczyła się tylko do Jerozolimy z jednego prostego powodu - nie da się zwiedzić miasta w mniej niz 3 dni, a dokładnie tyle czasu mieliśmy. Zwiedzanie w pośpiechu nigdy nas nie interesowało - w każdej naszej podróży staramy się poczuć klimat miejsca, zajrzeć również tam, gdzie większość turystów nie dociera. Dlatego do naszego hotelu, oddalonego od Starego Miasta o ok. 3 km najzwyczajniej w świecie chodziliśmy pieszo. Po drodze można było zobaczyć, jak na co dzień żyją mieszkańcy Jerozolimy, zdziwić się i zawstydzić niejeden raz.

Nie będę pisać o zabytkach, których w Jerusalem roi się na każdym kroku - zainteresowanych odsyłam choćby tutaj. A poza tym, to, co piękne, wolę Wam pokazać ;-)


Ludzie, kultura i obyczaje.

Mimo, że w Jerozolima jest tak naprawdę multikulturowa, to wśród mieszkańców dominują oczywiście Izraelici i Palestyńczycy, czyli dwa skrajne przeciwieństwa  - Żydzi i Arabowie. Miasto podzielone jest na część palestyńską i izraelską i muszę przyznać, że różnica tych dwóch dzielnic jest kolosalna. Zresztą - porównajcie sami:

Sami mieszkańcy różnią się od siebie przede wszystkim ubiorem - wśród muzułmanów wyróżniają się kobiety w typowych tylko dla nich strojach, zakrywających niemal każdą część ciała (często także twarz), u Żydów to mężczyźni "noszą" najbardziej rozpoznawcze elementy stroju. Mycka na głowie to obowiązkowe nakrycie głowy, natomiast u licznych ortodoksów zobaczymy ubiór składający się z czarnych spodni, białej koszuli, czarnej marynarki lub/i płaszcza, charakterystycznego (czarnego) kapelusza oraz nieodłącznych pejsów. Miałam nawet wrażenie, że niektórzy te pejsy kręcą na wałki lub lokówką. Serio ;-)). 
Kobiety mają przykaz, by przede wszystkim nosić się skromnie. Do tego stopnia, że idąć ulicą w legginsach tunice ze średniej wielkości dekoltem i krótkim rękawem, czułam się bardzo nieswojo. Miałam wręcz nieodparte wrażenie, że noszę się nieprzyzwoicie. 
Przestały mnie więc dziwić takie "szczegóły", jak kompletny brak butów na obcasach w sklepach obuwniczych, nie mówiąc już o takowych na nogach miejscowych kobiet. Podeszwy płaskie, kolory ciemne, z czernią na pierwszym miejscu. Makijaż to chyba też zbędny luksus dla ortodoksów ;-).

Za to w Szabat (czyli w sobotę), święty dzień nicnierobienia, mogliśmy zobaczyć takie obrazki:



Warto wspomnieć o tym, że w Szabat pozamykane jest niemal wszystko - sklepy, urzędy, nawet dworzec autobusowy był zamknięty na cztery spusty. A jeśli chcemy się przemieścić jakimś innym środkiem transportu niż własne nogi, musimy szukać taksówki. Nie jeżdżą bowiem ani autobusy, ani tramwaje. Żydzi odpoczywają i koniec! Ich jedynym zajęciem tego dnia jest tak naprawdę pielgrzymka do synagogi i pod Ścianę Płaczu.

Tak na marginesie - obserwowałam rodziców z dziećmi przemieszczających się po mieście. Zaskoczyło mnie jedno - to mężczyźni wydawali się "bardziej" zajmować potomstwem. Być może działo się tak tylko poza domem, ale widok rozczulał. Ojcowie z czwórką, czasem piątką dzieci, udający się na modlitwę, podczas drogi bawiący się w berka. Wszystko to było otoczone tak pozytywną aurą, że niemożliwym było powstrzymać uśmiech.
Muszę przyznać, że to bardzo miła odmiana po obserwacji Marokańczyków podczas naszej podróży w 2012 r. Tam niestety ani razu nie widziałam miejscowego mężczyzny przebywającego w towarzystwie dziecka.

c.d.n.
( a w części drugiej będzie o tym, dlaczego pakując się na podróż powrotną poukładaliśmy wszystkie rzeczy w  walizce niemal "pod linijkę", oraz o tym, dlaczego przez te 5 dni przytyłam, zamiast schudnąć...)



sobota, 15 lutego 2014

Pozdrowienia z Ben Gurion :-)

Przeszliśmy właśnie najtrudniejszą i najdłuższą odprawę na lotnisku, Izrael jest chyba jedynym miejscem na świecie, gdzie trwa to wszystko prawie 3 godziny. Na dworze pada deszcz, samolot opóźniony...ale jutro będę już z Wami:-). Za kilkanaście godzin zobaczę i przytulę Gabę, za którą szalenie tęsknię..

A wpisów relacjonujących pobyt tutaj trochę się nazbiera... O czym chcecie poczytać na początek???

wtorek, 15 października 2013

Hrvatska fotograficznie.

     O tym, że podróż minęła nam spokojnie i w miarę bezproblemowo, już wiecie. A jak nam upłynął czas pomiędzy jednym a drugim lotem? Można powiedzieć, że również... spokojnie.
Pechowo trafiliśmy na załamanie pogody w Chorwacji. Nadejście zimnego frontu poprzedziła potężna burza, na szczęście na nią się już nie "załapaliśmy". Deszczu za to było pod dostatkiem i dopiero w czwartym dniu naszego pobytu zobaczylismy pierwsze słoneczne promienie.

Mimo to nie odmawialiśmy sobie spacerów. Ponieważ Zadar nie jest dużym miastem, poznaliśmy każdy jego kąt, a Starówkę schodziliśmy wzdłuż i wszerz. Gaba trzymała się dzielnie, choć chwilami jasno dawała do zrozumienia, że w lekkiej spacerówce trochę jej niewygodnie. Za to widok morza działał na nią hipnotyzująco! Nie mogła oderwać wzroku od tego ogromu wody, nawet wszystkie drzewa przestały dla niej istnieć.

Co nas zdziwiło? Słyszeliśmy już, że w Zadarze jest niezwykle bezpiecznie i śmiało można spacerować po miasteczku choćby w środku nocy. I faktycznie tak jest. Nasze oczy nie widziały żadnych przejawów pijaństwa, chuligaństwa, ani nawet pojedynczego bezdomnego czy "proszącego o grosz na chleb dla dzieci". To było osobliwe... Miałam wrażenie, że jesteśmy w trochę innej rzeczywistości.

No, ale nie będę przynudzać. Poniżej ta bardziej kolorowa i przyjemna część wspominek, czyli krótka fotorelacja ;-).










      Ostatniego dnia udało nam się trafić na ćwiczenia miejscowej eskadry lotniczej. Dobre pół godziny trwał ten show, aż zapierało dech w piersiach ;-)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Alergolog po raz pierwszy.

     Pierwsza wizyta u alergologa za nami. Pani dr na początku sprawiała wrażenie kobiety surowej, wręcz nieprzyjemnej, na szczęście Gaba szybko ją spacyfikowała. Kobieta jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła ton i zrobiła się supersympatyczna. 
      Ogólnie jest dobrze. Ponieważ zmiany skórne zniknęły po smarowaniu Atoperalem (alergolog pochwaliła wybór kremu), a kupki ustabilizowały się przy karmieniu BP, dostałyśmy przede wszystkim zaświadczenie dla pediatry upoważniające do wypisywania zniżkowej recepty na BP oraz zalecenia co do rozszerzania diety. Jeśli chodzi o to drugie, to mamy kierować się standardowym kalendarzem rozszerzania diety w pierwszym roku, omijając szerokim łukiem potrawy ze słoiczków, wołowinę, jaja oraz ryby. Kolejna wizyta za 5 miesięcy, a po niej prawdopodobnie będziemy próbować przejścia na "normalne" mm.

       Muszę przyznać, że wizyta w przychodni przebiegła bardzo sprawnie, natomiast podróż w obie strony to już zupełnie inna para kaloszy. Ponieważ awaria samochodu nie pozwoliła nam skorzystać z tegoż środka lokomocji, zwerbowałam do pomocy mamę i pojechałyśmy komunikacją miejską. Niestety przychodnia umiejscowiona w największym szpitalu pediatrycznym w mieście, znajduje się na niemal drugim jego końcu, więc zmuszone byłyśmy do dwukrotnego przesiadania się. Szybko więc zapadła decyzja o pozostawieniu w domu wózka (przypominam - 17 kg!!!! ;-) na rzecz nosidełka. Pomysł idealny na taką eskapadę. Gaba czuła się jak ryba w wodzie. Z zainteresowaniem oglądała świat z zupełnie nowej perspektywy, by po kilkunastu minutach po prostu słodko zasnąć. Obudziła się dopiero w przychodni. W drodze powrotnej powtórka z rozrywki. Mała przespała calutką podróż, mimo, że tym razem trwała ona 2 godziny (sic!), przez opóźniony autobus i awarię tramwaju. Po powrocie do domu obudziła się w wyśmienitym humorze, cieszyła się szalenie, że mogła się uwolnić od nosidła, nawet nie zapłakała. Szczerze podziwiam to nasze dziecko. Jest niesamowita. 

PS. Wczorajsze szczepienie przebiegło dość pomyślnie, wprawdzie nie bez płaczu, ale za to ominęła nas gorączka i inne poszczepienne przeboje. Za miesiąc ostatnia dawka WZW typu B, a potem (nareszcie!) dłuższa przerwa!

sobota, 24 sierpnia 2013

Podlaskie wojaże.

     Szczerze? Bałam się trochę tej pierwszej podróży w trzyosobowym składzie. Nawet nie tyle samego pobytu, co tych pięciu godzin w samochodzie, które z resztą przerodziły się w godzin siedem. Bałam się upału, odparzeń, nagrzanego auta i tym podobnych rzeczy, które mogą skutecznie uprzykrzyć podróż. Na szczęście jakoś przez tę drogę przebrnęliśmy (z czterema postojami), a potem było już tylko lepiej.
      Gaba była zachwycona codziennymi wycieczkami, więc my tym bardziej ;-) Całe dnie spędzaliśmy poza naszą bazą wypadową, czasem robiliśmy ponad 200 km autem dziennie. Pogoda była idealna, więc mogliśmy też przemierzać pieszo obrane szlaki, tym bardziej, że wózek w terenie sprawdzał się świetnie, a naszej córci do szczęścia potrzebne były jedynie: zapas kilku czystych pampersów, chusteczki nawilżane, buteleczki, mleko i termos z przegotowaną wodą. Czasem przydawały się też ubranka na zmianę. Z takim ekwipunkiem mogliśmy spokojnie cieszyć się tym, czym przywitało nas Podlasie. 







    Największą radość wzbudziła w małej podróżniczce wycieczka do Białowieży i wizyta w Rezerwacie Żubrów. Ale jeśli myślicie, że Gabie tak bardzo podobały się zwierzątka, to mylicie się bardzo. Największy entuzjazm wzbudzały bowiem...drzewa. Poruszające się gałązki wywoływały stany euforyczne objawiające się radosnymi piskami i głośnym gaworzeniem. Nawet widok żubrów nie był w stanie przebić uwielbienia dla Białowieskiej Puszczy. 

      Muszę przyznać, że ten czas był nam bardzo potrzebny. Niestety rzadko mamy okazję spędzać całe dnie tylko we trójkę, a tutaj mogliśmy całkowicie poświęcić się celebrowaniu czasu wolnego. Bez komputerów, TV, problemów dnia codziennego życie stało się trochę łatwiejsze i radośniejsze. A my jesteśmy teraz jeszcze bliżsi sobie. I z pewnością zamierzamy jeszcze na Podlasie wrócić. 

piątek, 23 sierpnia 2013

Powrót do rzeczywistości.

     Oto jesteśmy. Po tygodniu wakacji na Podlasiu, w okolicy tak różnej od naszych codziennych miejsc, jesteśmy z powrotem w domu. I już tęsknimy! Prawdą jest bowiem stwierdzenie, że wschodnia ściana naszego kraju to trochę inny świat. A jest to świat niezwykle piękny. Wszystko dzieje się tam jakby bez pośpiechu, nieco leniwie, w optymalnym tempie. A kilometry dróg bez cywilizacji, dziesiątki bocianów, czaple nad rzeką 50 m od naszego tarasu, błoga cisza i serdeczni ludzie dodatkowo umiliły nam pobyt na "końcu świata".
     Teraz próbujemy ogarnąć rzeczywistość. A dłuższa relacja z naszego wyjazdu już układa się w mojej głowie ;-) 

czwartek, 15 sierpnia 2013

Jedziemy!

          Nadeszła pora, abyśmy i my odpoczęli trochę od codzienności i nieco zmienili powietrze. Wybywamy w górę mapy. Trochę na północ i trochę na wschód. W tereny mniej znane, niż okolice Bałtyku czy Mazur. Będziemy raczyć się pięknem natury i błogością pozamiejskiej ciszy.

Przed nami prawie pięć godzin jazdy samochodem. To pierwsza tak długa podróż z Gabą. Mam nadzieję, że przebiegnie bezproblemowo, a my szybko i szczęśliwie dotrzemy na miejsce. Obawy oczywiście są, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak nasza córcia zareaguje na zmianę otoczenia (ostatnio nie było to przez nią mile widziane). Dodatkowy stres jest przy pakowaniu (rany,ile tego bagażu!!!), cały czas mam wrażenie, że zapomniałam o czymś ważnym... 
     
        Z pewnością ten wyjazd będzie dla naszej trójki chrztem bojowym i pewnym sprawdzianem. Oby wypadł pozytywnie, bo w październiku planujemy nieco dalszy wypad , tym razem już na południe Europy i to drogą powietrzną...
       
         Trzymajcie za nas kciuki! Po powrocie obiecuję relację wraz z recenzją wózka. Zobaczymy, czy bryka sprawdzi się w bojowych warunkach!