Przedziwny czas nastał. Próbując przyswoić sobie jakiekolwiek wiadomości nie ma opcji, by nie został człowiek zaatakowany infrmacjami ze wschodu. Ukraina, Rosja, Kijów, Krym, Moskwa... Czający się pod skórą strach, groźba wojny...tak blisko. Relacje z kolejnych zbrojnych starć.. Niepokój jest tym większy, im bardziej znajoma jest sceneria, konkretne miasta, miejsca, ulice.
Patrząc na to, co dzieje się na Krymie, nie jestem w stanie nie myśleć o naszych pierwszych wspólnych wakacjach. Wspominam, przeglądam fotografie... Byliśmy tam ze nieŚlubnym jeszcze w 2011 roku, zastaliśmy sielankową, leniwą, wakacyjną Ukrainę i życzliwych ludzi. Widoki - bajeczne.
Jako środek transportu na Krym
wybraliśmy kolej - z Kijowa do Symferopolu jechaliśmy około 20 godzin, na
szczęście nocą ;-) Ukraińska (jak i ta transsyberyjska) kolej ma to do siebie,
że lokomotywa ciągnie czasem kilkadziesiąt wagonów, a komfort podróży zależy od
klasy przedziału, którą wykupimy.
I tak - klasy są cztery: luks
czyli sypialny przedział luksusowy dwuosobowy, kupe - czteroosobowy przedział
sypialny, plackartny - wagon sypialny bezprzedziałowy, w którym są jedynie
ścianki działowe pomiędzy 6 łóżkami...i to w sumie tyle. Aha, jest jeszcze tzw.
obszczyj...ale w pociągach dalekobieżnych raczej go nie uświadczymy. Na
szczęście.
A tak wygląda wybitnie niewyspany pasażer kolei po kilkunastu godzinach podróży.
Wybraliśmy plackartny nie tylko
ze względu na przystępne ceny - uznaliśmy, że może być to ciekawa przygoda i
okazja do integracji z tubylcami. I nie pomyliliśmy się, w pociągu panowała
atmosfera, której nie uświadczycie w naszych PKP. Każdy wagon ma swojego
opiekuna rozdającego pościel, herbatę i kawę parzoną po turecku ( koniecznie w
szklankach z metalowymi koszyczkami!), ale przede wszystkich pilnującego
porządku i ciszy nocnej. Tak, tak! Po 22-ej zostało nam zgaszone światło a
rozmawiać można było tylko szeptem.
I tak się nie wyspaliśmy, bo
dostaliśmy górne łóżka - trzeba było mocno się trzymać, by nie spaść podczas
hamowania!
Zwierzyniec za to można było spotkać przeróżny na tym krymskim stepie. Co do pająka - nie pytajcie, nie mam pojęcia, co to za jeden. Zdjęcie zostało zrobione na oślep, gdy wracaliśmy już nocą z plaży i stwierdziliśmy, że coś nam łazi po stopach, po czym spiernicza do takich małych dziurek w glebie. No i... nie miałam ochoty już chodzić po zmroku. Bo to coś w rzeczywistości było trzy razy większe.
Więcej już nie gadam - lepiej tu opowiadać obrazem.
Komu kwasu chlebowego??? Nigdy wcześniej i już nigdy później nie piłam tak smacznego napoju bezalkoholowego! Świetna alternatywa dla wyrobów piwnych ;-)
Chciałoby się tam wrócić, ale czy będzie nam dane?


