Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekarz. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

O pediatrach i tym podobnych lekarzach.

"Lekarzu, ulecz się sam!" - chyba każdy to zna i czasem choć w myśli powtarza. Bo na dobrego doktorka trafić trudno. Pal sześć, jeśli chodzi o nas samych. Natomiast, gdy choruje dziecko, wymagamy od człowieka, który je bada, diagnozuje i przepisuje leki, by był kompetentny, zaangażowany i przede wszystkim wrażliwy na maluszkowe nieszczęście. Jaka bywa rzeczywistość - wszyscy wiemy. Dziś opiszę Wam przypadek szczególny, ewenement jakich mało. Szkoda tylko, że w negatywnym tego słowa znaczeniu. Do dziś bowiem nie możemy się ze Ślubnym otrząsnąć z tego, co nas spotkało i tak naprawdę to próbujemy wmawiać sobie, że to był tylko jakiś durny sen.


Wspominałam już Wam kiedyś o tej przedziwnej "pani dr". Lekarka utytułowana, na oko - przed siedemdziesiątką, więc możnaby rzec, że doświadczona ogromnie. Nie dość, że pediatra, to specjalista nefrolog. Byliśmy więc zadowoleni, że ktoś taki przyjdzie obejrzeć Gabę na wizycie patronażowej. Niestety, nasz entuzjazm zniknął wkrótce. Kobiecina weszła, krótko pozachwycała się nad dwutygodniową kruszynką i przystąpiła do wygłaszania kazania. 
Na pierwszy ogień poszedł przewijak. O zgrozo! Przewijak został umieszczony na łóżeczku! Dziecko się udusi, nie ma przewiewu, nie ma powietrza, przewijak out!!! Próby tłumaczenia, że przecież przewijak umieszczony jest w tej części łóżeczka, w której dziecko NIE ŚPI (wiadomo - materac ma 120 cm długości, noworodek - max. 60), tylko rozsierdziły kobitę. 

A to był jedynie wstęp do dalszych "złotych rad".

Czas był wtedy taki, że Gabie zaczynał się pojawiać trądzik niemowlęcy. Teraz już oczywiście o tym wiem, jednak jako świeżo upieczona mama w połogu nie miałam zielonego pojęcia i każda krostka na buzi Młodej napawała mnie przerażeniem. Podzieliłam się więc obawami z "osobą kompetentną". Radę otrzymałam natychmiast: "proszę przemywać buzię spirytusem".
Podobne zalecenie dotyczyło odparzeń pod paszkami. Spirytusem! Odparzenia! Wtedy już myślałam, że wyjdę z siebie.
A pani dr pogodna, uśmiechnięta, zadowolona z siebie odebrała wtedy telefon, który nieopatrznie zadzwonił w jej torebce. Telefon prywatny, a jakże! I chyba solidnie kleiła się rozmowa, bo przez 20 minut wysłuchiwaliśmy opowieści z prywatnego życia naszego gością, który najzwyczajniej w świecie rozsiadł się w naszym fotelu.

Na całe szczęście po godzinie "wizyta patronażowa" dobiegła końca.

Spirytus oczywiście nie znalazł się w naszej apteczce.

Jednak nie był to koniec moich przygód z ową pediatrą. Niestety.

W trzecim miesiącu życia Gaby na sile zaczęły przybierać objawy typowe dla alergii na białko mleka. Suche, czerwone policzki i łokcie, sucha skóra na całym ciele, luźne, śluzowate kupki... Nie chciałam panikować i co rusz biegać do lekarza, jednak, gdy zobaczyłam w kupie dziecka żyłki żywej krwi, ani w głowie było mi dłużej czekać. Pobiegłam do przychodni tego samego dnia, nie patrząc na to, który lekarz przyjmuje.
I trafiłam na moją starą (no wybaczcie, młoda nie jest...) "znajomą".

Diagoza brzmiała następująco:
- zmiany na policzkach to grzybica
- dziecko jest niedomyte (!!!) w okolicach intymnych i to jest powodem "brzydkich" kupek
- jeśli chodzi o żyłki krwi i bóle brzuszka, to ona nie wie, skąd się wzięły... "może pani coś zjadła".
- na pytanie o mleko w mojej diecie, rada była "jeść jak najwięcej!"

Zalecono nam:
- pimafucort (silna maść przeciwgrzybicza) na policzki
-  rivanol do przemywania okolic intymnych 
oraz... przemycie buzi spirytusem.

Jak tak teraz o tym myślę, zastanawiam się nad głębszym sensem powtarzającego się motywu alkoholowego... To by w sumie wszystko tłumaczyło..

Oczywiście wkrótce okazało się, że dzieć ma skazę białkową i musiałam odstawić cały nabiał, a niedługo po tym do mojego mleka dołączył bebilon pepti. Zmiany na buzi zniknęły tylko dzięki eliminacji alergenu i kremikowi do skóry atopowej, a problemy brzuszkowe nie potrzebowały ingerencji ze strony rivanolu (co ma w ogóle jedno do drugiego, ja się pytam???).  Pani dr unikamy zaś do tej pory jak tylko możemy, choć jest jedynym lekarzem, który bada dzieci przed szczepieniem. 

Zastanawia mnie jedno. Ilu dziecom może zrobić krzywdę taki lekarz? Tym razem trafiło na naszą dwójkę, z której jedno jest magistrem farmacji, a drugie lubi pogłębiać swą laicką wiedzę medyczną. Najmłodszymi rodzicami też w końcu nie jesteśmy. Potraktowaliśmy te "złote rady" jako kiepski żart. 
Jeśli jednak taki lekarz wyda podobne zalecenia młodziutkim, niczego nie świadomym rodzicom, którzy bezgranicznie ufają temu, co starszy, doświadczony specjalista mówi - co wtedy? Co wtedy, ja się pytam!!


środa, 23 października 2013

Szczepić? Nie szczepić?

     Już od 2-3 dni męczy mnie ta kwestia. Nie chodzi jednak o wątpliwości co do sensu szczepień jako takich. Bo o tym, że warto szczepić, zdecydowaliśmy już jakiś czas temu. Teraz dylemat przybrał inny wymiar, a mianowicie - czy organizm mojego dziecka jest gotowy na kolejne szczepienie?

środa, 25 września 2013

Nie taki gin straszny....


     Nie, nie - nie będzie żadnych relacji z wizyt u lekarza, bo nic emocjonującego w nich nie ma (w przeciwieństwie do tych sprzed roku). Będzie natomiast kilka refleksji, wynikających z coraz większego zadziwienia światem. Tym razem kobiecym.

      Bo to, że mężczyznę zaciągnąć do lekarza można tylko wołami, jest raczej oczywiste. Ciągle jednak zaskakują mnie kobiety, dziewczyny, matki, żony i kochanki - ładne, zgrabne, zadbane i.... omijające szerokim łukiem tego znienawidzonego specjalistę. Ginekologa.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Alergolog po raz pierwszy.

     Pierwsza wizyta u alergologa za nami. Pani dr na początku sprawiała wrażenie kobiety surowej, wręcz nieprzyjemnej, na szczęście Gaba szybko ją spacyfikowała. Kobieta jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniła ton i zrobiła się supersympatyczna. 
      Ogólnie jest dobrze. Ponieważ zmiany skórne zniknęły po smarowaniu Atoperalem (alergolog pochwaliła wybór kremu), a kupki ustabilizowały się przy karmieniu BP, dostałyśmy przede wszystkim zaświadczenie dla pediatry upoważniające do wypisywania zniżkowej recepty na BP oraz zalecenia co do rozszerzania diety. Jeśli chodzi o to drugie, to mamy kierować się standardowym kalendarzem rozszerzania diety w pierwszym roku, omijając szerokim łukiem potrawy ze słoiczków, wołowinę, jaja oraz ryby. Kolejna wizyta za 5 miesięcy, a po niej prawdopodobnie będziemy próbować przejścia na "normalne" mm.

       Muszę przyznać, że wizyta w przychodni przebiegła bardzo sprawnie, natomiast podróż w obie strony to już zupełnie inna para kaloszy. Ponieważ awaria samochodu nie pozwoliła nam skorzystać z tegoż środka lokomocji, zwerbowałam do pomocy mamę i pojechałyśmy komunikacją miejską. Niestety przychodnia umiejscowiona w największym szpitalu pediatrycznym w mieście, znajduje się na niemal drugim jego końcu, więc zmuszone byłyśmy do dwukrotnego przesiadania się. Szybko więc zapadła decyzja o pozostawieniu w domu wózka (przypominam - 17 kg!!!! ;-) na rzecz nosidełka. Pomysł idealny na taką eskapadę. Gaba czuła się jak ryba w wodzie. Z zainteresowaniem oglądała świat z zupełnie nowej perspektywy, by po kilkunastu minutach po prostu słodko zasnąć. Obudziła się dopiero w przychodni. W drodze powrotnej powtórka z rozrywki. Mała przespała calutką podróż, mimo, że tym razem trwała ona 2 godziny (sic!), przez opóźniony autobus i awarię tramwaju. Po powrocie do domu obudziła się w wyśmienitym humorze, cieszyła się szalenie, że mogła się uwolnić od nosidła, nawet nie zapłakała. Szczerze podziwiam to nasze dziecko. Jest niesamowita. 

PS. Wczorajsze szczepienie przebiegło dość pomyślnie, wprawdzie nie bez płaczu, ale za to ominęła nas gorączka i inne poszczepienne przeboje. Za miesiąc ostatnia dawka WZW typu B, a potem (nareszcie!) dłuższa przerwa!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Zachowaj Rodzinne Zdjęcia

      Czy Wy też czekacie na dzień jutrzejszy jak na zbawienie? Podobno ma się ochłodzić, do zaledwie... 26 stopni C... Przy dzisiejszych 38 C to prawdziwy chłód ;-)

       U nas dziś trzecie badanie USG bioderek. Tym razem już ostatnie, bo oba stawy dojrzały i są zdrowiutkie. Choć w tym temacie można odetchnąć...

       A przy okazji chciałam się z Wami podzielić informacją o kampanii pt. "Zachowaj Rodzinne Zdjęcia", zatwierdzonej przez  New England Historic Genealogical Society, w Polsce wdrażanej właśnie przez MyHeritage. 
       MyHeritage to serwis poświęcony poszukiwaniom genealogicznym, tworzeniu rodzinnych drzew i tzw. "szperaniu w przeszłości". Temat genealogii jest mi dość dobrze znany, ponieważ od kilku lat jest wielką pasją Mojej Mamy.  Muszę przyznać, że poszukiwania przodków są bardzo wciągającym zajęciem, zwłaszcza, gdy pojawia się jakaś rodzinna tajemnica... ;-)
Wspomniana kampania zachęca do wprowadzenia w świat genealogii naszych pociech. Niestety Gaba jest jeszcze za mała, aby cokolwiek zrozumieć w tym temacie, natomiast być może Was zainteresuje taka forma spędzenia czasu wolnego z dziećmi. Wyciągnijcie stare albumy, poopowiadajcie o dziadkach, pradziadkach. W końcu ważne jest, by każdy znał swą tożsamość..
       Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę MyHeritage. Poniżej zaś mała inspiracja - rozmowa z Detektywem ds. Fotografii Maureen Taylor.


wtorek, 6 sierpnia 2013

Alergicznie.

      Decyzja zapadła. Z wczorajszej wizyty u pediatry wyszłam trzymając w dłoni gabrysiowe skierowanie do alergologa. Wskazanie to oczywiście alergia pokarmowa. Że na nabiał, to wiem. A na co jeszcze? Dowiemy się pewnie niebawem..

      A wszystko zaczęło się od... kataru. I to już w pierwszym tygodniu życia Gaby. Katarek był tak uporczywy, że dość często bywaliśmy u lekarza, jednak żaden specyfik proponowany przez panią doktor nie potrafił pomóc malutkiej. Infekcję wykluczono, gdyż żadnych innych objawów nie było. Radziliśmy sobie przy pomocy wody morskiej i aspiratora.
      Mniej więcej w trzecim tygodniu nasza córcia zaczęła krzyczeć i prężyć się podczas jedzenia. Do tego, że kiepsko sypia, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Noce i przedpołudnia były spokojne, natomiast mniej więcej od godz. 16-17 do północy mała nie potrafiła zasnąć. Wierciła się, marudziła, zasypiała i co chwilę wybudzała. Na kolejnej wizycie lekarz spokojnie poinformował nas, że dziecko ma kolki. Esputicon i Debridat były wybawieniem.
      W połowie trzeciego miesiąca kolki szczęśliwie minęły. Można było odetchnąć. Ale na krótko, bo oto pojawiły się..zielone kupki. Wodniste, ze śluzem, z biegiem czasu coraz bardziej cuchnące, aż w końcu pojawiły się w nich żyłki krwi. Dodam, że żadne ograniczenia dietetyczne nie przynosiły skutku. A ograniczałam się do naprawdę niewielu "bezpiecznych" pokarmów. Tyle, że podstawą mojego żywienia był... nabiał.
       Kolejna wizyta u lekarza i tu właśnie podejrzenie alergii na mleko. Bezmleczna dieta nie przyniosła skutków. Odstawiłam cały nabiał. Dolegliwości brzuszkowe minęły jak ręką odjął. Nagle też zniknął...katar.

       Najtrudniejsze do wyleczenia są zmiany skórne na policzkach, które pojawiły się u Gaby jakieś 1,5 miesiąca temu. Upały niestety nie pomagają, bo ciepło i pot zaostrzają ten stan. Przeszliśmy przez trądzik niemowlęcy, potężną ciemieniuchę (która weszła również na czoło, brwi, kąciki między policzkami i noskiem). Teraz zmiany alergiczne pojawiły się na łokciach i pod kolankami, mimo diety beznabiałowej. Niestety trudno walczyć jest z alergią nie będąc pod opieką specjalisty. Czekamy na tę wizytę trochę jak na zbawienie.
Na szczęście los się wczoraj trochę do nas uśmiechnął i  udało mi się zapisać Gabę do poradni na.. 29 sierpnia! Na NFZ.. Serio... Jesteście w szoku? Ja też byłam ;-)

       Wiem, że historia dość szczegółowa opisana, dla niektórych nudna, ale być może komuś pomoże w szybkim udzieleniu pomocy dziecku, jeśli będzie takowej potrzebowało. Niestety wielu lekarzy nie potrafi rozpoznać tak banalnej sprawy (pisała o tym już jakiś czas temu choćby Ola na blogu Tupot małych stópek), ja usłyszałam od "bardzo doświadczonej pani dr hab", że dziecko ma grzybicze zmiany na buzi, a zielone śluzowate kupki z żyłkami krwi wzięły się z.. niedomycia. Całe szczęście, że pediatra, pod której opieką jest Gaba, bardzo szybko zorientowała się, co jest grane.

Teraz pozostało nam czekanie do końca miesiąca. I nadzieja, że szybko pozbędziemy się tej niechcianej skazy. A gdyby ktoś z Was chciał co nieco poczytać o skazie białkowej, zachęcam do odwiedzenia tej strony.

środa, 10 lipca 2013

Na szczepienie marsz!

        Środowy poranek urzekł mnie Słońcem i ciepłym powietrzem. Uwielbiam te pierwsze godziny każdego dnia,  gdy córcia dosypia, a ja po wyprawieniu męża do pracy mogę usiąść z kawką, włączyć ulubioną muzykę i chocby poczytać, co nowego wydarzyło się na świecie. Mogłabym pospać co najmniej dwie godziny dłużej, ale ostatnio zwyczajnie szkoda mi dnia. Lato i tak zbyt szybko się skończy...
       Dzisiejszy dzień nie będzie łatwy, bo czeka nas szczepienie. Kolejne 3 wkłucia. Nie zdecydowaliśmy się na szczepionki skojarzone i wcale tej decyzji nie żałuję, ale szkoda mi Gaby bardzo, bo niestety nie należy do tych dzieci, które ledwie zauważają ukłucie igłą. Poprzednie szczepienie przeżyłam bardzo. Porwałam się, aby iść na nie sama, a malutka denerwowała się i płakała juz chwilę po wejściu do gabinetu zabiegowego, jakby doskonale wiedziała, co się święci. Spędziłyśmy w przychodni chyba godzinę, bo nie mogła się uspokoić. 
      Na szczęście po powrocie do domu wszelkie troski minęły. Obyło się bez stanu podgorączkowego, zauważyłam jedynie niewielki odczyn na rącze, ale ten szybko zniknął. Można było odetchnąć. Dziś na szczepieniu będzie towarzyszyć nam moja mama. Myślę, że szybko nie popełnię tego samego błędu co poprzednio i będę prosić o towarzystwo w takich chwilach. Taka pomoc, choćby przy ubraniu dziecka, które zanosi się płaczem, jest nieoceniona.
       Stresuję się. To chyba nieuniknione. Ale może za bardzo przeżywam? W końcu to tylko chwila, o której szybko się zapomina.