Kilka lat temu wybrałam się do psychoterapeuty. Miałam dość uciążliwy problem, z którym już od dłuższego czasu nie potrafiłam sobie poradzić, zaczęłam więc szukać fachowej pomocy. Na wizytę jechałam z niekrytą ciekawością - w końcu wiele lat temu sama marzyłam, by zostać terapeutką. Teraz miałam okazję zobaczyć, jak praca na przysłowiowej kozetce wygląda. I czy ta kozetka w ogóle tam stoi.
![]() |
| welna.wordpress.com |
Dobrze zbudowana kobieta po 50-ce w długiej do kostek spódnicy i ze sporej wielkości kajetem słuchała mnie z miną taką, jakbym miała być największą porażką w jej karierze. Przez godzinę nie dowiedziałam się o sobie niczego nowego, a jedyną zmianą jaka w tym czasie zaszła był stan mojego konta - uboższy o 100 zł, co dla samodzielnie utrzymującej się studentki było dość dotkliwą karą.
Wróciłam do domu, włączyłam komputer i reaktywowałam zawieszony kilka miesięcy wcześniej blog. Jeden, drugi, trzeci wpis... Nagle okazało się, że wcale nie straciłam czytelników, a znajomi blogerzy od razu zaważyli mój powrót on-line. Zrobiło mi się dobrze. Bez wychodzenia z domu i całkowicie za darmo.
Myśleliście kiedyś o blogowaniu właśnie w ten sposób? Ja - od dość dawna. W końcu jest to pewnego rodzaju psychoterapia. Nawet, jeśli nie opisujesz ze szczegółami swojego życia, nie żalisz się na męża, teściową czy narastające poczucie smutku, w każdym wpisie wyrażasz siebie. Pokazujesz wyraźnie: "O tego, tego nie toleruję! Płakać mi się chce, gdy myślę o...". Budujesz nowe relacje, rozwijasz empatię, poszerzasz horyzonty, nabierasz pewności siebie... Nawet jeśli wydaje Ci się, że nie jesteś typem ekshibicjonisty, od czasu do czasu odsłaniasz przed nami duszę. I bardzo dobrze, bo to pomaga.
Blogowanie powinno się przepisywać na receptę! Oferty domen mogłyby stać w aptecznych gablotkach, zaraz obok syropu na kaszel. Taka terapia jest bardziej skuteczna i tańsza, choć nie pozbawiona skutków ubocznych. I wbrew pozorom, wbrew wszelkim stereotypom, jest to terapia innymi ludźmi.
Polub nas na Facebooku! ;-)

BRAWO!!!!! Genialnie o tym napisałaś i zgadzam się z każdym slowem. A ja chyba takim ekshibicjonistą jestem :D
OdpowiedzUsuńTak jak i ja :)) Chyba nawet trochę się od tego uzależniłam ;))
UsuńJejku, racja. Ja właśnie dlatego piszę. Świetnie zobrazowane.
OdpowiedzUsuńŚwietnie to ujęłaś :)
OdpowiedzUsuńWłaśnie dlatego powstał mój blog. Anonimowy, o którym nie wiedzą znajomi, więc nie czytają. Mogę wylewać żale i pisać o wszystkim, co mi nie leży. I naprawdę pomaga :) Wywalenie z siebie niektórych rzeczy nie raz pomogło mi stanąć na nogi i poukładać sobie pewne sprawy w głowie.
Bo najbardziej pomaga właśnie wyrzucenie z siebie emocji, nawet jeśli nie otrzymamy żadnego rozwiązania problemu, a "jedynie" ludzkie zrozumienie :)
UsuńPodpisuję się pod tym :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się w pełni. :)
OdpowiedzUsuńBo człowiek do człowieka lgnie, nawet w świecie wirtualnym.
OdpowiedzUsuńW końcu jesteśmy istotami stadnymi ;D
UsuńZważywszy na fakt, że rozpoczęłam swoją przygodę z blogiem w momencie wielkiego doła emocjonalnego, jako antidotum na wszystkie smutki, wypada mi jedynie przybić ci piątkę.
OdpowiedzUsuńDawaj! Nawet dwie!
UsuńOstatnio odczułam pozytywy tej blogowej terapii :)
OdpowiedzUsuńTak, jest to pewien rodzaj psychoterapii. Piszesz i jest Ci lżej, nawet jeśli później się tego nie opublikuje :)
OdpowiedzUsuńCoś w tym jest. Ile to tekstów moich nie ujrzało światła dziennego, ale mi pomogło zwalczyć napływ złych emocji... to na pewno tańszy sposób niż terapeuta :)
OdpowiedzUsuńI chyba znacznie skuteczniejszy, bo na terapeutę trzeba trafic DOBREGO, by coś z terapii wyszło ;)
Usuńcoś jest na rzeczy:) funkcjonujemy jak wielka grupa wsparcia:):) pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńO to to to właśnie!
UsuńRacja, blog to najlepszy terapeuta :) w końcu tyle jest pocieszycielem, że od razu uśmiech pojawia się na buzi ;)
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze napisane. Żeby tylko jakiś hejter nie zechciał nam tego zepsuć "dobrym słowem".
OdpowiedzUsuńA tak, to właśnie te "skutki uboczne", o których wspomniałam ;)
Usuń:) Przyznam się, ze nigdy tak o swoim blogu nie myślałam (bardziej o innych - tych opisujących czasem trudną codzienność). Ale jak już to u Ciebie przeczytałam, to przyznałam Ci rację. Blog umożliwia wylanie z siebie nagromadzonych emocji: czasem smutnych czasem wesołych.
OdpowiedzUsuńI wtedy człowiekowi lżej!
UsuńŚwięta prawda, ale u mnie terapia się skończyła kiedy znajomi znaleźli bloga... Już się tak człowiek nie wygada :/
OdpowiedzUsuńJest jak piszesz, sama doszłam do tego już dawno temu :)
OdpowiedzUsuńZnajoma skarży się u psychologa na swój los. Mówi, ze próbowała tak a tak zmienić swoje nieszczęśliwe życie, chwytała się tego a tego i nic nie pomaga. Psycholog podsunął jej rozwiązanie: a myślała pani o samobójstwie? Idealnie trafił w moment z pytaniem...
OdpowiedzUsuńTrafiasz w sedno!
OdpowiedzUsuńale faktycznie, sieć też trochę ogranicza - mnie podczytują znajomi, rodzina, a nawet jak się okazało parę osób z pracy. I wtedy już ciut trudniej o pełną, terapeutyczną szczerość...
ale nadal - lepsze to niż terapeuta który się minął z powołaniem ;)