"Lekarzu, ulecz się sam!" - chyba każdy to zna i czasem choć w myśli powtarza. Bo na dobrego doktorka trafić trudno. Pal sześć, jeśli chodzi o nas samych. Natomiast, gdy choruje dziecko, wymagamy od człowieka, który je bada, diagnozuje i przepisuje leki, by był kompetentny, zaangażowany i przede wszystkim wrażliwy na maluszkowe nieszczęście. Jaka bywa rzeczywistość - wszyscy wiemy. Dziś opiszę Wam przypadek szczególny, ewenement jakich mało. Szkoda tylko, że w negatywnym tego słowa znaczeniu. Do dziś bowiem nie możemy się ze Ślubnym otrząsnąć z tego, co nas spotkało i tak naprawdę to próbujemy wmawiać sobie, że to był tylko jakiś durny sen.
Wspominałam już Wam kiedyś o tej przedziwnej "pani dr". Lekarka utytułowana, na oko - przed siedemdziesiątką, więc możnaby rzec, że doświadczona ogromnie. Nie dość, że pediatra, to specjalista nefrolog. Byliśmy więc zadowoleni, że ktoś taki przyjdzie obejrzeć Gabę na wizycie patronażowej. Niestety, nasz entuzjazm zniknął wkrótce. Kobiecina weszła, krótko pozachwycała się nad dwutygodniową kruszynką i przystąpiła do wygłaszania kazania.
Na pierwszy ogień poszedł przewijak. O zgrozo! Przewijak został umieszczony na łóżeczku! Dziecko się udusi, nie ma przewiewu, nie ma powietrza, przewijak out!!! Próby tłumaczenia, że przecież przewijak umieszczony jest w tej części łóżeczka, w której dziecko NIE ŚPI (wiadomo - materac ma 120 cm długości, noworodek - max. 60), tylko rozsierdziły kobitę.
A to był jedynie wstęp do dalszych "złotych rad".
Czas był wtedy taki, że Gabie zaczynał się pojawiać trądzik niemowlęcy. Teraz już oczywiście o tym wiem, jednak jako świeżo upieczona mama w połogu nie miałam zielonego pojęcia i każda krostka na buzi Młodej napawała mnie przerażeniem. Podzieliłam się więc obawami z "osobą kompetentną". Radę otrzymałam natychmiast: "proszę przemywać buzię spirytusem".
Podobne zalecenie dotyczyło odparzeń pod paszkami. Spirytusem! Odparzenia! Wtedy już myślałam, że wyjdę z siebie.
A pani dr pogodna, uśmiechnięta, zadowolona z siebie odebrała wtedy telefon, który nieopatrznie zadzwonił w jej torebce. Telefon prywatny, a jakże! I chyba solidnie kleiła się rozmowa, bo przez 20 minut wysłuchiwaliśmy opowieści z prywatnego życia naszego gością, który najzwyczajniej w świecie rozsiadł się w naszym fotelu.
Na całe szczęście po godzinie "wizyta patronażowa" dobiegła końca.
Spirytus oczywiście nie znalazł się w naszej apteczce.
Jednak nie był to koniec moich przygód z ową pediatrą. Niestety.
W trzecim miesiącu życia Gaby na sile zaczęły przybierać objawy typowe dla alergii na białko mleka. Suche, czerwone policzki i łokcie, sucha skóra na całym ciele, luźne, śluzowate kupki... Nie chciałam panikować i co rusz biegać do lekarza, jednak, gdy zobaczyłam w kupie dziecka żyłki żywej krwi, ani w głowie było mi dłużej czekać. Pobiegłam do przychodni tego samego dnia, nie patrząc na to, który lekarz przyjmuje.
I trafiłam na moją starą (no wybaczcie, młoda nie jest...) "znajomą".
Diagoza brzmiała następująco:
- zmiany na policzkach to grzybica
- dziecko jest niedomyte (!!!) w okolicach intymnych i to jest powodem "brzydkich" kupek
- jeśli chodzi o żyłki krwi i bóle brzuszka, to ona nie wie, skąd się wzięły... "może pani coś zjadła".
- na pytanie o mleko w mojej diecie, rada była "jeść jak najwięcej!"
Zalecono nam:
- pimafucort (silna maść przeciwgrzybicza) na policzki
- rivanol do przemywania okolic intymnych
oraz... przemycie buzi spirytusem.
Jak tak teraz o tym myślę, zastanawiam się nad głębszym sensem powtarzającego się motywu alkoholowego... To by w sumie wszystko tłumaczyło..
Oczywiście wkrótce okazało się, że dzieć ma skazę białkową i musiałam odstawić cały nabiał, a niedługo po tym do mojego mleka dołączył bebilon pepti. Zmiany na buzi zniknęły tylko dzięki eliminacji alergenu i kremikowi do skóry atopowej, a problemy brzuszkowe nie potrzebowały ingerencji ze strony rivanolu (co ma w ogóle jedno do drugiego, ja się pytam???). Pani dr unikamy zaś do tej pory jak tylko możemy, choć jest jedynym lekarzem, który bada dzieci przed szczepieniem.
Zastanawia mnie jedno. Ilu dziecom może zrobić krzywdę taki lekarz? Tym razem trafiło na naszą dwójkę, z której jedno jest magistrem farmacji, a drugie lubi pogłębiać swą laicką wiedzę medyczną. Najmłodszymi rodzicami też w końcu nie jesteśmy. Potraktowaliśmy te "złote rady" jako kiepski żart.
Jeśli jednak taki lekarz wyda podobne zalecenia młodziutkim, niczego nie świadomym rodzicom, którzy bezgranicznie ufają temu, co starszy, doświadczony specjalista mówi - co wtedy? Co wtedy, ja się pytam!!
