Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mąż. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2013

TEN dzień.

     Minęło już pięć miesięcy od tego przełomowego dnia, a ja dopiero teraz zebrałam wszystkie wspomnienia "do kupy". I postanowiłam się nimi podzielić. Jak było? Pięknie, strasznie, magicznie, męcząco... Zresztą - przeczytajcie sami.

     Gaba urodziła się dokładnie dwa tygodnie po terminie z OM, 10 dni po terminie z USG. W ksiażeczce zdrowia, w rubryce "czas trwania porodu" wpisane mamy 12 h 50 min, w tym aż 1,5 h (!) w II fazie porodu. Waga urodzeniowa - 3650g, długość - 55 cm. Na USG po przyjęciu do szpitala obliczono wagę małej a 3300g ! W II fazie porodu dowiaduję się, że mam bardzo wąskie spojenie łonowe, a główka małej opiera się na moim talerzu biodrowym i nie chce zejść w kanał rodny. Potem wisi nad nami widmo porodu kleszczowego. Było nacinanie krocza, był chwyt Kristellera, było chyba 10 osób w pokoju, w tym aż 4 lekarzy. I to wszystko bez znieczulenia, które, owszem, miało być, ale jakoś tak wyszło... Już po wszystkim położna powiedziała mi, że od samego początku była niemal przekonana, że poród zakończy się cc. A jednak się udało.. 
       Takie są fakty. Wiem, że brzmią przerażająco, ale dopiero przed chwilą, składając te wszystkie elementy w całość, uświadomiłam sobie, jak poważna była sytuacja. Bo ja NAPRAWDĘ mój poród wspominam dobrze... Mimo bólu, komplikacji, strachu o zdrowie swoje i dziecka.

Jak to się stało, ze zachowałam pozytywny obraz tego dnia?
Po pierwsze - miałam wspaniałą położną. Nie była opłacona.. Po prostu przyszła na  swój dyżur. Złapałyśmy super kontakt, tłumaczyła mi wszystko, pomagała, uspokajała, dodawała otuchy. Wydaje mi się, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, jak ten dzień odbieram.. No i że wszystko się szczęśliwie skończyło.
Po drugie - cały czas był ze mną mąż. Mogłam więc zapomnieć o strachu czy niepewności i skupić się na pomyślnym wykonaniu zadania, które mnie czekało. Nie wiem, czy sama dałabym radę przejść przez to tak dzielnie.
Po trzecie - poród aktywny w I fazie. Po podaniu oksytocyny, gdy skurcze przestały łaskotać, a zaczęły boleć, praktycznie w ogóle nie leżałam. Skakałam na piłce, byłam pod prysznicem (również z piłką), chodziłam ( a chwilami wręcz miałam za zadanie szybko maszerować) po korytarzu. Dzięki temu i ból był do zniesienia, i akcja rozwijała się szybciej.
Po czwarte - to, że rodziłam 13 godzin, nie znaczy, że zmagałam się tyle ze skurczami nie do zniesienia. Trwanie porodu policzono od chwili odejścia wód (ok. godz. 1 w nocy). Zanim się dostałam na porodówkę była godz. 2. Położna z nocnej zmiany po podłączeniu KTG kazała mi... odpocząć do rana. I tak naprawdę dopiero od godziny 8 rano rozpoczęła sie prawdziwa akcja. Tak więc według mojego przelicznika, rodziłam jakieś 7 godzin.
Po piąte - gdy przytuliłam Gabę, natychmiast zapomniałam o bólu. Tak, to stare przekonanie sprawdziło się w moim przypadku. Świat przestał istnieć.

       Na koniec dwa słowa do dziewczyn, które dopiero czeka pierwszy poród. Oksytocyna nie jest taka potworna, jak to niektóre kobiety opisują. Nie przeczę, boli. Ale jest to ból do zniesienia. Bardzo, bardzo duże znaczenie ma Wasze nastawienie, Wasze emocje. I jedna dobra rada - w szkołach rodzenia ćwiczy się oddychanie wcale nie dla zabawy...Ono się przydaje - i naprawdę pomaga zredukować ból. Kiedyś nie chciało mi się wierzyć, że to działa. Dzisiaj przyznaję, działa! Także wdech-wydech, wdech-wydech! 


poniedziałek, 22 lipca 2013

Klaustrofobiczne wSPAniałości!

   Kilka tygodni temu w prezencie imieninowym dostałam niebanalny podarunek. Mąż sprezentował mi zaproszenie na "Spa Day". Wiecie, jak bardzo się ucieszyłam? Oj, chyba wiecie.. Po zimowo wiosennych trudach, bolączkach i nieprzespanych nocach (kilka ich było) oddanie się w ręce fachowców w dziedzinie kosmetyki było moim marzeniem. 
     Chyba pierwszy raz będąc z dala od domu i dziecka, nie byłam myślami tam, gdzie jestem zwykle. Fakt, że "Spa Day" nie trwał cały dzień, tylko ok.3-4 godzin, ale i tak był nie lada wyzwaniem dla matczynego "ciekawe, jak sobie radzą...". Telefon zostawiłam jednak w szafce razem z innymi osobistymi rzeczami, a przyjemności, których zaznawało moje ciało skutecznie pozwoliły mi najzwyczajniej w świecie się zrelaksować i nie myśleć o butelkach, pampersach i kolkach. Godzinny masaż całego ciała, owocowy zabieg na twarz z masażem, manicure i pedicure - tak, właśnie tego potrzebowałam! I spodobało mi się na tyle, że gotowa jestem powtarzać ten proceder częściej.
      Mimo mrożącego krew w żyłach epizodu z maską z alg w roli głównej, który to rozpoczął się od pytania kosmetyczki o ewentualną moją klaustrofobię.
    Ja oczywiście od razu zaprzeczyłam istnieniu takowej fobii, czego jednak kilka chwil później mocno pożałowałam. Maska z alg, zimna i ciężka, została mi nałożona na twarz dosłownie CAŁĄ wyłączając jedynie dziurki w nosie. Było nawet ok. Dopóki nie wygrała moja ciekawość, by sprawdzić, jaką maska ma konsystencję. Dotknęłam więc twarzy i mnie zmroziło. Pod palcami poczułam coś konsystencji gumy albo grubej warstwy silikonu. Nagle cel pytania o klaustrofobię stał się jasny - teraz nawet gdybym bardzo chciała nie mogłam otworzyć ani oczu, ani ust. A sprawczyni moich cierpień wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą i moim "relaksem".
    Ale dałam radę, wytrwałam i przyznaję, że efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dlatego kiedyś zamierzam tam wrócić. Tym razem jednak poproszę o zostawienie otworów na oczy. Tak na wszelki wypadek, gdyby nagle przyszła mi ochota, by pooglądać sufit.