Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2013

Na cierpliwość sposób mam!

        Od kiedy tylko pamiętam wszyscy wokół powtarzali mi, że do dzieci trzeba mieć przede wszystkim wiele cierpliwości. Wtedy wydawało mi się to trochę abstrakcyjne - wiedziałam, że tak jest, nigdy jednak nie potrafiłam w pełni zrozumieć, o co moim rozmówcom chodzi. Nic dziwnego - nie miałam nigdy do czynienia z niemowlęciem, natomiast staże i praktyki w przedszkolach ograniczały się do przebywania z maluchami kilka godzin dziennie i pozbawione były przejmującej odpowiedzialności za podopiecznych (odpowiedzialność tę ponosił nauczyciel).

poniedziałek, 9 września 2013

Ciąża - lubisz to?

      Będąc jeszcze w ciąży dość aktywnie udzielałam się na pewnym forum internetowych, dedykowanym przyszłym mamuśkom. Pamiętam, jak w którymś momencie rozgorzała dyskusja na temat przedstawiania ciąży w mediach. Przyznaję, irytująca sprawa. Popularny obraz ciężarnej nie ma bowiem zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Albo inaczej - jest wyidealizowany. A sama ciąża - no cóż - jest stanem od ideału dość dalekim.

       Oczywiście generalizować nie można, ponieważ biorąc pod uwagę tysiąc kobiet, mamy do czynienia z tysiącem różniących się od siebie ciąż. Jedna z nas przytyje w czasie tych dziewięciu miesięcy co najwyżej 5-6 kg, inna aż 30. Część będzie prowadzić monologi nad sedesem co ranek, ale zdarzą się też takie, które nie zaznaja uczucia mdłości w ogóle. Przykłady można mnożyć. Ale medialny obraz ciężarnej wciąż irytuje.

środa, 4 września 2013

TEN dzień.

     Minęło już pięć miesięcy od tego przełomowego dnia, a ja dopiero teraz zebrałam wszystkie wspomnienia "do kupy". I postanowiłam się nimi podzielić. Jak było? Pięknie, strasznie, magicznie, męcząco... Zresztą - przeczytajcie sami.

     Gaba urodziła się dokładnie dwa tygodnie po terminie z OM, 10 dni po terminie z USG. W ksiażeczce zdrowia, w rubryce "czas trwania porodu" wpisane mamy 12 h 50 min, w tym aż 1,5 h (!) w II fazie porodu. Waga urodzeniowa - 3650g, długość - 55 cm. Na USG po przyjęciu do szpitala obliczono wagę małej a 3300g ! W II fazie porodu dowiaduję się, że mam bardzo wąskie spojenie łonowe, a główka małej opiera się na moim talerzu biodrowym i nie chce zejść w kanał rodny. Potem wisi nad nami widmo porodu kleszczowego. Było nacinanie krocza, był chwyt Kristellera, było chyba 10 osób w pokoju, w tym aż 4 lekarzy. I to wszystko bez znieczulenia, które, owszem, miało być, ale jakoś tak wyszło... Już po wszystkim położna powiedziała mi, że od samego początku była niemal przekonana, że poród zakończy się cc. A jednak się udało.. 
       Takie są fakty. Wiem, że brzmią przerażająco, ale dopiero przed chwilą, składając te wszystkie elementy w całość, uświadomiłam sobie, jak poważna była sytuacja. Bo ja NAPRAWDĘ mój poród wspominam dobrze... Mimo bólu, komplikacji, strachu o zdrowie swoje i dziecka.

Jak to się stało, ze zachowałam pozytywny obraz tego dnia?
Po pierwsze - miałam wspaniałą położną. Nie była opłacona.. Po prostu przyszła na  swój dyżur. Złapałyśmy super kontakt, tłumaczyła mi wszystko, pomagała, uspokajała, dodawała otuchy. Wydaje mi się, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, jak ten dzień odbieram.. No i że wszystko się szczęśliwie skończyło.
Po drugie - cały czas był ze mną mąż. Mogłam więc zapomnieć o strachu czy niepewności i skupić się na pomyślnym wykonaniu zadania, które mnie czekało. Nie wiem, czy sama dałabym radę przejść przez to tak dzielnie.
Po trzecie - poród aktywny w I fazie. Po podaniu oksytocyny, gdy skurcze przestały łaskotać, a zaczęły boleć, praktycznie w ogóle nie leżałam. Skakałam na piłce, byłam pod prysznicem (również z piłką), chodziłam ( a chwilami wręcz miałam za zadanie szybko maszerować) po korytarzu. Dzięki temu i ból był do zniesienia, i akcja rozwijała się szybciej.
Po czwarte - to, że rodziłam 13 godzin, nie znaczy, że zmagałam się tyle ze skurczami nie do zniesienia. Trwanie porodu policzono od chwili odejścia wód (ok. godz. 1 w nocy). Zanim się dostałam na porodówkę była godz. 2. Położna z nocnej zmiany po podłączeniu KTG kazała mi... odpocząć do rana. I tak naprawdę dopiero od godziny 8 rano rozpoczęła sie prawdziwa akcja. Tak więc według mojego przelicznika, rodziłam jakieś 7 godzin.
Po piąte - gdy przytuliłam Gabę, natychmiast zapomniałam o bólu. Tak, to stare przekonanie sprawdziło się w moim przypadku. Świat przestał istnieć.

       Na koniec dwa słowa do dziewczyn, które dopiero czeka pierwszy poród. Oksytocyna nie jest taka potworna, jak to niektóre kobiety opisują. Nie przeczę, boli. Ale jest to ból do zniesienia. Bardzo, bardzo duże znaczenie ma Wasze nastawienie, Wasze emocje. I jedna dobra rada - w szkołach rodzenia ćwiczy się oddychanie wcale nie dla zabawy...Ono się przydaje - i naprawdę pomaga zredukować ból. Kiedyś nie chciało mi się wierzyć, że to działa. Dzisiaj przyznaję, działa! Także wdech-wydech, wdech-wydech! 


poniedziałek, 2 września 2013

5 miesięcy!

Waga: ok. 7000g
Długość: 66 cm
Rozmiar ubranek: 68/74
Zębów: wciąż brak (ale to kwestia niedługiego czasu)

      Wczoraj Gaba skończyła 5 miesięcy! Tak szybko! Sierpień minął nam piorunem. Nic dziwnego, bo ten miesiąc obfitował w wiele atrakcji. Było kolejne szczepienie, wizyta u alergologa, pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd. Ten ostatni nasza córcia zniosła bardzo dzielnie, pozostawiając nam przekonanie, że wprost uwielbia podróżować. Z pozostałych zmian - zacżęły rosnąć włoski (nareszcie!), a ja zakończyłam karmienie piersią. 
      Na szczęście w ostatnim miesiącu nie mieliśmy żadnych problemów zdrowotnych. Pojawiły się natomiast pierwsze przeboje z zasypianiem - ostatnio znacznie częściej usypiam Gabę na rękach. Czasem natomiast wystarczy trzymanie małej za rączkę i zaśpiewanie 2-3 piosenek.. Tak, właśnie w ostatnich tygodniach okazało się, jak bardzo nasza Żabka lubi słuchać mojego fałszowania. Poszerzam więc znajomość repertuaru kołysanek i innych piosenek dla dzieci.



W piątym miesiącu odnotowaliśmy następujące postępy:

- głośny śmiech (czasem długi i aż do rozpuku)
- głośne gaworzenie i nieśmiałe próby wymawiania pierwszych sylab
- ślinotok permanentny
- "zjadanie" wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ręki
- obroty z pleców na brzuszek w mgnieniu oka
- pozycja na brzuszku stała się ulubioną pozycją spędzania czasu
- "pływanie" na brzuszku, podpieranie się na prostych rękach i wyginanie ciała taaaaak wysoko do góry (tzw. foczka)
- wkładanie stópek do buzi i oczywiście namiętne ich smakowanie
- próby pełzania i przybrania pozycji "na czworaka"
- próby siadania z pozycji półleżącej (w foteliku i leżaczku)
- i dosłownie kilka dni temu - długo oczekiwane podciąganie się do siadu! A stało się to z dnia na dzień - Gaba chwycona za rączki podciągnęła się zupełnie sama i po chwili była już w pozycji siedzącej ;-) Wielka radość zszokowanej matki ;-)

      A wczoraj, siedząc na moich kolanach, córcia złapała trzymany przeze mnie w ręku kubek z herbatą (lekko ciepłą, spokojnie) i jak gdyby nigdy nic przyciągnęła go do buzi, najwyraźniej chcąc się napić. Szczęka opadła mi do samej ziemi. Chyba już czas na wyciągnięcie z szafki kubka-niekapka ;-)




wtorek, 27 sierpnia 2013

Rozstrojona.

     Rozstroiła nam się córa. Chyba ten wyjazdowy tydzień tak dał się we znaki jej organizmowi, bo całkowicie zaburzył jej rytm dnia - budzi się jak zwykle ok. 7, ale nie przysypia po jedzeniu tak jak do tej pory. Ucina sobie jedną drzemkę koło południa i właściwie na tym koniec. I może nie byłoby to tak uciążliwe, gdyby nie przedwieczorny tryb marudzenia. Bo dziecko senne, a zasnąć nie może. Gdy po wielu trudach, udaje jej się zapaść w sen ok. 18-19, po kilkunastu minutach budzi się z płaczem. Histerycznym niemal. I nie pomaga huśtanie, bujanie, noszenie na rękach, ani głupie miny, ani nawet śpiewanie ulubionej piosenki. Pomaga jedynie butla z mlekiem. W trybie natychmiastowym. Na szczęście po kąpieli zasypia niemal od razu i śpi do samego rana. 
        Szczerze mówiąc nie wiem, o co chodzi z tym płaczem. Do tej pory właściwie nie było sytuacji, by Gaba budziła się z taką histerią. Podejrzewam dwie przyczyny - albo dają znać o sobie pierwsze zęby, albo szykuje nam się kolejny skok rozwojowy. Czytałam gdzieś niedawno (już nie pamiętam, gdzie), że przy skoku r. na przełomie 5 i 6 miesiąca mogą pojawić się u dziecka właśnie takie lęki we śnie, jakby miało koszmary. Być może o to właśnie chodzi. 

        Jutro czeka nas kolejne szczepienie. Trzymajcie kciuki - przede wszystkim za Gabę, ale troszke też za mnie, żebym nie oszalała w poczekalni. Jak ja tego nie lubię...

piątek, 9 sierpnia 2013

Brzuszkowe harce!

    Całkiem niedawno, bo w podsumowaniu czwartego miesiąca życia Gabrysi, pisałam o jej "niedokończonych" przewrotach na brzuszek. Duża i dość ciężka głowa pełniła rolę hamulca i trochę przeszkadzała w pełnym osiągięciu nowej umiejętności. 
Są jednak takie dni, gdy nagle coś się zmienia. W najmniej oczekiwanej chwili. Tak było i tym razem.           Gabrysia leżała na macie i bawiła się w najlepsze, ja z laptopem na kolanach sprawdzałam, co u Was słychać. Co chwilę odrywałam wzrok od ekranu i zerkałam na mą latorośl. Nagle patrzę, a córa leży na brzuszku. Przetarłam oczy z niedowierzania. Po chwili wróciła na plecy i powtórzyła przewrót. 

       A następnego dnia rozpoczęła ćwiczenia już od rana. Przewracanie się z pleców na brzuszek stało się jej nowym hobby. Jakby tego było mało, próbuje pełzać i potrafi już przemieścić się w ten sposób poza matę. A trwa to wszystko dosłownie chwilę.

Hmm..chyba nikt nie patrzy. Może zrobić kolejny obrót?


Ufff... Ale ta głowa ciężka...


O! Udało się! Teraz tylko utrzymać równowagę i.....


... nareszcie popatrzeć na świat z normalnej perspektywy!


Tylko skarpetka zapodziała się na polu walki ;-)


      Teraz dopiero się zacznie, prawda? Cieszę się i przerażona jestem za razem. Zauważyłam natomiast, że te dwa dni intensywnych ćwiczeń dały Gabi baardzo wiele. W pionie trzyma głowę już bardzo sztywno. I kolejny powód do radości spadł nam jak z nieba ;-)


niedziela, 28 lipca 2013

Ufff jak gorąco...

      Temperatura w naszym mieście przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości. Uciekłyśmy z Gabą na wieś. Z domu nie wyjdziemy co najmniej do 18-tej. Zwłaszcza, że jakoś tak sennie się zrobiło... ;-) 



    To ja może też się położę...

piątek, 26 lipca 2013

Nie zostawiaj dziecka w aucie! NIGDY!

      Wybrałyśmy się dziś z Gabą do mojej pracy, w celu złożenia podania o dodatkowy urlop macierzyński i urlop rodzicielski. Wszystko poszło szybko i sprawnie, po godzinie byłyśmy z powrotem w domu, z czego jazda autem trwała może kwadrans w obie strony. 

      W pracy zebrało się audytorium, chcące poznać nowe "firmowe" dziecię. Córci chyba się podobało, bo leżąc na kanapie robiła przedziwne akrobacje, uśmiechała się i wesoło rozmawiała. Zdarzył się nawet pisk radości :-)

      W samochodzie niestety nie było już tak fajnie. Nie mam klimatyzacji, więc na prawdziwy chłód nie było co liczyć, a minutowe oczekiwanie na zmianę światła dłużyło się w nieskończoność. Gdy wróciłyśmy, było przed 11, nie chcę wiedzieć zatem, jaka temperatura jest w moim samochodzie obecnie. Mimo, że zaparkowane jest w cieniu. 

     Zaraz po powrocie i włączeniu komputera zobaczyłam na FB link do pewnego filmu. Obejrzałam, choć przyznaję, przewijałam  i z trudem wytrzymałam do końca. Łzy popłynęły po policzkach... Jak to możliwe, że wciąż zdarzają się takie przypadki???


      Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, aby zostawić dziecko w aucie. Nawet na 5 minut. Nawet zimą, kiedy przegrzanie teoretycznie nikomu nie grozi. Mało tego - unikam jeżdżenia z Gabą w upalne dni; gdy nie mam innego wyjścia, tak jak dzisiaj, wybieram godziny poranne lub wieczorne, gdy nie jest najbardziej gorąco. Po wyjęciu jej z samochodowego fotelika i przekroczeniu drzwi mieszkania pierwszą rzeczą, jaką robię, jest napojenie małej. A w czasie jazdy bacznie obserwuję (na ile jest to możliwe), czy wszystko z nią w porządku. 
Nie mogę pojąć, jak można w tak bezmyślny sposób dopuścić do tragedii.

Twórcy filmu z firmy Redcastle Productions w ramach kampanii społecznej One Decision, przypominają:
"wystarczy kwadrans w gorącym aucie, żeby dziecko doznało urazów mózgu lub nerek, które zagrażają życiu. Przy 40 stopniach Celsjusza organy wewnętrzne przestają działać. Przy 41,6 stopnia, dziecko umiera.*"

--------------
*cytat zaczerpnięty z: Gazeta Wyborcza.


czwartek, 18 lipca 2013

Czyżby kolejny skok?

    Za nami kontrolne USG bioderek. Jest prawie w porządku. Piszę "prawie", ponieważ ortopeda zakwalifikował lewy staw na granicę normy i stwierdził, że woli go jeszcze poobserwować. Także dalej ćwiczymy, stawiamy się na kolejną kontrolę za 3 tygodnie i miejmy nadzieję, że wtedy będzie już wszystko w porządku. 

     A co poza tym? Wydaje mi się, że Gaba przechodzi kolejny skok rozwojowy (14-19 tydzień, czyli "wydarzenia" - więcej o skokach rozwojowych można poczytać tu).Niby nie ma typowych objawów poprzedzających skoki, nie płacze zbyt dużo, śpi i je chętnie, ale trochę jej nie poznaję. 
Przede wszystkim zrobiła się bardzo poważna, mało się śmieje, a zamiast tego wpatruje w nas badawczo. Po drugie, nie gaworzy tak jak dotąd. Jakiś tydzień temu zaczęła piszczeć i robi to namiętnie gdy ma dobry humor, ale nie rozmawia z nami tak, jak wcześniej. Gdzieś zniknęło to słodkie "giiiiii", które potrafiła wyrzucać z siebie w każdej możliwej tonacji. 
Trzecią rzecz zauważyłam dzisiaj rano. Gaba po raz pierwszy rozpłakała się w aucie zaraz po włączeniu silnika i płakała przez całą drogę do lekarza. Z powrotem było to samo. Zdziwiła nas tym bardzo, bo jeździmy z nią często i do tej pory delikatne drgania podczas jazdy uspokajały ją i powodowały jedynie senność. Mam nadzieję, że za kilka dni wszystko wróci do normy i córcia zaskoczy nas wkrótce nowymi umiejętnościami. 

      I jeszcze jedno - przeglądając oferty sklepów internetowych z artykułami dla niemowląt natknęłam się na takie oto cudo - przytulankę z metkami firmy "label label":

Muszę przyznać, że urzekły mnie wszystkie zwierzątka z serii "Friends", ale ten słonik najbardziej. Noszę się z zamiarem zakupu tej maskotki, choćby z okazji zbliżających się.. moich urodzin ;-) W końcu zadowolone dziecko to szczęśliwa mama, więc prezent będzie w sam raz!

wtorek, 16 lipca 2013

6 radosnych zmian.

      Macierzyństwo coraz bardziej mnie zaskakuje. Spodziewałam się oczywiście, że wraz z pojawieniem się dziecka zacznę odkrywać zupełnie nowe strony życia i siebie, natomiast pewnych aspektów bycia mamą, następstw ciąży i porodu zupełnie nie byłam świadoma. 
Wiadomo, że każda zmiana ma swoje dobre i złe strony, nie ma czegoś takiego jak "stan idealny". A nawet jeśli jest, to.. kobieta i tak znajdzie dziurę w całym ;-). Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć Wam o pozytywach, które dostałam od życia wraz z malutką Gabą.

1. Wiem, co to bezwarunkowa miłość. Miłości do dziecka nie da się porównać z żadną inną. Jest doskonała, bezwarunkowa i wolna od egoizmu - nie oczekuję w zamian tak naprawdę niczego, moje własne potrzeby schodzą na dalszy plan, a dla dobra Gaby jestem w stanie zrezygnować z wielu przyjemności, bez których wcześniej nie potrafiłam funkcjonować.
2. Zyskałam świadomość swojej siły. Mój poród nie należał do najłatwiejszych. Od początku miałam bóle "krzyżowe", w drugiej fazie pojawiły się komplikacje, wisiało nad nami widmo porodu kleszczowego. A jednak udało się i Gaba przyszła na świat całkowicie naturalnie, bez znieczulenia, z 10 pkt w Skali Apgar. Położna przyznała się "po wszystkim", że od początku była niemal pewna, że poród skończy się cesarką. Teraz w chwilach rezygnacji przypominam sobie ten dzień i od razu przypominam sobie, że "mogę wszystko".
3. Lepiej rozumiem moją Mamę. Kiedyś trudno było mi pojąć matczyną nadopiekuńczość i niepokój każdą podróżą czy późnym powrotem do domu. Teraz już wiem, że matki tak po prostu mają ;-)
4. Mam cudowną cerę! Tak tak, moja cera pierwszy raz w życiu jest tak doskonała, że spokojnie mogę wyjść z domu bez fluidu na twarzy i wspaniale się z tym czuć. Nawet w ciąży nie było tak dobrze, podejrzewam, że dużą rolę odgrywa tu dieta (bez czekolady, smażonych,pikantnych potraw i wszystkiego, co niezdrowe).
5. Zaczęłam doceniać swoje ciało... To sprzed ciąży oczywiście ;-) A kiedyś wydawało mi się, że rozmiar 38/40 to duży rozmiar. Haha ;-)
6. ...a także drobne przyjemności. Nie sądziłam, że wyjście do kina czy na fitness może aż tak cieszyć. A jednak!

   Oczywiście pozytywy można mnożyć, dzielić i wymieniać bez końca. Warto wspomnieć o nauce planowania, ostrożności, wyostrzeniu uwagi i.. słuchu, powrotu do śpiewania i czytania bajek. Te powyższe cenię sobie jak na razie najbardziej.
A jak to jest u Was? Co Was najbardziej zaskoczyło w macierzyństwie? Co cenicie sobie najbardziej?


środa, 10 lipca 2013

Na szczepienie marsz!

        Środowy poranek urzekł mnie Słońcem i ciepłym powietrzem. Uwielbiam te pierwsze godziny każdego dnia,  gdy córcia dosypia, a ja po wyprawieniu męża do pracy mogę usiąść z kawką, włączyć ulubioną muzykę i chocby poczytać, co nowego wydarzyło się na świecie. Mogłabym pospać co najmniej dwie godziny dłużej, ale ostatnio zwyczajnie szkoda mi dnia. Lato i tak zbyt szybko się skończy...
       Dzisiejszy dzień nie będzie łatwy, bo czeka nas szczepienie. Kolejne 3 wkłucia. Nie zdecydowaliśmy się na szczepionki skojarzone i wcale tej decyzji nie żałuję, ale szkoda mi Gaby bardzo, bo niestety nie należy do tych dzieci, które ledwie zauważają ukłucie igłą. Poprzednie szczepienie przeżyłam bardzo. Porwałam się, aby iść na nie sama, a malutka denerwowała się i płakała juz chwilę po wejściu do gabinetu zabiegowego, jakby doskonale wiedziała, co się święci. Spędziłyśmy w przychodni chyba godzinę, bo nie mogła się uspokoić. 
      Na szczęście po powrocie do domu wszelkie troski minęły. Obyło się bez stanu podgorączkowego, zauważyłam jedynie niewielki odczyn na rącze, ale ten szybko zniknął. Można było odetchnąć. Dziś na szczepieniu będzie towarzyszyć nam moja mama. Myślę, że szybko nie popełnię tego samego błędu co poprzednio i będę prosić o towarzystwo w takich chwilach. Taka pomoc, choćby przy ubraniu dziecka, które zanosi się płaczem, jest nieoceniona.
       Stresuję się. To chyba nieuniknione. Ale może za bardzo przeżywam? W końcu to tylko chwila, o której szybko się zapomina.