Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 stycznia 2014

... i porodówka.

Ponieważ chyba Wam się podobał post "przedporodowy", dopisałam część drugą. Enjoy! ;-)
Część I ----> Perinatologia...


Będąc jeszcze na oddziale, leżąc ( a właściwie pływając...) na swoim łóżku i trzęsąc się jak galareta z nerwów, zadzwoniłam do Ślubnego. "Rodzę!!! Przyjeżdżaj!!!". Ślubny chyba coś przeczuwał, bo w środku nocy wcale nie spał, a i żadnych alkoholowych napojów nie tknął, mimo dnia iście świątecznego. Dlatego chwilę po tym, jak zdążyłam zainstalować się na łóżku porodowym, rozdzwonił się mój telefon. Strażnik-cerber w holu na dole nie chce mi męża na porodówkę wpuścić. No kurde! Proszę ślubnego, by pogonił cerbera, ten dzwoni na porodówkę, tam mówią, że mnie nie ma. Czekam więc na położną, która poszła gdzieś (nie wiadomo, gdzie), zostawiając mnie pod bulgoczącą aparaturą. Po niemal godzinie i trzech telefonicznych rozmowach z mężem, mam w końcu okazję objaśnić, jaka sprawa.
"Niech mąż jedzie do domu i się prześpi. Pani też radzę odpocząć." - słyszę niespodziewanie. "A jak chce to może się zdrzemnąć w aucie na parkingu".
Przez chwilę pożałowałam, że rodzę. Wstałabym i zdzieliła kobicie z półobrotu. Niestety, zanim zdążyłam ruszyć nogą, jej już nie było.

Żeby dokładnie nakreślić obraz sytuacji, muszę wspomnieć o kilku, bądź co bądź, istotnych szczegółach.

Była noc z 31 marca na 1 kwietnia, właśnie rozpoczynał się Wielkanocny Poniedziałek. Czy ktoś z Was pamięta, jaka PRZECUDNEJ URODY AURA panowała tego dnia? W Łodzi śnieg zaczął sypać już po południu. Wieczorem zaczęła się zamieć, drogowców jak zwykle "zima zaskoczyła" bardzo mocno, więc ślubny jechał z drugiego końca miasta niemal zakopując się w śniegu na głównych ulicach. Istniało duże prawdopodobieństwo, że najzwyczajniej nie uda mu się do tego szpitala w ogóle dojechać. A teraz jakiś babsztyl odsyła go do domu... Tą samą drogą oczywiście, tyle, że po trzech godzinach czekania śniegu było jeszcze więcej.

Jeśli zaś chodzi o porodówkę, sytuacja przestawiała się następująco: trzech lekarzy dyżurujących (tak tak, ten zmęczony był tam jeszcze do rana), dwie "przemiłe" położne, dwie rodzące i w ch.... cesarek ;-) Lepiej już być nie mogło. Niedoszle skopana przeze mnie położna odłączyła mnie od KTG, stwierdziła, że akcji nie ma, tętno płodu jest ok, zgasiła w sali światło i życzyła DOBREJ NOCY. 

Oczywiście, ledwo zostałam sama, poczułam, że skurcze zaczynają się nieprzyjemnie nasilać, a ból kumuluje się w jednym jedynym miejscu w dole brzucha. W dodatku chce mi się pić. Bardzo. Butelka z wodą stała na szafce pod ścianą... I śmiejcie się, śmiejcie, ale byłam tak przerażona, że po prostu bałam się wstać z łóżka. Ściskałam więc sobie w skurczu telefon, który trzymałam w dłoni. O dziwo, pomagało. Czy mogę więc powiedzieć, że mój stary niezniszczalny Samsung pomógł mi urodzić?
Żeby nie było wątpliwości, nie zmrużyłam oka. Czas za to pędził jak szalony i nim się obejrzałam, na porodówce zaczął się ruch. Nowa zmiana. O godzinie szóstej znajomy już Wam wszystkim lekarz dyżurujący, z wyrazem ulgi na twarzy (nareszcie koniec dyżuru) zajrzał do mojej sali. Zbadał, coś mruknął, zapytał czy wszystko ok, ale ja miałam tylko jeden wniosek: "Czy moge już dzwonić po męża??????"
"Pani dzwoni" - wymruczał i dzięki Bogu poszedł się wyspać.

Kwadrans później wpadła do sali nowa, wyspana, pełna energii położna - włos krótki, czerwony, ruchy szybkie i zdecydowane. Gdy się odezwała, byłam już pewna, że bardzej nadawałaby się do wojska niż na porodówkę ( i coś w tym faktycznie było, bo dziewczyna, która męczyła się przez całą noc, urodziła z jej pomocą w 15 minut...). 
"Siku było?" - zapytała.
"Nie, nie czułam takiej potrzeby" - odparłam.  W tamtej właśnie chwili olśniło mnie, że od godziny 23 nie byłam w łazience. Położna osłoniła mi koszulę, żeby zbadać brzuch i odskoczyla jak oparzona.
"Marsz do łazienki!!! Bo cewnik założę!" (ok, trochę przekolorowuję, ale tak to mniej więcej brzmiało). No to jakoś zwlekłam się z tego łóżka, wstałam i poszłam. Po drodze dotknęłam miejsca, w którym czułam skurcze. Na wysokości pęcherza poczułam sporą wypukłość. 
Po powrocie z łazienki po dyskomforcie i "skurczach" nie było śladu.... Oto, jak to człowiekowi może uprzykrzyć życie zwykłe parcie na pęcherz.

W sali czekała na mnie już "moja" położna - na szczęście nie ta rodem z wojska. Młoda, ładna, miła. Chyba mi się fartnęło. Zaproponowała (!) lewatywę. Potem przyjechał Ślubny. Odżyłam.
Po 8-mej podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną i JUŻ PO 6 godzinach z hakiem urodziła się Gaba. W czepku się urodziła, wiecie? 
A co się działo podczas tych sześciu godzin, średnio pamiętam. Co pamiętam, opisałam TUTAJ. Zszywanie krocza kojarzę trochę lepiej, bo 40 minut spędziłam na żarcikach z lekarzem cerującym. Gaba się najadła i odpłynęła. Ja miałam odpłynąć dopiero przy próbie przejścia z łóżka na wózek. A szpitalna kolacja smakowała tego dnia wybornie. Mówię Wam, wszystko zależy od punktu widzenia/siedzenia/leżenia. Więc lepiej, mimo wszystko, pamiętać to dobre!!

środa, 29 stycznia 2014

Perinatologia.

Ostatnie szpitalne wieści Mandarynki, która oczekuje na narodziny michałka w jednym z łódzkich szpitali - tym samym, w którym rodziłam ja - sprawiły, że ponownie zaczęłam wspominać wydarzenia, w których uczestniczyłam dziesięć miesięcy temu.

Źródło

Narodziny Gaby opisywałam już w poście TEN dzień. Dziś jednak wspominam sam pobyt w szpitalu, sześć dni na IV, najwyższym piętrze, czyli na Oddziale Perinatologii. 
Trafiłam tam dokładnie tydzień po terminie porodu. Oczywiście nadal w dwupaku. Plan był zupełnie inny, miałam rodzić w otwartej kilka lat temu, prywatnej klinice, którą wychwalano pod niebiosa. Jakieś 80% łodzianek szykowało się na poród w tych luksusowych warunkach, z do bólu uprzejmym, sympatycznym personelem. Klinice zakontraktowano tyle porodów w ramach NFZ-u, że położnice kładziono nawet na innych oddziałach, z braku miejsc tam, gdzie leżeć powinny.
Niestety, mój przypadek okazał się na tyle problematyczny, że lekarze zbywali mnie i kazali czekać na poród w domu. Tak minął tydzień i zdecydowano, że mam się zgłosić na indukcję. Oczywiście w grę wchodziła tylko kroplówka z oksytocyny, bez innego typu prób, bez testu oksytocynowego. A to wszystko przy zamkniętej i kompletnie nieprzygotowanej szyjce. Tak naprawdę, z góry skazano mnie na cesarskie cięcie.
Na całe szczęście moja intuicja dała o sobie znać w odpowiednim momencie. Szybki telefon do mojego lekarza, relacja tego, co usłyszałam w tej klinice, jego ogromne zdziwienie... I następnego dnia, zamiast na wywoływaniu porodu, wylądowałam na oddziale w Madurowiczu. Tutaj łóżka pozarywane, godziny odwiedzin mocno ograniczone i tylko w specjalnym fartuchu, ale za to byłam pod opieką swojego ginekologa.

Największym szokiem i traumą zarazem było dla mnie pierwsze badanie po porannym obchodzie. Nic to, że badającym był ordynator, a audytorium liczyło około dziesięciu lekarzy (wszak Madurowicz jest szpitalem klinicznym). Nic to, że ledwo wdrapałam się na fotel i w trakcie badania prawie z niego spadłam. Po prostu....w ciągu kilku minut zdałam sobie sprawę, że badanie ginekologiczne, które do tej pory wydawało mi się bardzo nieprzyjemne i chwilami bolesne, w porównaniu z tym szpitalnym mogłabym nazwać... hmmm.. pieszczotą????
Do sali wróciłam ze łzami w oczach i trzęsącymi się nogami. Nagle okazało się, że leci mi krew. Jak dobrze, że moje koleżanki z sali pierwsze porody miały już dawno za sobą... Znalazłam w nich oparcie. Opowiedziałam co i jak. Spotkałam się z ciepłymi uśmiechami i kompletnym brakiem zaskoczenia. Usłyszałam za to, że "teraz powinno przyspieszyć". Nagle ogarnęła mnie totalna panika... Myśl, że to, co właśnie przeżyłam, było dopiero namiastką porodowych zmagań, kompletnie mną zachwiało.

Poza tym jednym, jedynym "incydentem powitalnym" nie mogę złego słowa powiedzieć o oddziale i personelu. No dobra - jedna położna mi podpadła. Była dość gruboskórna (o dziwo, najmłodsza ze wszystkich tam pracujących) i kazała mi samej nieść ciężką walizkę na porodówkę, gdy odeszły mi wody.
Z innymi położnymi dało się sympatycznie porozmawiać, stażystki, które przychodziły robić nam KTG opowiadały o trudach studiów medycznych, a lekarze...lekarze byli nawet przystojni ;-))
Jeden z tych młodszych wpadł na wieczorny obchód w przerwie meczu Polska - San Marino i w zadośćuczynieniu za spóźnienie recytował pacjentkom naprędce ułożony wierszyk. 
Oprócz tego, życie towarzyskie na oddziale kwitło. Niby same baby wokół, ale położne kilkukrotnie musiały zaglądać do naszej sali i prosić o ciszę po 22-ej (a byłyśmy tylko we 3..), tak żywe dyskusje i głośny śmiech nam towarzyszył. Przez ten tydzień szpital stał się moim drugim domem i z dnia na dzień czułam się tam coraz lepiej. Czułam się spokojna pod fachową opieką, a nieustanny kontakt z innymi kobietami w identycznym stanie był miłą odmianą od przebywania wśród ludzi, którzy średnio rozumieli ciężarną u kresu wytrzymałości.

Lekarze dawali mi czas, by akcja rozkręciła się samoistnie. Decyzja o indukcji zapadła, gdy rozwarcie postąpiło na 3 centymetry. "Jeśli nie urodzi pani przez weekend, we wtorek wywołujemy" - oznajmił ordynator. I poszedł do domu. A, że weekend w szpitalu? Niby nic. Gdyby nie to, że był to weekend WIELKANOCNY.

Źródło
Stanęło więc na tym, że święta spędzam w szpitalu. W czwartek powypisywano z oddziału wszystkie pacjentki, które można było wypisać, zrobiono chyba z 8 cesarek, korytarz świecił pustkami. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Przez 4 dni na oddziale był tylko lekarz dyżurujący. Właściwie to dwóch. Na cztery oddziały. Albo mi się wydawało, albo przez dwie doby widziałam nieustannie tego samego doktorka. Pod koniec dyżuru słaniał się na nogach. A potem, gdy myślałam, że już dawno sobie poszedł, pojawił się znowu. Ten sam. Chyba musiał nieźle podpaść, że go tak wrobili.

W Wielkanoc dostałyśmy nawet żurek z jajkiem i kawałek białej kiełbasy na śniadanie. Kiepski był, ale nie byłyśmy stratne, bo bliscy zaopatrzyli nas w świąteczne wałówki. Ustawiłyśmy wszystko na stole, było tego naprawdę sporo. Zrobiłyśmy sobie prawdziwe wielkanocne śniadanie, złożyłyśmy życzenia. Nawet położna do nas przyszła, żeby posiedzieć. Chyba jako jedyne wpadłyśmy na tak, o dziwo, oryginalny pomysł.
Ucztowałyśmy chyba dość długo, bo zanim sprzątnęłyśmy ze stołu, przyjechał obiad.... Na dobrą sprawę - ten dzień minął pod znakiem jedzenia. Nie chcę nawet wiedzieć, jakie to były ilości, Gabrysia wesoło podskakiwała w brzuchu, chyba była zadowolona.

Dzień się kończył, zdawałam sobie sprawę, że jeszcze tylko poniedziałek dzieli mnie od indukcji. Marzyło mi się, by w ten poniedziałek coś się ruszyło. Ale oprócz delikatnych skurczy nic nie zwiastowało porodu. Zresztą, te skurcze pojawiały się codziennie (dużo, duuuuużo chodziłam), więc już się do nich przyzwyczaiłam i nawet przestałam liczyć ich częstotliwość. Leżąc wieczorem w łóżku, usłyszałam ruch na korytarzu. Potem znowu, i znowu. Ktoś obok zaczął rodzić, potem dwie nagłe cesarki. Pomyślałam sobie, że zazdroszczę tym dziewczynom - będą mieć dzieci urodzone 1-go kwietnia. Cudowna data... 
Nie mogłam spać. Co chwilę chodziłam do łazienki. Tak naprawdę byłam ciekawa, co się dzieje na porodówce, miałam nadzieję, że coś zobaczę, usłyszę krzyk narodzonego maluszka...
W końcu wróciłam do łóżka. Zadzwonił telefon. Jakiś pijany gość chciał sobie ze mną pogadać. Nie znałam go, do tej pory nie wiem, kim był. Zdenerwowałam się trochę. Nadal nie mogłam spać.
Na korytarzu znowu ruch. Kolejny poród. Potem cisza... Spojrzałam na zegarek. 50 minut po północy. I nagle poczułam coś dziwnego... Obudziłam dziewczyny.
Chyba odeszły mi wody.

Potem szybka akcja - powiadomienie położnej, lekarza, pakowanie swoich rzeczy, wizyta w dyżurce, wenflon w ręce. Kazano mi iść do pokoju badań i poczekać na lekarza. Usiadłam. Po chwili ktoś wszedł. I wtedy zobaczyłam tego samego, zmęczonego życiem i baaaardzo długim weekendem lekarza dyżurującego...




środa, 4 września 2013

TEN dzień.

     Minęło już pięć miesięcy od tego przełomowego dnia, a ja dopiero teraz zebrałam wszystkie wspomnienia "do kupy". I postanowiłam się nimi podzielić. Jak było? Pięknie, strasznie, magicznie, męcząco... Zresztą - przeczytajcie sami.

     Gaba urodziła się dokładnie dwa tygodnie po terminie z OM, 10 dni po terminie z USG. W ksiażeczce zdrowia, w rubryce "czas trwania porodu" wpisane mamy 12 h 50 min, w tym aż 1,5 h (!) w II fazie porodu. Waga urodzeniowa - 3650g, długość - 55 cm. Na USG po przyjęciu do szpitala obliczono wagę małej a 3300g ! W II fazie porodu dowiaduję się, że mam bardzo wąskie spojenie łonowe, a główka małej opiera się na moim talerzu biodrowym i nie chce zejść w kanał rodny. Potem wisi nad nami widmo porodu kleszczowego. Było nacinanie krocza, był chwyt Kristellera, było chyba 10 osób w pokoju, w tym aż 4 lekarzy. I to wszystko bez znieczulenia, które, owszem, miało być, ale jakoś tak wyszło... Już po wszystkim położna powiedziała mi, że od samego początku była niemal przekonana, że poród zakończy się cc. A jednak się udało.. 
       Takie są fakty. Wiem, że brzmią przerażająco, ale dopiero przed chwilą, składając te wszystkie elementy w całość, uświadomiłam sobie, jak poważna była sytuacja. Bo ja NAPRAWDĘ mój poród wspominam dobrze... Mimo bólu, komplikacji, strachu o zdrowie swoje i dziecka.

Jak to się stało, ze zachowałam pozytywny obraz tego dnia?
Po pierwsze - miałam wspaniałą położną. Nie była opłacona.. Po prostu przyszła na  swój dyżur. Złapałyśmy super kontakt, tłumaczyła mi wszystko, pomagała, uspokajała, dodawała otuchy. Wydaje mi się, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, jak ten dzień odbieram.. No i że wszystko się szczęśliwie skończyło.
Po drugie - cały czas był ze mną mąż. Mogłam więc zapomnieć o strachu czy niepewności i skupić się na pomyślnym wykonaniu zadania, które mnie czekało. Nie wiem, czy sama dałabym radę przejść przez to tak dzielnie.
Po trzecie - poród aktywny w I fazie. Po podaniu oksytocyny, gdy skurcze przestały łaskotać, a zaczęły boleć, praktycznie w ogóle nie leżałam. Skakałam na piłce, byłam pod prysznicem (również z piłką), chodziłam ( a chwilami wręcz miałam za zadanie szybko maszerować) po korytarzu. Dzięki temu i ból był do zniesienia, i akcja rozwijała się szybciej.
Po czwarte - to, że rodziłam 13 godzin, nie znaczy, że zmagałam się tyle ze skurczami nie do zniesienia. Trwanie porodu policzono od chwili odejścia wód (ok. godz. 1 w nocy). Zanim się dostałam na porodówkę była godz. 2. Położna z nocnej zmiany po podłączeniu KTG kazała mi... odpocząć do rana. I tak naprawdę dopiero od godziny 8 rano rozpoczęła sie prawdziwa akcja. Tak więc według mojego przelicznika, rodziłam jakieś 7 godzin.
Po piąte - gdy przytuliłam Gabę, natychmiast zapomniałam o bólu. Tak, to stare przekonanie sprawdziło się w moim przypadku. Świat przestał istnieć.

       Na koniec dwa słowa do dziewczyn, które dopiero czeka pierwszy poród. Oksytocyna nie jest taka potworna, jak to niektóre kobiety opisują. Nie przeczę, boli. Ale jest to ból do zniesienia. Bardzo, bardzo duże znaczenie ma Wasze nastawienie, Wasze emocje. I jedna dobra rada - w szkołach rodzenia ćwiczy się oddychanie wcale nie dla zabawy...Ono się przydaje - i naprawdę pomaga zredukować ból. Kiedyś nie chciało mi się wierzyć, że to działa. Dzisiaj przyznaję, działa! Także wdech-wydech, wdech-wydech! 


wtorek, 16 lipca 2013

6 radosnych zmian.

      Macierzyństwo coraz bardziej mnie zaskakuje. Spodziewałam się oczywiście, że wraz z pojawieniem się dziecka zacznę odkrywać zupełnie nowe strony życia i siebie, natomiast pewnych aspektów bycia mamą, następstw ciąży i porodu zupełnie nie byłam świadoma. 
Wiadomo, że każda zmiana ma swoje dobre i złe strony, nie ma czegoś takiego jak "stan idealny". A nawet jeśli jest, to.. kobieta i tak znajdzie dziurę w całym ;-). Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć Wam o pozytywach, które dostałam od życia wraz z malutką Gabą.

1. Wiem, co to bezwarunkowa miłość. Miłości do dziecka nie da się porównać z żadną inną. Jest doskonała, bezwarunkowa i wolna od egoizmu - nie oczekuję w zamian tak naprawdę niczego, moje własne potrzeby schodzą na dalszy plan, a dla dobra Gaby jestem w stanie zrezygnować z wielu przyjemności, bez których wcześniej nie potrafiłam funkcjonować.
2. Zyskałam świadomość swojej siły. Mój poród nie należał do najłatwiejszych. Od początku miałam bóle "krzyżowe", w drugiej fazie pojawiły się komplikacje, wisiało nad nami widmo porodu kleszczowego. A jednak udało się i Gaba przyszła na świat całkowicie naturalnie, bez znieczulenia, z 10 pkt w Skali Apgar. Położna przyznała się "po wszystkim", że od początku była niemal pewna, że poród skończy się cesarką. Teraz w chwilach rezygnacji przypominam sobie ten dzień i od razu przypominam sobie, że "mogę wszystko".
3. Lepiej rozumiem moją Mamę. Kiedyś trudno było mi pojąć matczyną nadopiekuńczość i niepokój każdą podróżą czy późnym powrotem do domu. Teraz już wiem, że matki tak po prostu mają ;-)
4. Mam cudowną cerę! Tak tak, moja cera pierwszy raz w życiu jest tak doskonała, że spokojnie mogę wyjść z domu bez fluidu na twarzy i wspaniale się z tym czuć. Nawet w ciąży nie było tak dobrze, podejrzewam, że dużą rolę odgrywa tu dieta (bez czekolady, smażonych,pikantnych potraw i wszystkiego, co niezdrowe).
5. Zaczęłam doceniać swoje ciało... To sprzed ciąży oczywiście ;-) A kiedyś wydawało mi się, że rozmiar 38/40 to duży rozmiar. Haha ;-)
6. ...a także drobne przyjemności. Nie sądziłam, że wyjście do kina czy na fitness może aż tak cieszyć. A jednak!

   Oczywiście pozytywy można mnożyć, dzielić i wymieniać bez końca. Warto wspomnieć o nauce planowania, ostrożności, wyostrzeniu uwagi i.. słuchu, powrotu do śpiewania i czytania bajek. Te powyższe cenię sobie jak na razie najbardziej.
A jak to jest u Was? Co Was najbardziej zaskoczyło w macierzyństwie? Co cenicie sobie najbardziej?


piątek, 12 lipca 2013

Wracaj, moja szczupłości!!! - czyli rzecz o tym, jak wielki i chudy mam plan.

        No i mamy piątek... Dzisiaj Gaba już doszła do siebie, aktywna jest na całego, więc póki co korzystam z jej popołudniowej drzemki. Nie wiadomo, ile owa drzemka będzie trwała, ale jestem dobrej myśli. W końcu dziś zaliczyłyśmy aż dwa spacery! Z tego pierwszego wygoniła nas burza, drugi był pewnego rodzaju zadośćuczynieniem za drastyczne przerwanie Gabie poprzedniej przejażdżki. 
       Mimo tego deszczu i zmiennej aury, pozytywny dziś mamy dzień. Nie może być inaczej, gdy rano na wadze nagle widnieje kilogram mniej niż dnia poprzedniego. Nareszcie mój plan zaczyna działać.

        No właśnie. Mam plan, bardzo zresztą ambitny. Choć nie ukrywam, że trudniejszy do realizacji, niż mi się to na początku wydawało. Staram się wrócić do przedciążowej wagi. Oryginalny cel to to nie jest, ale wysiłku trzeba włożyć sporo. I od razu zastrzegam - nie, nie ćwiczę z Ewą Chodakowską. Owszem, próbowałam, ale po kilku treningach wysiadły mi kolana. Postanowiłam zacząć łagodniej, od jogi i pilatesu na zajęciach zorganizowanych, które dają jednak większego kopa niż ćwiczenie przed komputerem.
      
 A sprawy mają się następująco: 
  • wiosną 2012, przed zajściem w ciążę, ważyłam ok. 58 kg i fizycznie byłam chyba w najlepszej formie, jaką pamiętam. Fitness, joga, maksymalnie zdrowy tryb życia. Tak naprawdę świetny czas na ciążę i nadzieję, że utrzymam przez te 9 miesięcy choć w połowie tę dobrą formę;
  • no i się rypnęło... Do 20. tygodnia przytyłam jakieś 5kg, a potem pozostałe 15...
  • taaaakkkk... pod koniec marca przybrałam imponujące rozmiary i wagę 78kg, ale pocieszałam się, że sporo stracę na porodówce;
  • po porodzie ubyło mi... tylko 5kg... i zostało 73;
  • a na dzień dzisiejszy jest 68,8kg;
  • do celu pozostało 10,8kg.
    Muszę przyznać, że z motywacją bywa różnie. Zajęcia sprawiają mi frajdę, bo uwielbiam się ruszać, natomiast gorzej jest z dietą, bo ogromny ze mnie słodyczożerca. Być może publiczne przyznawanie się do postępów i grzeszków pozwoli mi się bardziej pilnować. Dlatego co piątek będzie się odbywać blogowa spowiedź. Podjęłam decyzję i już się boję ;)
Jednak chęć zmieszczenia się w te wszystkie sukienki, które wiszą w szafie i wydają się takie szczuplutkie, jest zdecydowanie silniejsza. O szczupłości, wracaj!!!

wtorek, 9 lipca 2013

Zwykle tak to się zaczyna...

         W kwietniowe popołudnie 2013 na świat przyszła Gaba. Córka nasza. Pierworodna. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napiszę, że od tego dnia świat stanął na głowie i zrobił jeszcze kilka fikołków, salt i piruetów.                    

        Niedawno Gaba skończyła trzy miesiące i - nie ma co ukrywać - to ona rządzi w domu. Uczy nas miłości, cierpliwości, siły, oducza egoizmu. Zmienia się z dnia na dzień, a te z kolei mijają zadziwiająco szybko. Mimo, że zaczynają się zwykle ok. godziny 7 a kończą przed północą. A ja... Ja zyskałam drugi, a może nawet trzeci etat - etat matki. Choć pewnie powinnam go nazwać "pierwszym", bo przecież jest i będzie najważniejszy. A w dodatku dożywotni. Najpiękniejszy w życiu kobiety. 
         Być może w tym miejscu uda mi się zatrzymać choć część wspomnień z najwcześniejszego etapu życia córeczki. A przy okazji... trochę się rozerwać ;-)