wtorek, 30 lipca 2013

Pojazdowy dylemat.

    Jakiś czas temu przeżyliśmy z mężem spory szok. Jeszcze Gaba nie skończyła dobrze 4 miesięcy, a już zaczyna wyrastać z gondoli. Od "całkowitego" wyrośniecia dzielą ją jakieś 2-3 cm, ale podejrzewam, że gdyby dobrze wyprostowała nogi, to dotknęłaby już górnego i dolnego brzegu gondolki. Zmierzyłam ją dziś - ok. 65 cm, czyli 10 cm więcej niż na starcie. Rośnie dziecko jak na drożdżach. 
W związku z powyższym rozpoczęliśmy gorączkowe poszukiwania wózka spacerowego. Mamy wprawdzie możliwość "zrobienia" spacerówki z posiadanego już wózka głębokiego, jednak jest on tak ciężki, że nie wyobrażam sobie z nim życia przez następne co najmniej kilkanaście miesięcy.
Przeglądając dziesiątki ofert i rozważając, którą wybrać, doszliśmy do wniosku, że kluczowymi cechami decydującymi o wyborze tego a nie innego wózka będą:

  • waga 
  • łatwość składania i rozkładania 
  • regulacja oparcia i możliwość rozłożenia do pozycji leżącej
  • łatwość prowadzenia
  • stabilna konstrukcja
      Niestety, szybko okazało się, że zdecydowana większość wózków, które nam się podobają, przekracza wagę 12-13 kg!! Są to przede wszystkim te egzemplarze posiadające dmuchane koła (4 koła = 4 kg więcej). Postawiliśmy więc na typowy wózek miejski i po krótkim rekonesansie wstępnie wybraliśmy model  Grillo 2.0 firmy BREVI


                           



Wydaje się być chyba najstabilniejszy ze wszystkim "lekkich" spacerówek, ale może to tylko nasze wrażenie? Z pewnością cechuje go niewielka waga (ok. 8 kg), a także małe gabaryty po złożeniu (można spokojnie nieść w jednej ręce). Co do wytrzymałości konstrukcji opinie internautów są podzielone, obawiam się jednak, że solidność wiąże się nierozerwalnie z większą wagą... 
    
     A może któraś z Was miała do czynienia z tym modelem albo jakimś innym wózkiem BREVI? Czym kierowałyście/kierujecie się przy wyborze spacerówki? Chętnie przyjmę wszelkie rady i wskazówki, aby nie popełnić takiego błędu jak przy zakupie fotelika samochodowego (piękny, solidny i meeega ciężki).



niedziela, 28 lipca 2013

Ufff jak gorąco...

      Temperatura w naszym mieście przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości. Uciekłyśmy z Gabą na wieś. Z domu nie wyjdziemy co najmniej do 18-tej. Zwłaszcza, że jakoś tak sennie się zrobiło... ;-) 



    To ja może też się położę...

piątek, 26 lipca 2013

Nie zostawiaj dziecka w aucie! NIGDY!

      Wybrałyśmy się dziś z Gabą do mojej pracy, w celu złożenia podania o dodatkowy urlop macierzyński i urlop rodzicielski. Wszystko poszło szybko i sprawnie, po godzinie byłyśmy z powrotem w domu, z czego jazda autem trwała może kwadrans w obie strony. 

      W pracy zebrało się audytorium, chcące poznać nowe "firmowe" dziecię. Córci chyba się podobało, bo leżąc na kanapie robiła przedziwne akrobacje, uśmiechała się i wesoło rozmawiała. Zdarzył się nawet pisk radości :-)

      W samochodzie niestety nie było już tak fajnie. Nie mam klimatyzacji, więc na prawdziwy chłód nie było co liczyć, a minutowe oczekiwanie na zmianę światła dłużyło się w nieskończoność. Gdy wróciłyśmy, było przed 11, nie chcę wiedzieć zatem, jaka temperatura jest w moim samochodzie obecnie. Mimo, że zaparkowane jest w cieniu. 

     Zaraz po powrocie i włączeniu komputera zobaczyłam na FB link do pewnego filmu. Obejrzałam, choć przyznaję, przewijałam  i z trudem wytrzymałam do końca. Łzy popłynęły po policzkach... Jak to możliwe, że wciąż zdarzają się takie przypadki???


      Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy, aby zostawić dziecko w aucie. Nawet na 5 minut. Nawet zimą, kiedy przegrzanie teoretycznie nikomu nie grozi. Mało tego - unikam jeżdżenia z Gabą w upalne dni; gdy nie mam innego wyjścia, tak jak dzisiaj, wybieram godziny poranne lub wieczorne, gdy nie jest najbardziej gorąco. Po wyjęciu jej z samochodowego fotelika i przekroczeniu drzwi mieszkania pierwszą rzeczą, jaką robię, jest napojenie małej. A w czasie jazdy bacznie obserwuję (na ile jest to możliwe), czy wszystko z nią w porządku. 
Nie mogę pojąć, jak można w tak bezmyślny sposób dopuścić do tragedii.

Twórcy filmu z firmy Redcastle Productions w ramach kampanii społecznej One Decision, przypominają:
"wystarczy kwadrans w gorącym aucie, żeby dziecko doznało urazów mózgu lub nerek, które zagrażają życiu. Przy 40 stopniach Celsjusza organy wewnętrzne przestają działać. Przy 41,6 stopnia, dziecko umiera.*"

--------------
*cytat zaczerpnięty z: Gazeta Wyborcza.


środa, 24 lipca 2013

Urodzinowo.

    Tym faktom nie da się zaprzeczyć - wczorajszy dzień przypomniał mi, że znów jestem o rok starsza. Uświadomił również, że do trzydziestki już mi wcale nie tak daleko. A dopiero, co kończyłam te kolejne "naście" lat... ;-)
    Wczoraj minął także rok od momentu, w którym powiedziałam "tak" mojemu teraz-już-mężowi. A na wspomnienie owej chwili zakręciła się łezka w oku.

     Przyjemny był ten wtorkowy dzień. Spełniłam się kulinarnie, czego efektem były papryki faszerowane mięsem mielonym z pieczarkami przepisu Darii Anny, a także muffinki cytrynowo-kokosowe (przepis można znaleźć na http://www.mojewypieki.com/ - wspaniałe źródło inspiracji dla miłośników pieczenia, polecam!! ). Do kolekcji moich kubków dołączyło zaś takie cudo:


     Jedynie Gaba  była lekko zniesmaczona - nie dość, że nie mogła spróbować smakołyków ze stołu, to jeszcze do tego poświęcałam jej mniej uwagi niż zwykle. Praktycznie cały dzień biegałam między kuchnią a pokojem, próbując jakoś wszystko ogarnąć. Malutka jakby wyczuwając, że coś się święci, za nic nie chciała zasnąć i trochę marudziła. W sen zapadła dopiero po dłuższym ukołysaniu w moich ramionach. Biedna potrzebowała wczoraj mojej bliskości aż do tego stopnia.. Dziś na pewno jej to wynagrodzę. Do samego wieczora ma mnie całą dla siebie.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Klaustrofobiczne wSPAniałości!

   Kilka tygodni temu w prezencie imieninowym dostałam niebanalny podarunek. Mąż sprezentował mi zaproszenie na "Spa Day". Wiecie, jak bardzo się ucieszyłam? Oj, chyba wiecie.. Po zimowo wiosennych trudach, bolączkach i nieprzespanych nocach (kilka ich było) oddanie się w ręce fachowców w dziedzinie kosmetyki było moim marzeniem. 
     Chyba pierwszy raz będąc z dala od domu i dziecka, nie byłam myślami tam, gdzie jestem zwykle. Fakt, że "Spa Day" nie trwał cały dzień, tylko ok.3-4 godzin, ale i tak był nie lada wyzwaniem dla matczynego "ciekawe, jak sobie radzą...". Telefon zostawiłam jednak w szafce razem z innymi osobistymi rzeczami, a przyjemności, których zaznawało moje ciało skutecznie pozwoliły mi najzwyczajniej w świecie się zrelaksować i nie myśleć o butelkach, pampersach i kolkach. Godzinny masaż całego ciała, owocowy zabieg na twarz z masażem, manicure i pedicure - tak, właśnie tego potrzebowałam! I spodobało mi się na tyle, że gotowa jestem powtarzać ten proceder częściej.
      Mimo mrożącego krew w żyłach epizodu z maską z alg w roli głównej, który to rozpoczął się od pytania kosmetyczki o ewentualną moją klaustrofobię.
    Ja oczywiście od razu zaprzeczyłam istnieniu takowej fobii, czego jednak kilka chwil później mocno pożałowałam. Maska z alg, zimna i ciężka, została mi nałożona na twarz dosłownie CAŁĄ wyłączając jedynie dziurki w nosie. Było nawet ok. Dopóki nie wygrała moja ciekawość, by sprawdzić, jaką maska ma konsystencję. Dotknęłam więc twarzy i mnie zmroziło. Pod palcami poczułam coś konsystencji gumy albo grubej warstwy silikonu. Nagle cel pytania o klaustrofobię stał się jasny - teraz nawet gdybym bardzo chciała nie mogłam otworzyć ani oczu, ani ust. A sprawczyni moich cierpień wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą i moim "relaksem".
    Ale dałam radę, wytrwałam i przyznaję, że efekt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Dlatego kiedyś zamierzam tam wrócić. Tym razem jednak poproszę o zostawienie otworów na oczy. Tak na wszelki wypadek, gdyby nagle przyszła mi ochota, by pooglądać sufit.

czwartek, 18 lipca 2013

Czyżby kolejny skok?

    Za nami kontrolne USG bioderek. Jest prawie w porządku. Piszę "prawie", ponieważ ortopeda zakwalifikował lewy staw na granicę normy i stwierdził, że woli go jeszcze poobserwować. Także dalej ćwiczymy, stawiamy się na kolejną kontrolę za 3 tygodnie i miejmy nadzieję, że wtedy będzie już wszystko w porządku. 

     A co poza tym? Wydaje mi się, że Gaba przechodzi kolejny skok rozwojowy (14-19 tydzień, czyli "wydarzenia" - więcej o skokach rozwojowych można poczytać tu).Niby nie ma typowych objawów poprzedzających skoki, nie płacze zbyt dużo, śpi i je chętnie, ale trochę jej nie poznaję. 
Przede wszystkim zrobiła się bardzo poważna, mało się śmieje, a zamiast tego wpatruje w nas badawczo. Po drugie, nie gaworzy tak jak dotąd. Jakiś tydzień temu zaczęła piszczeć i robi to namiętnie gdy ma dobry humor, ale nie rozmawia z nami tak, jak wcześniej. Gdzieś zniknęło to słodkie "giiiiii", które potrafiła wyrzucać z siebie w każdej możliwej tonacji. 
Trzecią rzecz zauważyłam dzisiaj rano. Gaba po raz pierwszy rozpłakała się w aucie zaraz po włączeniu silnika i płakała przez całą drogę do lekarza. Z powrotem było to samo. Zdziwiła nas tym bardzo, bo jeździmy z nią często i do tej pory delikatne drgania podczas jazdy uspokajały ją i powodowały jedynie senność. Mam nadzieję, że za kilka dni wszystko wróci do normy i córcia zaskoczy nas wkrótce nowymi umiejętnościami. 

      I jeszcze jedno - przeglądając oferty sklepów internetowych z artykułami dla niemowląt natknęłam się na takie oto cudo - przytulankę z metkami firmy "label label":

Muszę przyznać, że urzekły mnie wszystkie zwierzątka z serii "Friends", ale ten słonik najbardziej. Noszę się z zamiarem zakupu tej maskotki, choćby z okazji zbliżających się.. moich urodzin ;-) W końcu zadowolone dziecko to szczęśliwa mama, więc prezent będzie w sam raz!

wtorek, 16 lipca 2013

6 radosnych zmian.

      Macierzyństwo coraz bardziej mnie zaskakuje. Spodziewałam się oczywiście, że wraz z pojawieniem się dziecka zacznę odkrywać zupełnie nowe strony życia i siebie, natomiast pewnych aspektów bycia mamą, następstw ciąży i porodu zupełnie nie byłam świadoma. 
Wiadomo, że każda zmiana ma swoje dobre i złe strony, nie ma czegoś takiego jak "stan idealny". A nawet jeśli jest, to.. kobieta i tak znajdzie dziurę w całym ;-). Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć Wam o pozytywach, które dostałam od życia wraz z malutką Gabą.

1. Wiem, co to bezwarunkowa miłość. Miłości do dziecka nie da się porównać z żadną inną. Jest doskonała, bezwarunkowa i wolna od egoizmu - nie oczekuję w zamian tak naprawdę niczego, moje własne potrzeby schodzą na dalszy plan, a dla dobra Gaby jestem w stanie zrezygnować z wielu przyjemności, bez których wcześniej nie potrafiłam funkcjonować.
2. Zyskałam świadomość swojej siły. Mój poród nie należał do najłatwiejszych. Od początku miałam bóle "krzyżowe", w drugiej fazie pojawiły się komplikacje, wisiało nad nami widmo porodu kleszczowego. A jednak udało się i Gaba przyszła na świat całkowicie naturalnie, bez znieczulenia, z 10 pkt w Skali Apgar. Położna przyznała się "po wszystkim", że od początku była niemal pewna, że poród skończy się cesarką. Teraz w chwilach rezygnacji przypominam sobie ten dzień i od razu przypominam sobie, że "mogę wszystko".
3. Lepiej rozumiem moją Mamę. Kiedyś trudno było mi pojąć matczyną nadopiekuńczość i niepokój każdą podróżą czy późnym powrotem do domu. Teraz już wiem, że matki tak po prostu mają ;-)
4. Mam cudowną cerę! Tak tak, moja cera pierwszy raz w życiu jest tak doskonała, że spokojnie mogę wyjść z domu bez fluidu na twarzy i wspaniale się z tym czuć. Nawet w ciąży nie było tak dobrze, podejrzewam, że dużą rolę odgrywa tu dieta (bez czekolady, smażonych,pikantnych potraw i wszystkiego, co niezdrowe).
5. Zaczęłam doceniać swoje ciało... To sprzed ciąży oczywiście ;-) A kiedyś wydawało mi się, że rozmiar 38/40 to duży rozmiar. Haha ;-)
6. ...a także drobne przyjemności. Nie sądziłam, że wyjście do kina czy na fitness może aż tak cieszyć. A jednak!

   Oczywiście pozytywy można mnożyć, dzielić i wymieniać bez końca. Warto wspomnieć o nauce planowania, ostrożności, wyostrzeniu uwagi i.. słuchu, powrotu do śpiewania i czytania bajek. Te powyższe cenię sobie jak na razie najbardziej.
A jak to jest u Was? Co Was najbardziej zaskoczyło w macierzyństwie? Co cenicie sobie najbardziej?


niedziela, 14 lipca 2013

Liebster Blog Award

Wyróżnenie Liebster Blog Award trafiło i do mnie - od Kajki Roo z Projekt:Człowiek.
Krótko o zasadach:
Wyróżnienie Liebster Blog Award  jest przekazywane przez nominowanego kolejnym 11 blogerkom lub blogerom jako uznanie za” dobrze wykonaną robotę” Moje nominację troszkę na zachętę niektórym.  Celowo przyznawane jest “mniejszym” blogom o mniejszej liczbie zaglądających i obserwujących lub takich, które działają od niedawna – tak, by też miały szansę na zaistnienie w blogowej społeczności.  Osoba wyróżniona odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę , która blog nominowała do wyróżniena, a następnie również wyróżnia 11 blogów informując o tym w podziękowaniu za  wyróżnienie  i  jednocześnie zadając swoje 11 pytań do nominowanych. Nie można nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

A oto moje odpowiedzi:
1. Cukierki czy lizaki?  Ojj zdecydowanie cukierki :)
2. Na kołdrze czy pod kołdrą? NA!
3. Szminka czy błyszczyk? To zależy od sytuacji, ale przeważnie błyszczyk.
4. Za rok o tej porze będę... spędzać w pracy pierwsze tygodnie po urlopie macierzyńskim + zaległych urlopach.
5. Za 15 lat... będę mieć w domu nastolatkę, a to mnie już przeraża :P
6. Za 30 lat... przejdę na emeryturę!!! O ile znowu nie podniosą wieku emerytalnego...
7. Fioletowy czy pomarańczowy? Fioletowy - jak widać :)
8. Galeria czy muzeum? Galeria.
9. Dzieci są... istotami, dla których warto znieść wszystko.
10. Mąż powinien... przytulać żonę :-)
11. Żona powinna... przytulać męża ;-)

A moje nominacje trafiają do:
Czar życia
Dzieciństwo Pany M.
Codzienne wyzwania Matki Debiutującej
MamaniaTupot Małych Stópek
Gdzie mój Rock'n'Roll?
Muszę Lecieć..
Groszku Malutki...
Mama Mirona
Sweetness of Life
Dookoła dziecka

I pytania:
1. Ulubiony owoc.
2. Kawa czy herbata?
3. Ile masz wzrostu?
4. Ranny ptaszek czy nocny marek?
5. Ulubiona postać z bajki.
6. Moim zdaniem marzenia...
7. Kobieta to..
8. Auto czy rower?
9. Rano budzi mnie...
10. Kobieta, którą podziwiam, to...
11. Co irytuje Cię w mężczyznach?

Ponieważ zdaję sobie sprawę, że niektóre z Was otrzymują nominację już którys raz z kolei, zachęcam do odpowiadania na pytania w komentarzach ;) No chyba, że macie ochotę na zabawę na swoich blogach :)

Powodzenia!!




piątek, 12 lipca 2013

Wracaj, moja szczupłości!!! - czyli rzecz o tym, jak wielki i chudy mam plan.

        No i mamy piątek... Dzisiaj Gaba już doszła do siebie, aktywna jest na całego, więc póki co korzystam z jej popołudniowej drzemki. Nie wiadomo, ile owa drzemka będzie trwała, ale jestem dobrej myśli. W końcu dziś zaliczyłyśmy aż dwa spacery! Z tego pierwszego wygoniła nas burza, drugi był pewnego rodzaju zadośćuczynieniem za drastyczne przerwanie Gabie poprzedniej przejażdżki. 
       Mimo tego deszczu i zmiennej aury, pozytywny dziś mamy dzień. Nie może być inaczej, gdy rano na wadze nagle widnieje kilogram mniej niż dnia poprzedniego. Nareszcie mój plan zaczyna działać.

        No właśnie. Mam plan, bardzo zresztą ambitny. Choć nie ukrywam, że trudniejszy do realizacji, niż mi się to na początku wydawało. Staram się wrócić do przedciążowej wagi. Oryginalny cel to to nie jest, ale wysiłku trzeba włożyć sporo. I od razu zastrzegam - nie, nie ćwiczę z Ewą Chodakowską. Owszem, próbowałam, ale po kilku treningach wysiadły mi kolana. Postanowiłam zacząć łagodniej, od jogi i pilatesu na zajęciach zorganizowanych, które dają jednak większego kopa niż ćwiczenie przed komputerem.
      
 A sprawy mają się następująco: 
  • wiosną 2012, przed zajściem w ciążę, ważyłam ok. 58 kg i fizycznie byłam chyba w najlepszej formie, jaką pamiętam. Fitness, joga, maksymalnie zdrowy tryb życia. Tak naprawdę świetny czas na ciążę i nadzieję, że utrzymam przez te 9 miesięcy choć w połowie tę dobrą formę;
  • no i się rypnęło... Do 20. tygodnia przytyłam jakieś 5kg, a potem pozostałe 15...
  • taaaakkkk... pod koniec marca przybrałam imponujące rozmiary i wagę 78kg, ale pocieszałam się, że sporo stracę na porodówce;
  • po porodzie ubyło mi... tylko 5kg... i zostało 73;
  • a na dzień dzisiejszy jest 68,8kg;
  • do celu pozostało 10,8kg.
    Muszę przyznać, że z motywacją bywa różnie. Zajęcia sprawiają mi frajdę, bo uwielbiam się ruszać, natomiast gorzej jest z dietą, bo ogromny ze mnie słodyczożerca. Być może publiczne przyznawanie się do postępów i grzeszków pozwoli mi się bardziej pilnować. Dlatego co piątek będzie się odbywać blogowa spowiedź. Podjęłam decyzję i już się boję ;)
Jednak chęć zmieszczenia się w te wszystkie sukienki, które wiszą w szafie i wydają się takie szczuplutkie, jest zdecydowanie silniejsza. O szczupłości, wracaj!!!

czwartek, 11 lipca 2013

Szafowy remanent

      Szczepienie zaliczone. W tym roku jeszcze tylko dwa (przełom 5/6. miesiąca oraz 7. miesiąc),a  potem przerwa aż do 3. roku życia. Gaba zapadła w głęboki sen zaraz po wyjściu z przychodni, w domu była pełna życia, wesoła i wyjątkowo dużo się śmiała. Od wieczora mała ma lekki stan podgorączkowy (37,5 C) i dużo śpi. Nie dziwię jej się wcale, bo taka dawka szczepionki niejednego dorosłego by powaliła.

       Ale dziś nie o tym. Wczoraj korzystając ze słodkiego snu córci zabrałam się za porządkowanie jej garderoby, ponieważ ubranka wprost wysypywały się z szafy. Jaki był efekt? Odłożyłam dwie torby za małych ciuszków, a to już druga taka akcja od kwietnia. Niektórych bardzo mi szkoda, bo zostały ubrane 2-3 razy i wyglądają na zupełnie nieużywane. Szczególnie szybko Gaba wyrasta ze śpiochów i pajaców, ale to nie dziwota - nogi ma długie jak modelka, a od narodzin urosła już jakieś 8-9 cm. Zastanawiam się, co z nimi  zrobić? Zostawić wszystkie na przyszłość czy część oddać/sprzedać? Szczerze mówiąc jest tego tyle, że można obdzielić kilkoro dzieci, bo za każdym razem, gdy ktoś do nas przychodzi, mała dostaje ciuszek. Oczywiście w miejsce tych odłożonych doszła cała masa kolejnych, w rozmiarach od 68 w górę (nie mogę uwierzyć, że niektóre ciuszki r.68 są na Gabę LEDWO dobre...a to kwestia dwóch tygodni). Mnie najbardziej zauroczyły te kupione ostatnio przez Gabrysiowego Tatusia.

Sztruksowa sukienka cherokee (6-9m)
 Bawełniana tuniczka NEXT (3-6m)
     A Wy co robicie z ubrankami, z których wyrastają Wasze dzieci? Zachowujecie dla kolejnych czy "puszczacie w obieg"?