Nareszcie jesteśmy u siebie. Nareszcie. Po tygodniu włóczęgi po obu gabrysiowych babciach z przyjemnością przekroczyłam próg naszego mieszkanka. Małego bo małego, ale za to własnego. Dobrze znajomego. Tutaj życie płynie naszym rytmem.
Nareszcie.
Zaskoczyły mnie dzisiejsze reakcje Gaby. Przez ostatnie dni była marudna, jeść chciała tylko i wyłącznie z butelki, a na widok piersi zbliżającej się do jej buzi natychmiastowo wybuchała płaczem i odpychała ją od siebie. W dzień prawie nie spała. Płakała za to trzy razy częściej i głośniej niż zwykle. Myślałam, że to upały i nadciągające ząbkowanie są odpowiedzialne za ten stan.
Jakże się myliłam.
Po powrocie do domu cycuś znów stał się smaczny i kochany. Po wieczornym posiłku zasypianie trwało może dwie minuty.. Nagle wszystko stało się proste, jak dawniej..
Nie podejrzewałam, że kilkumiesięczne dziecko tak silnie potrafi reagować na zmianę otoczenia, a jednocześnie tak szybko rozpoznaje Dom. Cieszy się położone we własnym łóżeczku - tym drewnianym, z ulubionym materacem i szczebelkami; żywiołowo reaguje widząc swoją karuzelę. To co, że zepsutą już od jakiegoś czasu - ważne, że znajomą i ciągle z tymi samymi zwierzakami na pałąku. Dziecko wie, że jest u siebie... i wie, że nareszcie może poczuć się swobodnie. Piękne to i zaskakujące.
Gaba śpi... Słodko, spokojnie. I ja pójdę w jej ślady, odetchnąć trochę po ostatnim tygodniu. Wymęczyły mnie te dni, przyznaję. Jednak nigdzie nie jest tak dobrze, jak w Domu...
