Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2014

Co ty robisz, macierzyństwo?

Urodziłaś dziecko. Nieważne, czy stało się to tydzień temu, czy może dzień porodu zaciera się już w twojej pamięci wraz z upływającymi latami. Z dnia na dzień stałaś się Matką i powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś możesz powiedzieć ( a może stwierdzisz to dopiero po jakimś czasie?), że nie jesteś już taka sama jak "przed". Do góry nogami przewrócił się nie tylko świat wokół, ale i Twój system wartości. 
"Macierzyństwo, co ty ze mną robisz?", chciałoby się zapytać. A odpowiedzi nie ma jednoznacznej. Z mojego punktu widzenia pewnym jest jednak, że macierzyństwo łączy, dzieli i zmienia perspektywę.

Macierzyństwo łączy

Pierwsza zmiana, jaką zauważyłam u siebie po urodzeniu dziecka to taka, że nareszcie zaczęłam rozumieć moją Mamę. Mamę - nie boję się tego powiedzieć - nieco nadopiekuńczą. Teraz, nie dość, że przybyło nam wspólnych tematów do rozmowy, to wcześniejsza irytacja wywoływana ciągłą troską o mnie odeszła gdzieś w kąt i nie zamierza wrócić. Nawet te najczarniejsze scenariusze, dotyczące faktu "gdzie jestem i co robię" wydały mi się mniej irracjonalne, gdy po raz pierwszy oddaliłam się od córki na 3 godziny do miejsca, w którym nie należy używać telefonów (czyli do teatru). Uwierzcie mi, że nic nie pamiętam z tego spektaklu! Tyle tylko, że siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się, czy moje kilkutygodniowe dziecko nie umiera z tęsknoty za mamuśką. 
Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że macierzyństwo potrafi łączyć. Nie tylko matki i córki, ale ogólnie dzieciate kobiety. Ogrom blogów parentingowych tylko to potwierdza. Fora internetowe o tematyce ciążowo-dzieciowej pękają w szwach. W końcu nikt nie zrozumie matki tak dobrze, jak druga matka. 
Nawet znajomości ze szkolnych lat potrafią się reaktywować, bo dwie, kiedyś niezbyt lubiące się koleżanki ze szkoły, mają maluchy w tym samym wieku. I nagle nagadać się nie mogą. Bo macierzyństwo to przecież temat bez dna...

Macierzyństwo dzieli

Jest jednak i tak, że będąc matkami skazane jesteśmy na pewnego rodzaju ostracyzm, domową izolację. No bo nie dość, że z takim maluchem nie da się prowadzić życia towarzyskiego, jak do tej pory, to jeszcze to karmienie piersią i inne matczyne powinności... Zdarza się, że dotychczasowi znajomi tylko na początku są zachwyceni naszą pociechą, a potem i wizyty stają się sporadyczne, i nagle nasz numer telefonu znika z ich "top listy"... Jako matki stajemy się niewygodne towarzysko. I choć początkowo może nam to nie przeszkadzać, to z czasem okazuje się, że nie ma już z kim wyjść wieczorem, spotkać się przy piwie (herbatce) lub ponarzekać na facetów..
A jeśli już o mężczyznach mowa... Związki damsko-męskie po pojawieniu się dziecka (najczęściej pierwszego) zazwyczaj nie mają się najlepiej.  Nie mówię, że jest tak w każdym przypadku. Nie twierdzę też, że ten kryzys jest niezmienny i na zawsze, bo najczęściej po jakimś czasie mija. A jeśli nie, to związek się rozpada. Twierdzę natomiast, że płaczący, nie potrafiący mówić, budzący się kilkanaście razy w nocy noworodek jest czasem poważnym wyzwaniem dla obojga partnerów - nie tylko pod względem zrozumienia nowego członka rodziny, ale i zrozumienia siebie nawzajem. Nieprzespane noce, narastająca frustracja, ambicje, by być idealnym rodzicem - tyle wystarczy, by podzielić dwoje kochających się ludzi. Nie jest łatwo żadnej ze stron...
A jeszcze trudniej bywa, gdy frustracji dostarcza nam nadgorliwa babcia/ciocia/teściowa/koleżanka, która "wszystko wie najlepiej". Oczywiście, uważa się za autorytet w kwestii wychowania i pielęgnacji dzieci (w końcu swoich ma kilkoro) i za punkt honoru postawiła sobie uświadomienie młodej mamy w jej powinnościach, z naciskiem na karygodne błędy, jakie popełnia każdego dnia. W takich sytuacjach miarka może się przebrać. Skrytykowany "autorytet" potrafi obrazić się na całe miesiące, a nawet i lata.

Macierzyństwo zmienia perspektywę

I wtedy zastanawiamy się, jak to się stało, że potrafiłyśmy takiej nachalnej, powiedzmy, cioci, wygarnąć co o niej myślimy. Bo kiedyś to nie pisnęłybyśmy słówka, żeby nie zaczynać awantury. Ale macierzyństwo każe nam patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Nie walczymy już dla siebie. Walczymy dla dziecka. I wtedy rosną nam zęby i ostrzą się pazury ;-)))
Z drugiej jednak strony miękną nam serca. Widok chorego dziecka, wiadomość o kolejnym opłakiwanym maluszku, którego nie udało się uratować przez ludzką głupotę... Tyle wystarczy, by łzy płynęły z oczu przez cały wieczór, by mieć w głowie tylko i wyłącznie myśl o niesprawiedliwości tego świata.
Jako matki patrzymy na ludzi, dom, otoczenie przede wszystkim z perspektywy bodyguarda naszego malucha. Stoły, krzesła i szafki stają się zagrożeniem, ekologiczna żywność - największym sprzymierzeńcem, mimo, że wcześniej nie przyszło nikomu do głowy, by czytać etykiety produktów spożywczych. Dni, tygodnie, miesiące i lata planujemy, licząc najpierw wiek dziecięcia, zastanawiając się, co wtedy będzie się w jego młodym życiu działo ("może ząbkowanie to nienajlepszy moment na wakacyjny wyjazd?"). Na wiadomość o grasującym w okolicy bandycie wpadamy w panikę, choć jeszcze jakiś czas temu było nam wszystko jedno...

Jak sobie poradzić z tak nagłą zmianą, często o sto osiemdziesiąt stopni? Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie? Ja zadaję sobie te pytania dość często. Potraficie na nie odpowiedzieć?
Myślę, że najważniejsze, to nie zgubić swojego "ja". Zostawić trochę przestrzeni w tym miękkim, matczynym sercu, przestrzeni tylko i wyłącznie dla siebie. Tego jednak musimy się czasem nauczyć. A i tak, mimo wszystko, dziecko (dzieci) będą dla nas najważniejsze...


piątek, 9 sierpnia 2013

Brzuszkowe harce!

    Całkiem niedawno, bo w podsumowaniu czwartego miesiąca życia Gabrysi, pisałam o jej "niedokończonych" przewrotach na brzuszek. Duża i dość ciężka głowa pełniła rolę hamulca i trochę przeszkadzała w pełnym osiągięciu nowej umiejętności. 
Są jednak takie dni, gdy nagle coś się zmienia. W najmniej oczekiwanej chwili. Tak było i tym razem.           Gabrysia leżała na macie i bawiła się w najlepsze, ja z laptopem na kolanach sprawdzałam, co u Was słychać. Co chwilę odrywałam wzrok od ekranu i zerkałam na mą latorośl. Nagle patrzę, a córa leży na brzuszku. Przetarłam oczy z niedowierzania. Po chwili wróciła na plecy i powtórzyła przewrót. 

       A następnego dnia rozpoczęła ćwiczenia już od rana. Przewracanie się z pleców na brzuszek stało się jej nowym hobby. Jakby tego było mało, próbuje pełzać i potrafi już przemieścić się w ten sposób poza matę. A trwa to wszystko dosłownie chwilę.

Hmm..chyba nikt nie patrzy. Może zrobić kolejny obrót?


Ufff... Ale ta głowa ciężka...


O! Udało się! Teraz tylko utrzymać równowagę i.....


... nareszcie popatrzeć na świat z normalnej perspektywy!


Tylko skarpetka zapodziała się na polu walki ;-)


      Teraz dopiero się zacznie, prawda? Cieszę się i przerażona jestem za razem. Zauważyłam natomiast, że te dwa dni intensywnych ćwiczeń dały Gabi baardzo wiele. W pionie trzyma głowę już bardzo sztywno. I kolejny powód do radości spadł nam jak z nieba ;-)


czwartek, 1 sierpnia 2013

4 miesiące!

Waga: ok. 6200g
Długość: 65 cm
Rozmiar ubranek: 68
Zębów: na razie brak

      Wraz z nadejściem sierpnia nasza Gwiazdka skończyła 4 miesiące. Ależ ten czas szybko minął! Przecież dopiero co był 1 kwietnia...
Jaki był ten miniony miesiąc? Bardzo radosny i dynamiczny, choć niełatwy. Pojawiły się symptomy alergii na białko mleka, więc przez ostatnie tygodnie wdrażałam nową, bezmleczną dietę.W ostatnim miesiącu prowadziłam również dokarmianie mlekiem modyfikowanym. 
Gaba stała się niezwykle komunikatywna, pogodna, bardzo aktywna w dzień i spokojna w nocy. Zaledwie kilka razy musiałam ją usypiać na rękach - zwykle sama zasypiała po włożeniu do łóżeczka i przytuleniu się do pieluszki. Smoczek nadal jest w użyciu, ale pełni drugorzędną rolę. W ruch poszły natomiast gryzaki ze względu na rosnące w dziąsłach ząbki. Ciągle mam wrażenie, że zaczną wychodzić z nich lada chwila!


      A jakie zmiany zaszły w rozwoju Gaby w czwartym miesiącu?

  • położona na brzuszku trzyma wysoko głowę, unosi do góry klatkę piersiową i nóżki, próbuje pełzać a nawet podnosić do góry pupę; jeszcze od czasu do czasu denerwuje się w tej pozycji i wtedy stara się przewrócić na plecy, coraz częściej z powodzeniem;
  • z leżenia na plecach przewraca się na boki i próbuje na brzuszek - tu nie było jeszcze 100% udanego przewrotu, ale jesteśmy coraz bliżej :-)
  • w pionie dość stabilnie trzyma główkę;
  • stała się bardzo spostrzegawcza, swobodnie znajduje i wodzi wzrokiem za przedmiotami i osobami;
  • odwraca główkę w stronę dochodzących dźwięków;
  • łapie zabawki, swobodnie potrząsa grzechotką i oczywiście wszystko pakuje do buzi ;-) 
  • ulubionymi zabawkami i gryzakami nadal są ręce (i Gaby, i moje)
  • potrafi sama trzymać butelkę, przyciągać lub odpychać butelkę/pierś i widocznie cieszy się na ich widok, gdy jest głodna;
  • głośno się śmieje, piszczy, skrzeczy, bawi się głosem i bardzo lubi "rozmawiać";
  • łapie się za kolana i stopy (które są w górze przez 60-70% czasu aktywności),
  •  kopie, kopie, kopie....
  • w leżeniu na plecach potrafi przemieścić się po łuku o 90 stopni.
      Martwi mnie natomiast fakt, że nasza córcia z leżenia na plecach nie próbuje podciągać się do góry. Lekko podciągana za ręce podnosi do góry nogi i pupę, ostatnio nawet brzuszek i klatkę piersiową, ale głowa wciąż leży na podłożu.. Bywają również dni, gdy bardzo krótko wytrzymuje na brzuszku i bardzo się denerwuje w tej pozycji. Myślicie, że w tej chwili to już powód do niepokoju i czas na konsultację z neurologiem?

   Na szczęście młoda nie traci swojego aprillisowego poczucia humoru. A to równie ważne, bo rekompensuje choćby brak bujnej fryzury ;-)


Ps. Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze pod "wózkowym" postem! Dzięki Waszym opiniom zupełnie zmieniłam spojrzenie na sprawę. I cieszę się, że udało mi się nie dopuścić do błędu, jaki prawdopodobnie bym popełniła, gdyby nie ta notka. Muszę przyznać, że nie po raz pierwszy bardziej doświadczone Mamusie ratują mi tyłek ;-)


wtorek, 30 lipca 2013

Pojazdowy dylemat.

    Jakiś czas temu przeżyliśmy z mężem spory szok. Jeszcze Gaba nie skończyła dobrze 4 miesięcy, a już zaczyna wyrastać z gondoli. Od "całkowitego" wyrośniecia dzielą ją jakieś 2-3 cm, ale podejrzewam, że gdyby dobrze wyprostowała nogi, to dotknęłaby już górnego i dolnego brzegu gondolki. Zmierzyłam ją dziś - ok. 65 cm, czyli 10 cm więcej niż na starcie. Rośnie dziecko jak na drożdżach. 
W związku z powyższym rozpoczęliśmy gorączkowe poszukiwania wózka spacerowego. Mamy wprawdzie możliwość "zrobienia" spacerówki z posiadanego już wózka głębokiego, jednak jest on tak ciężki, że nie wyobrażam sobie z nim życia przez następne co najmniej kilkanaście miesięcy.
Przeglądając dziesiątki ofert i rozważając, którą wybrać, doszliśmy do wniosku, że kluczowymi cechami decydującymi o wyborze tego a nie innego wózka będą:

  • waga 
  • łatwość składania i rozkładania 
  • regulacja oparcia i możliwość rozłożenia do pozycji leżącej
  • łatwość prowadzenia
  • stabilna konstrukcja
      Niestety, szybko okazało się, że zdecydowana większość wózków, które nam się podobają, przekracza wagę 12-13 kg!! Są to przede wszystkim te egzemplarze posiadające dmuchane koła (4 koła = 4 kg więcej). Postawiliśmy więc na typowy wózek miejski i po krótkim rekonesansie wstępnie wybraliśmy model  Grillo 2.0 firmy BREVI


                           



Wydaje się być chyba najstabilniejszy ze wszystkim "lekkich" spacerówek, ale może to tylko nasze wrażenie? Z pewnością cechuje go niewielka waga (ok. 8 kg), a także małe gabaryty po złożeniu (można spokojnie nieść w jednej ręce). Co do wytrzymałości konstrukcji opinie internautów są podzielone, obawiam się jednak, że solidność wiąże się nierozerwalnie z większą wagą... 
    
     A może któraś z Was miała do czynienia z tym modelem albo jakimś innym wózkiem BREVI? Czym kierowałyście/kierujecie się przy wyborze spacerówki? Chętnie przyjmę wszelkie rady i wskazówki, aby nie popełnić takiego błędu jak przy zakupie fotelika samochodowego (piękny, solidny i meeega ciężki).



wtorek, 16 lipca 2013

6 radosnych zmian.

      Macierzyństwo coraz bardziej mnie zaskakuje. Spodziewałam się oczywiście, że wraz z pojawieniem się dziecka zacznę odkrywać zupełnie nowe strony życia i siebie, natomiast pewnych aspektów bycia mamą, następstw ciąży i porodu zupełnie nie byłam świadoma. 
Wiadomo, że każda zmiana ma swoje dobre i złe strony, nie ma czegoś takiego jak "stan idealny". A nawet jeśli jest, to.. kobieta i tak znajdzie dziurę w całym ;-). Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć Wam o pozytywach, które dostałam od życia wraz z malutką Gabą.

1. Wiem, co to bezwarunkowa miłość. Miłości do dziecka nie da się porównać z żadną inną. Jest doskonała, bezwarunkowa i wolna od egoizmu - nie oczekuję w zamian tak naprawdę niczego, moje własne potrzeby schodzą na dalszy plan, a dla dobra Gaby jestem w stanie zrezygnować z wielu przyjemności, bez których wcześniej nie potrafiłam funkcjonować.
2. Zyskałam świadomość swojej siły. Mój poród nie należał do najłatwiejszych. Od początku miałam bóle "krzyżowe", w drugiej fazie pojawiły się komplikacje, wisiało nad nami widmo porodu kleszczowego. A jednak udało się i Gaba przyszła na świat całkowicie naturalnie, bez znieczulenia, z 10 pkt w Skali Apgar. Położna przyznała się "po wszystkim", że od początku była niemal pewna, że poród skończy się cesarką. Teraz w chwilach rezygnacji przypominam sobie ten dzień i od razu przypominam sobie, że "mogę wszystko".
3. Lepiej rozumiem moją Mamę. Kiedyś trudno było mi pojąć matczyną nadopiekuńczość i niepokój każdą podróżą czy późnym powrotem do domu. Teraz już wiem, że matki tak po prostu mają ;-)
4. Mam cudowną cerę! Tak tak, moja cera pierwszy raz w życiu jest tak doskonała, że spokojnie mogę wyjść z domu bez fluidu na twarzy i wspaniale się z tym czuć. Nawet w ciąży nie było tak dobrze, podejrzewam, że dużą rolę odgrywa tu dieta (bez czekolady, smażonych,pikantnych potraw i wszystkiego, co niezdrowe).
5. Zaczęłam doceniać swoje ciało... To sprzed ciąży oczywiście ;-) A kiedyś wydawało mi się, że rozmiar 38/40 to duży rozmiar. Haha ;-)
6. ...a także drobne przyjemności. Nie sądziłam, że wyjście do kina czy na fitness może aż tak cieszyć. A jednak!

   Oczywiście pozytywy można mnożyć, dzielić i wymieniać bez końca. Warto wspomnieć o nauce planowania, ostrożności, wyostrzeniu uwagi i.. słuchu, powrotu do śpiewania i czytania bajek. Te powyższe cenię sobie jak na razie najbardziej.
A jak to jest u Was? Co Was najbardziej zaskoczyło w macierzyństwie? Co cenicie sobie najbardziej?


piątek, 12 lipca 2013

Wracaj, moja szczupłości!!! - czyli rzecz o tym, jak wielki i chudy mam plan.

        No i mamy piątek... Dzisiaj Gaba już doszła do siebie, aktywna jest na całego, więc póki co korzystam z jej popołudniowej drzemki. Nie wiadomo, ile owa drzemka będzie trwała, ale jestem dobrej myśli. W końcu dziś zaliczyłyśmy aż dwa spacery! Z tego pierwszego wygoniła nas burza, drugi był pewnego rodzaju zadośćuczynieniem za drastyczne przerwanie Gabie poprzedniej przejażdżki. 
       Mimo tego deszczu i zmiennej aury, pozytywny dziś mamy dzień. Nie może być inaczej, gdy rano na wadze nagle widnieje kilogram mniej niż dnia poprzedniego. Nareszcie mój plan zaczyna działać.

        No właśnie. Mam plan, bardzo zresztą ambitny. Choć nie ukrywam, że trudniejszy do realizacji, niż mi się to na początku wydawało. Staram się wrócić do przedciążowej wagi. Oryginalny cel to to nie jest, ale wysiłku trzeba włożyć sporo. I od razu zastrzegam - nie, nie ćwiczę z Ewą Chodakowską. Owszem, próbowałam, ale po kilku treningach wysiadły mi kolana. Postanowiłam zacząć łagodniej, od jogi i pilatesu na zajęciach zorganizowanych, które dają jednak większego kopa niż ćwiczenie przed komputerem.
      
 A sprawy mają się następująco: 
  • wiosną 2012, przed zajściem w ciążę, ważyłam ok. 58 kg i fizycznie byłam chyba w najlepszej formie, jaką pamiętam. Fitness, joga, maksymalnie zdrowy tryb życia. Tak naprawdę świetny czas na ciążę i nadzieję, że utrzymam przez te 9 miesięcy choć w połowie tę dobrą formę;
  • no i się rypnęło... Do 20. tygodnia przytyłam jakieś 5kg, a potem pozostałe 15...
  • taaaakkkk... pod koniec marca przybrałam imponujące rozmiary i wagę 78kg, ale pocieszałam się, że sporo stracę na porodówce;
  • po porodzie ubyło mi... tylko 5kg... i zostało 73;
  • a na dzień dzisiejszy jest 68,8kg;
  • do celu pozostało 10,8kg.
    Muszę przyznać, że z motywacją bywa różnie. Zajęcia sprawiają mi frajdę, bo uwielbiam się ruszać, natomiast gorzej jest z dietą, bo ogromny ze mnie słodyczożerca. Być może publiczne przyznawanie się do postępów i grzeszków pozwoli mi się bardziej pilnować. Dlatego co piątek będzie się odbywać blogowa spowiedź. Podjęłam decyzję i już się boję ;)
Jednak chęć zmieszczenia się w te wszystkie sukienki, które wiszą w szafie i wydają się takie szczuplutkie, jest zdecydowanie silniejsza. O szczupłości, wracaj!!!