poniedziałek, 30 września 2013

Liebster Blog Award vol. 2

Nareszcie zebrałam się, by to zrobić! Liebster Blog Award po raz drugi zawitał w progi mojego bloga, a tym razem otrzymałam aż potrójna nominację - dziękuję! 
Ponieważ pytań jest duuuużo, bez zbędnych komentarzy zabieram się za odpowiadanie.

sobota, 28 września 2013

Połamana.

     Wiele mówi się o tym, jak bardzo macierzyństwo wzbogaca. Mówi się o zmianach emocjonalnych, psychicznych, fizycznych... O rozstępach, dodatkowych kilogramach, wypadających włosach... Zastanawiam się natomiast, dlaczego nikt mnie nie uprzedził, jak skutecznie dziecko może matkę połamać!!

Tak, tak - będę narzekać, mimo, że całkiem niedawno, a dokładnie TUTAJ odbiecałam, że ograniczę narzekanie do minimum. Oto moja wytrwałość ;-) 

czwartek, 26 września 2013

Optymizmie, łer ar ju?

Słońca! Słońca mi trza...
Tymczasem czuję się jak w czeluściach Mordoru...

A radości we mnie tyle, że chyba zaraz nałożę na rzęsy pół tony tuszu.
Byle się nie rozpłakać.

Dla Was - jeszcze letnio - kawałek słonecznego kwiatka ;-)


Może mi ktoś sprzedać kopa w cztery litery???

środa, 25 września 2013

Nie taki gin straszny....


     Nie, nie - nie będzie żadnych relacji z wizyt u lekarza, bo nic emocjonującego w nich nie ma (w przeciwieństwie do tych sprzed roku). Będzie natomiast kilka refleksji, wynikających z coraz większego zadziwienia światem. Tym razem kobiecym.

      Bo to, że mężczyznę zaciągnąć do lekarza można tylko wołami, jest raczej oczywiste. Ciągle jednak zaskakują mnie kobiety, dziewczyny, matki, żony i kochanki - ładne, zgrabne, zadbane i.... omijające szerokim łukiem tego znienawidzonego specjalistę. Ginekologa.

poniedziałek, 23 września 2013

Smakowicie, o tak!

     Za nami prawie 4 tygodnie rozszerzania diety Gaby o pokarmy stałe. Temat - rzeka, aczkolwiek przyznam, że nie wydaje mi się na tyle fascynujący, aby tworzyć epistołę. Będzie więc krótko i zwięźle. I smakowicie.
    Gaba uwielbia jeść. A ja cieszę się razem z nią na kolejny nowy smak, kocham patrzeć jak entuzjastycznie otwiera buźkę lub zabiera mi łyżeczkę, aby samodzielnie podjeść kolejną porcję warzywka. Za nami nieśmiertelna marchewka, ziemniak, dynia i banan, oraz wszelkiego rodzaju miksy trzech pierwszych (banan okazał się mocno alergizujący), ale niekwestionowanym numerem jeden stało się połączenie ziemniaka z dynią. Młoda o mało nie wyrwała mi z rąk kubka z tym przysmakiem, myślałam, że połknie go w całości!!

piątek, 20 września 2013

Fanka literatury.

        Nareszcie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że córka odziedziczyła coś PO MNIE!

środa, 18 września 2013

Jesiennie postanawiam!

         Zauważyliście już pierwsze oznaki nadchodzącej jesiennej deprechy? Dziś na szczęście świeci u nas Słońce, ale jeszcze kilkanaście godzin temu szarość i zimny deszcz nastrajały nieco pesymistycznie.

    Aby nie dać się chandrze i jesiennemu rozbiciu, postanowiłam dołączyć do wrześniowo postanawiających. A wszystko za sprawą One little smile i Zielonej Shamandury. Skorzystałam z fantastycznego pomysłu Dziewczyn i również u siebie publikuję 10 celów, które mam zamiar realizować przez całe 3 długie miesiące jesiennej pluchy.

wtorek, 17 września 2013

Bezzębna buntowniczka.

           Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie, ale po cichu liczyłam na to, że może jeszcze nie teraz.. Nie ma jednak co ukrywać - stało się. Gaba jest od kilku dni tak absorbująca, że czasem moja "poranna toaleta" wypada na jej pierwszą drzemkę. Czyli koło południa. Mój czas nie poświęcony dziecku skrócił się więc do drzemkowego minimum, bo niemowlę nie śpiące równa się teraz nieustannemu zabawianiu, noszeniu, uspokajaniu, podawaniu zabawek, wyciąganiu smoczka spomiędzy łóżeczka a ściany, zmienianiu zaślinionego ubrania, wymyślaniu nowych rozrywek, karmieniu, zmywaniu jedzenia z podłogi, usypianiu, chodzeniu na palcach, by drzemka nie skończyła się po 10-ciu minutach, robieniu mleka w trybie natychmiastowym...i tak w kółko.

piątek, 13 września 2013

Egoistycznie, o sobie.

       Powoli zaczyna mi brakować siebie. Szukam więc swojego Ja - nie-matki, nie-żony, nie-kury domowej. Poszukuję siebie, może  takiej jaką potrafiłam być jeszcze kilkanaście miesięcy temu.. a może siebie zupełnie innej, jakiej jeszcze nigdy nie odnalazłam. 
          Poszukuję spełnienia, przekopując się przez nadgorliwe "nakarm ją, na pewno jest głodna" i "co ta matka ci zrobiła", poszukuję spokoju uciekając od dobrych rad i  przestrzeni - siadając w kącie, pomiędzy dziesiątą grzechotką a dwiema tonami zbyt małych już ubranek...

środa, 11 września 2013

Szybki obiad: zupa-krem z cukinii.

       Gaba nareszcie zasnęła. Miałam chwilę spokoju i jakąś godzinę na zrobienie obiadu. Żółciutka cukinia uśmiechała się do mnie z kuchennego blatu. Postanowiłam więc wykorzystać ją na maxa.. A właściwie na miksa ;-) A zainspirowały mnie... zupki warzywne, które codziennie przygotowuję Gabuni ;-)

Ponieważ cukinia jest ze swej natury dość mdła, a my preferujemy bardziej zdecydowane smaki, postanowiłam ją trochę "ożywić", przyprawiając Salsą de yucatan. Podobny efekt można uzyskać kilkoma szczyptami chilli.

poniedziałek, 9 września 2013

Ciąża - lubisz to?

      Będąc jeszcze w ciąży dość aktywnie udzielałam się na pewnym forum internetowych, dedykowanym przyszłym mamuśkom. Pamiętam, jak w którymś momencie rozgorzała dyskusja na temat przedstawiania ciąży w mediach. Przyznaję, irytująca sprawa. Popularny obraz ciężarnej nie ma bowiem zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Albo inaczej - jest wyidealizowany. A sama ciąża - no cóż - jest stanem od ideału dość dalekim.

       Oczywiście generalizować nie można, ponieważ biorąc pod uwagę tysiąc kobiet, mamy do czynienia z tysiącem różniących się od siebie ciąż. Jedna z nas przytyje w czasie tych dziewięciu miesięcy co najwyżej 5-6 kg, inna aż 30. Część będzie prowadzić monologi nad sedesem co ranek, ale zdarzą się też takie, które nie zaznaja uczucia mdłości w ogóle. Przykłady można mnożyć. Ale medialny obraz ciężarnej wciąż irytuje.

niedziela, 8 września 2013

Matka zazumbowana!

       Zapewne większość z Was słyszała już o fitnessowo-tanecznym hicie ostatnich lat- Zumbie. Ja długo nosiłam się z zamiarem sprawdzenia, o co tyle hałasu, ale nigdy nie miałam ani na tyle odwagi, ani szczęścia by trafić na wolne miejsce w grupie. Tak, tak... Na początku trzeba było zapisywać się co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem. I rzadko zdarzało się, by w ostatniej chwili ktoś zrezygnował i zwolnił miejsce. 
Teraz jednak tego typu zajęcia można spotkać w większości centrów sportowych, które oferują grupowe spalanie kalorii przy muzyce. Ponieważ na weekend wybrałam się do rodziców, postanowiłam odwiedzić mój stary klub fitness, którego przed zajściem w ciążę byłam częstą bywalczynią. Teraz mogę śmiało dołączyć do wielbicieli Zumby. Dawno już nie czułam się taka zmęczona i... szczęśliwa ;-)



        O co w tym wszystkim chodzi? Zumba jest połączeniem elementów tańca i aerobiku, łatwych kroków i szybkiego (nieraz i szalonego!) tempa. A wszystko w latynoamerykańskich rytmach, stwarzających atmosferę dobrej zabawy, gwarantującej energetyczego kopa i spory ubytek kalorii. Wygląda to mniej więcej tak:


        Za to człowiek po godzinie zajęć wygląda już nieco gorzej... Moja twarz przybrała kolor soczystego buraka i pozostała taka jeszcze przez ponad godzinę. Płuca i gardło pobolewały mnie trochę dłużej. Koszulka była tak mokra od potu, że mogłaby z niej coś spokojnie wycisnąć. Za to zakwasów - BRAK. I to jest szalenie piękne, bo nie ma nic gorszego od  nieznośnego bólu mięśni następnego dnia.

       Komu mogę polecić Zumbę? Przede wszystkim tym osobom, które chciałyby poprawić kondycję, spalić tłuszczyk, ale nie lubią "pompowania" i "wyciskania", tak jak ja. Z doświadczenia wiem, że większość klubów fitness oferuje zajęcia takie jak TBC czy Shape, bazujące na powtarzającej się serii ćwiczeń (patrz - Ewa Chodakowska). Tutaj mamy zupełnie inny typ aktywności, bardziej zbliżony do szaleństwa w dyskotece niż męczeniu brzuszków i pompek. W moim grafiku Zumba na pewno zagości na stałe, choćby te dwa razy w tygodniu. I mam nadzieję, że efekty będzie widać już wkrótce!

środa, 4 września 2013

TEN dzień.

     Minęło już pięć miesięcy od tego przełomowego dnia, a ja dopiero teraz zebrałam wszystkie wspomnienia "do kupy". I postanowiłam się nimi podzielić. Jak było? Pięknie, strasznie, magicznie, męcząco... Zresztą - przeczytajcie sami.

     Gaba urodziła się dokładnie dwa tygodnie po terminie z OM, 10 dni po terminie z USG. W ksiażeczce zdrowia, w rubryce "czas trwania porodu" wpisane mamy 12 h 50 min, w tym aż 1,5 h (!) w II fazie porodu. Waga urodzeniowa - 3650g, długość - 55 cm. Na USG po przyjęciu do szpitala obliczono wagę małej a 3300g ! W II fazie porodu dowiaduję się, że mam bardzo wąskie spojenie łonowe, a główka małej opiera się na moim talerzu biodrowym i nie chce zejść w kanał rodny. Potem wisi nad nami widmo porodu kleszczowego. Było nacinanie krocza, był chwyt Kristellera, było chyba 10 osób w pokoju, w tym aż 4 lekarzy. I to wszystko bez znieczulenia, które, owszem, miało być, ale jakoś tak wyszło... Już po wszystkim położna powiedziała mi, że od samego początku była niemal przekonana, że poród zakończy się cc. A jednak się udało.. 
       Takie są fakty. Wiem, że brzmią przerażająco, ale dopiero przed chwilą, składając te wszystkie elementy w całość, uświadomiłam sobie, jak poważna była sytuacja. Bo ja NAPRAWDĘ mój poród wspominam dobrze... Mimo bólu, komplikacji, strachu o zdrowie swoje i dziecka.

Jak to się stało, ze zachowałam pozytywny obraz tego dnia?
Po pierwsze - miałam wspaniałą położną. Nie była opłacona.. Po prostu przyszła na  swój dyżur. Złapałyśmy super kontakt, tłumaczyła mi wszystko, pomagała, uspokajała, dodawała otuchy. Wydaje mi się, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, jak ten dzień odbieram.. No i że wszystko się szczęśliwie skończyło.
Po drugie - cały czas był ze mną mąż. Mogłam więc zapomnieć o strachu czy niepewności i skupić się na pomyślnym wykonaniu zadania, które mnie czekało. Nie wiem, czy sama dałabym radę przejść przez to tak dzielnie.
Po trzecie - poród aktywny w I fazie. Po podaniu oksytocyny, gdy skurcze przestały łaskotać, a zaczęły boleć, praktycznie w ogóle nie leżałam. Skakałam na piłce, byłam pod prysznicem (również z piłką), chodziłam ( a chwilami wręcz miałam za zadanie szybko maszerować) po korytarzu. Dzięki temu i ból był do zniesienia, i akcja rozwijała się szybciej.
Po czwarte - to, że rodziłam 13 godzin, nie znaczy, że zmagałam się tyle ze skurczami nie do zniesienia. Trwanie porodu policzono od chwili odejścia wód (ok. godz. 1 w nocy). Zanim się dostałam na porodówkę była godz. 2. Położna z nocnej zmiany po podłączeniu KTG kazała mi... odpocząć do rana. I tak naprawdę dopiero od godziny 8 rano rozpoczęła sie prawdziwa akcja. Tak więc według mojego przelicznika, rodziłam jakieś 7 godzin.
Po piąte - gdy przytuliłam Gabę, natychmiast zapomniałam o bólu. Tak, to stare przekonanie sprawdziło się w moim przypadku. Świat przestał istnieć.

       Na koniec dwa słowa do dziewczyn, które dopiero czeka pierwszy poród. Oksytocyna nie jest taka potworna, jak to niektóre kobiety opisują. Nie przeczę, boli. Ale jest to ból do zniesienia. Bardzo, bardzo duże znaczenie ma Wasze nastawienie, Wasze emocje. I jedna dobra rada - w szkołach rodzenia ćwiczy się oddychanie wcale nie dla zabawy...Ono się przydaje - i naprawdę pomaga zredukować ból. Kiedyś nie chciało mi się wierzyć, że to działa. Dzisiaj przyznaję, działa! Także wdech-wydech, wdech-wydech! 


poniedziałek, 2 września 2013

5 miesięcy!

Waga: ok. 7000g
Długość: 66 cm
Rozmiar ubranek: 68/74
Zębów: wciąż brak (ale to kwestia niedługiego czasu)

      Wczoraj Gaba skończyła 5 miesięcy! Tak szybko! Sierpień minął nam piorunem. Nic dziwnego, bo ten miesiąc obfitował w wiele atrakcji. Było kolejne szczepienie, wizyta u alergologa, pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd. Ten ostatni nasza córcia zniosła bardzo dzielnie, pozostawiając nam przekonanie, że wprost uwielbia podróżować. Z pozostałych zmian - zacżęły rosnąć włoski (nareszcie!), a ja zakończyłam karmienie piersią. 
      Na szczęście w ostatnim miesiącu nie mieliśmy żadnych problemów zdrowotnych. Pojawiły się natomiast pierwsze przeboje z zasypianiem - ostatnio znacznie częściej usypiam Gabę na rękach. Czasem natomiast wystarczy trzymanie małej za rączkę i zaśpiewanie 2-3 piosenek.. Tak, właśnie w ostatnich tygodniach okazało się, jak bardzo nasza Żabka lubi słuchać mojego fałszowania. Poszerzam więc znajomość repertuaru kołysanek i innych piosenek dla dzieci.



W piątym miesiącu odnotowaliśmy następujące postępy:

- głośny śmiech (czasem długi i aż do rozpuku)
- głośne gaworzenie i nieśmiałe próby wymawiania pierwszych sylab
- ślinotok permanentny
- "zjadanie" wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ręki
- obroty z pleców na brzuszek w mgnieniu oka
- pozycja na brzuszku stała się ulubioną pozycją spędzania czasu
- "pływanie" na brzuszku, podpieranie się na prostych rękach i wyginanie ciała taaaaak wysoko do góry (tzw. foczka)
- wkładanie stópek do buzi i oczywiście namiętne ich smakowanie
- próby pełzania i przybrania pozycji "na czworaka"
- próby siadania z pozycji półleżącej (w foteliku i leżaczku)
- i dosłownie kilka dni temu - długo oczekiwane podciąganie się do siadu! A stało się to z dnia na dzień - Gaba chwycona za rączki podciągnęła się zupełnie sama i po chwili była już w pozycji siedzącej ;-) Wielka radość zszokowanej matki ;-)

      A wczoraj, siedząc na moich kolanach, córcia złapała trzymany przeze mnie w ręku kubek z herbatą (lekko ciepłą, spokojnie) i jak gdyby nigdy nic przyciągnęła go do buzi, najwyraźniej chcąc się napić. Szczęka opadła mi do samej ziemi. Chyba już czas na wyciągnięcie z szafki kubka-niekapka ;-)