Czas na małe co-nieco!!
Ponieważ nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, a przemierzanie nawet kilkunastu kilometrów dziennie wymaga pewnego nakładu energii, musieliśmy coś jeść. Nawet w takim miejscu, jak Izrael. A trzeba przyznać, że w Jerozolimie ceny żywności są wysokie. I to bardzo.
Dla przykładu - butelka wody mineralnej niegazowanej 1,5 l kosztuje od 6 do 8 shekli, co ma przełożenie na mniej więcej 6-8 zł. Napoje gazowane 1,5 l - ok. 9 shekli.
Udało nam się również zjeść na śniadanie po kupionej od ulicznego sprzedawcy drożdżówce, w cenie po 10 shekli każda. W piekarni można było dostać croissanta za ok. 14 shekli.
Za to kilogram owocu granata to już tylko 5 shl, kilogram różowego pomelo - ok. 6 shl, mega pięknych pachnących truskawek (tak, w lutym!) - 9 shl.
A jeśli już jesteśmy przy owocach. Te można było kupić przede wszystkim na bazarze, a ich różnorodność zdumiewała mnie z każdym dniem coraz bardziej. Nie dało się spróbować wszystkiego, a widzieliśmy owoce, których nie znamy nawet z nazwy i aż trudno uwierzyć, że o tej porze roku rosną tam ot tak sobie (pomarańcze spadają z drzew rosnących na Starówce). Oprócz owoców na bazarze jest niemal wszystko - pieczywo (w tym przepyszna, jeszcze ciepła pita oprószona ziołami i bułki, które najlepiej smakują saute), świeże ryby, zioła, TONY chałwy i innych cukierniczych specjałów. Jednak ludzi jest jeszcze więcej. Gdy w piątkowe popołudnie (ostatnia chwila przed Szabatem) udaliśmy się na zakupy, trzeba było niezłej werwy, by przebić się przez oszalały żądzą zakupów tłum.
Zapytacie, co na obiad. W końcu ciepły posiłek jest podstawą, a jednocześnie okazją do posmakowania przysmaków lokalnej kuchni. I tutaj nastąpi małe rozczarowanie - w Jerozolimie tradycyjnej kuchni żydowskiej spróbować się właściwie nie da. A jeśli już ktoś się bardzo uprze, to zapłaci dużo... zdecydowanie za dużo jak na naszą kieszeń.
Rosną za to jak grzyby po deszczu lokale... z hmm... powiedzmy, że lokalnymi fast-foodami. Przede wszystkim arabskimi. A więc zjeść można kebab, shoarmę, falafel, hummus, pizzę ormiańską, a wszystko to najczęściej podane jest w towarzystwie warzywnych przystawek i chlebków pita (najczęściej zimnych, twardych i w niczym nie przypominających tych z bazaru). Aaaa no i frytki! Frytki do każdego niemal dania. Co właściwie przesądziło fakt, że mimo intensywnych marszospacerów, po powrocie postanowiłam wyrzucić wagę przez balkon.
Jedno mnie zachwyciło. Był to napój, który zamówiłam do obiadu już pierwszego dnia. W karcie nazwany
został "perfect drink", a miał być sokiem cytrynowym. Okazał się mieszanką drobniutko skruszonego lodu, zmielonej świeżej mięty i świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Boski! Polecam! Latem będziemy się tym opijać ;-)
Bezpieczeństwo
To była kwestia, która spędzała mi sen z powiek już na długo przed wyjazdem. Nikt nie ma wątpliwości, że Izrael nie jest najspokojniejszym miejscem na ziemi. Choć po przyjeździe okazało się, że atmosfera jest o wiele bardziej przyjazna, niż się wydawało. Zaskoczyło nas zupełnie coś innego.
Na ulicach wręcz roi się od policji uzbrojonej po zęby w broń palną. Niektórzy mają pistolety. Jednak w większości to jednak karabiny-automaty. Młodzi ludzie w mundurach chodzą sobie z nimi po ulicach, jakby nieśli kurtkę na ramieniu. Albo torbę z zakupami. Nikt już nie zwraca na to uwagi. Być może właśnie dzięki temu mieszkańcy i turyści czują się bezpieczniej. Choć przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy właścicielowi takiej "zabawki" nie strzeli coś do głowy tak nagle, znienacka.

Środki ostrożności są zaprowadzone do tego stopnia, że aby wejść na plac przed Ścianą Płaczu, trzeba przejść przez bramki z wykrywaczem metalu i przeskanować każdy bagaż, który ma się ze sobą. Jeśli chodzi o wejście na Wzgórze Świątynne (czyli ośrodek największego kultu muzułmanów) sprawa ma się jeszcze ciekawiej. Zwiedzanie jest możliwe jedynie przez 2 godziny dziennie, a do jedynego wejścia na wzgórze prowadzi długa kolejka, ponieważ każdy jest przy wejściu dokładnie przeszukiwany (żołnierze oczywiście otwierają i przeglądają zawartość każdej torby czy plecaka), obowiązkowe jest okazanie się paszportem, a strażnicy i tak mogą odmówić wpuszczenia danej osoby do obiektu, jeśli coś im się nie spodoba.
Ale to i tak jeszcze nic. Bo oto dochodzimy do sprawy wykraczającej poza granice absurdu...
Lotnisko
... gdyż na lotnisku w Tel Awiwie zostaliśmy poddani kontroli już przy bramie wjazdowej. I to tylko dlatego, że jechaliśmy z Jerozolimy. Standardowo - paszporty i kilka pytań: kim jesteśmy, w jakim celu przyjechaliśmy, gdzie bylismy, jak długo, czy kontaktowaliśmy się z kimś z miejscowych, czy dostaliśmy jakiś prezent. Strażnik poprosił też o otwarcie bagażnika taksówki, którą jechaliśmy.
W dokumentach podróży zostało napisane, że na lotnisko w Ben Gurion trzeba stawić się na 3 godziny przed odlotem. Przesada? Tylko pozornie. Bo odprawa trwa tam około dwóch godzin.
Przygoda z służbami lotniska zaczyna się już w momencie rozpoczęcia odprawy bagażowej. Do długiej kolejki oczekujących na oddanie bagażu rejestrowego podchodzą bardzo symatyczni pracownicy lotniska i zadają szereg pytań. Po okazaniu paszportów wnikliwie porównują zdjęcie z twarzą osoby, która przed nimi stoi, a potem zaczyna się lawina pytań: o cel podróży, jej długość, miejsce pobytu, relacje między podróżującymi, o bagaż - czy cały czas mieliśmy go ze sobą, czy miały do niego dostęp osoby trzecie, czy dostaliśmy jakiś prezent lub coś do przewiezienia...itp itd.. Gdy wszystkie odpowiedzi brzmią zadowalająco, można bagaż rejestrowy wrzucić na taśmę i go przeskanować. Tylko komputer obowiązkowo trzeba wyjąć, otworzyć, włożyć do specjalnej walizki i przeskanować go osobno ;-)

Ze skanera wysyłają nas do stanowiska sprawdzania bagażu. Tutaj proszą nas o otwarcie walizki i po wnikliwej obserwacji tego, co znajduje się wewnątrz, pytają o poszczególne obiekty w niej umieszczone. Bardziej podejrzane należy wyjąć i pokazać. My mieliśmy szczęście, bo pierwszą rzeczą, o jaką facet nas zapytał, był mój biustonosz schowany w tekturowym pudełku. No cóż... człowiek się tak zawstydził, że dał nam spokój ;-) Jednak widzieliśmy takich, którzy musieli wyjmować z walizek wszystko, a niektóre bagaże pracownicy lotniska konfiskowali na czas około pół godziny, aby zawartość sprawdzić "po swojemu". W plecaku dziewczyny stojącej za nami w kolejce podejrzane okazało się pudełko czekoladek. Ups!
Potem już tylko odprawa bagażowa, kontrola paszportowa i osobista, czekanie 20 minut, aż autobus przewiezie nas na terminal znajdujący się kilka kilometrów (!) dalej i mogliśmy w spokoju czekać na nasz opóźniony samolot.
Z dzieckiem nie.
Pomimo lotniskowych przebojów, uzbrojonych izraelczyków i niezdrowego jedzenia, 4 dni spędzone w Jerozolimie były fantastyczne. Myślę sobie jednak, że zostawiając Gabę z dziadkami, postąpiliśmy najlepiej, jak mogliśmy. Drugi raz podjęłabym taką samą decyzję - mimo tęsknoty i wysokich opłat roamingowych (8 zł/min!). Nie zabrałabym ze sobą dziecka w podróż do Izraela. Ani na lotnisko, ani na bazar, ani nawet na stare miasto. No, chyba, że osiągnie już wiek szkolny. A z ulic znikną te uzbrojone typy.