Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerozolima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerozolima. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2014

Jerozolima, cz.1

Jerozolima to miasto magiczne. Miasto spotkania wielu kultur oraz trzech wielkich religii. Tylko tu, patrząc na modlących się pod Ścianą Płaczu judaistów, można usłyszeć dochodzące z minaretu wezwanie muzułmańskiego muezina do modlitwy przy jednczesnym akompaniamencie kościelnych dzwonów. Tylko tu skrajnie ortodoksyjnych Żydów jest na ulicach niemal tylu, co turystów. A przeżycia są niezwykłe, zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, że stoimy w miejscu, które istnieje już kika tysięcy lat.

Nasza kilkudniowa podróż do Izraela ograniczyła się tylko do Jerozolimy z jednego prostego powodu - nie da się zwiedzić miasta w mniej niz 3 dni, a dokładnie tyle czasu mieliśmy. Zwiedzanie w pośpiechu nigdy nas nie interesowało - w każdej naszej podróży staramy się poczuć klimat miejsca, zajrzeć również tam, gdzie większość turystów nie dociera. Dlatego do naszego hotelu, oddalonego od Starego Miasta o ok. 3 km najzwyczajniej w świecie chodziliśmy pieszo. Po drodze można było zobaczyć, jak na co dzień żyją mieszkańcy Jerozolimy, zdziwić się i zawstydzić niejeden raz.

Nie będę pisać o zabytkach, których w Jerusalem roi się na każdym kroku - zainteresowanych odsyłam choćby tutaj. A poza tym, to, co piękne, wolę Wam pokazać ;-)


Ludzie, kultura i obyczaje.

Mimo, że w Jerozolima jest tak naprawdę multikulturowa, to wśród mieszkańców dominują oczywiście Izraelici i Palestyńczycy, czyli dwa skrajne przeciwieństwa  - Żydzi i Arabowie. Miasto podzielone jest na część palestyńską i izraelską i muszę przyznać, że różnica tych dwóch dzielnic jest kolosalna. Zresztą - porównajcie sami:

Sami mieszkańcy różnią się od siebie przede wszystkim ubiorem - wśród muzułmanów wyróżniają się kobiety w typowych tylko dla nich strojach, zakrywających niemal każdą część ciała (często także twarz), u Żydów to mężczyźni "noszą" najbardziej rozpoznawcze elementy stroju. Mycka na głowie to obowiązkowe nakrycie głowy, natomiast u licznych ortodoksów zobaczymy ubiór składający się z czarnych spodni, białej koszuli, czarnej marynarki lub/i płaszcza, charakterystycznego (czarnego) kapelusza oraz nieodłącznych pejsów. Miałam nawet wrażenie, że niektórzy te pejsy kręcą na wałki lub lokówką. Serio ;-)). 
Kobiety mają przykaz, by przede wszystkim nosić się skromnie. Do tego stopnia, że idąć ulicą w legginsach tunice ze średniej wielkości dekoltem i krótkim rękawem, czułam się bardzo nieswojo. Miałam wręcz nieodparte wrażenie, że noszę się nieprzyzwoicie. 
Przestały mnie więc dziwić takie "szczegóły", jak kompletny brak butów na obcasach w sklepach obuwniczych, nie mówiąc już o takowych na nogach miejscowych kobiet. Podeszwy płaskie, kolory ciemne, z czernią na pierwszym miejscu. Makijaż to chyba też zbędny luksus dla ortodoksów ;-).

Za to w Szabat (czyli w sobotę), święty dzień nicnierobienia, mogliśmy zobaczyć takie obrazki:



Warto wspomnieć o tym, że w Szabat pozamykane jest niemal wszystko - sklepy, urzędy, nawet dworzec autobusowy był zamknięty na cztery spusty. A jeśli chcemy się przemieścić jakimś innym środkiem transportu niż własne nogi, musimy szukać taksówki. Nie jeżdżą bowiem ani autobusy, ani tramwaje. Żydzi odpoczywają i koniec! Ich jedynym zajęciem tego dnia jest tak naprawdę pielgrzymka do synagogi i pod Ścianę Płaczu.

Tak na marginesie - obserwowałam rodziców z dziećmi przemieszczających się po mieście. Zaskoczyło mnie jedno - to mężczyźni wydawali się "bardziej" zajmować potomstwem. Być może działo się tak tylko poza domem, ale widok rozczulał. Ojcowie z czwórką, czasem piątką dzieci, udający się na modlitwę, podczas drogi bawiący się w berka. Wszystko to było otoczone tak pozytywną aurą, że niemożliwym było powstrzymać uśmiech.
Muszę przyznać, że to bardzo miła odmiana po obserwacji Marokańczyków podczas naszej podróży w 2012 r. Tam niestety ani razu nie widziałam miejscowego mężczyzny przebywającego w towarzystwie dziecka.

c.d.n.
( a w części drugiej będzie o tym, dlaczego pakując się na podróż powrotną poukładaliśmy wszystkie rzeczy w  walizce niemal "pod linijkę", oraz o tym, dlaczego przez te 5 dni przytyłam, zamiast schudnąć...)