Jerozolima to miasto magiczne. Miasto spotkania wielu kultur oraz trzech wielkich religii. Tylko tu, patrząc na modlących się pod Ścianą Płaczu judaistów, można usłyszeć dochodzące z minaretu wezwanie muzułmańskiego muezina do modlitwy przy jednczesnym akompaniamencie kościelnych dzwonów. Tylko tu skrajnie ortodoksyjnych Żydów jest na ulicach niemal tylu, co turystów. A przeżycia są niezwykłe, zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, że stoimy w miejscu, które istnieje już kika tysięcy lat.
Nasza kilkudniowa podróż do Izraela ograniczyła się tylko do Jerozolimy z jednego prostego powodu - nie da się zwiedzić miasta w mniej niz 3 dni, a dokładnie tyle czasu mieliśmy. Zwiedzanie w pośpiechu nigdy nas nie interesowało - w każdej naszej podróży staramy się poczuć klimat miejsca, zajrzeć również tam, gdzie większość turystów nie dociera. Dlatego do naszego hotelu, oddalonego od Starego Miasta o ok. 3 km najzwyczajniej w świecie chodziliśmy pieszo. Po drodze można było zobaczyć, jak na co dzień żyją mieszkańcy Jerozolimy, zdziwić się i zawstydzić niejeden raz.
Nie będę pisać o zabytkach, których w Jerusalem roi się na każdym kroku - zainteresowanych odsyłam choćby tutaj. A poza tym, to, co piękne, wolę Wam pokazać ;-)
Ludzie, kultura i obyczaje.
Mimo, że w Jerozolima jest tak naprawdę multikulturowa, to wśród mieszkańców dominują oczywiście Izraelici i Palestyńczycy, czyli dwa skrajne przeciwieństwa - Żydzi i Arabowie. Miasto podzielone jest na część palestyńską i izraelską i muszę przyznać, że różnica tych dwóch dzielnic jest kolosalna. Zresztą - porównajcie sami:
Sami mieszkańcy różnią się od siebie przede wszystkim ubiorem - wśród muzułmanów wyróżniają się kobiety w typowych tylko dla nich strojach, zakrywających niemal każdą część ciała (często także twarz), u Żydów to mężczyźni "noszą" najbardziej rozpoznawcze elementy stroju. Mycka na głowie to obowiązkowe nakrycie głowy, natomiast u licznych ortodoksów zobaczymy ubiór składający się z czarnych spodni, białej koszuli, czarnej marynarki lub/i płaszcza, charakterystycznego (czarnego) kapelusza oraz nieodłącznych pejsów. Miałam nawet wrażenie, że niektórzy te pejsy kręcą na wałki lub lokówką. Serio ;-)).
Kobiety mają przykaz, by przede wszystkim nosić się skromnie. Do tego stopnia, że idąć ulicą w legginsach tunice ze średniej wielkości dekoltem i krótkim rękawem, czułam się bardzo nieswojo. Miałam wręcz nieodparte wrażenie, że noszę się nieprzyzwoicie.
Przestały mnie więc dziwić takie "szczegóły", jak kompletny brak butów na obcasach w sklepach obuwniczych, nie mówiąc już o takowych na nogach miejscowych kobiet. Podeszwy płaskie, kolory ciemne, z czernią na pierwszym miejscu. Makijaż to chyba też zbędny luksus dla ortodoksów ;-).
Za to w Szabat (czyli w sobotę), święty dzień nicnierobienia, mogliśmy zobaczyć takie obrazki:
Warto wspomnieć o tym, że w Szabat pozamykane jest niemal wszystko - sklepy, urzędy, nawet dworzec autobusowy był zamknięty na cztery spusty. A jeśli chcemy się przemieścić jakimś innym środkiem transportu niż własne nogi, musimy szukać taksówki. Nie jeżdżą bowiem ani autobusy, ani tramwaje. Żydzi odpoczywają i koniec! Ich jedynym zajęciem tego dnia jest tak naprawdę pielgrzymka do synagogi i pod Ścianę Płaczu.
Tak na marginesie - obserwowałam rodziców z dziećmi przemieszczających się po mieście. Zaskoczyło mnie jedno - to mężczyźni wydawali się "bardziej" zajmować potomstwem. Być może działo się tak tylko poza domem, ale widok rozczulał. Ojcowie z czwórką, czasem piątką dzieci, udający się na modlitwę, podczas drogi bawiący się w berka. Wszystko to było otoczone tak pozytywną aurą, że niemożliwym było powstrzymać uśmiech.
Muszę przyznać, że to bardzo miła odmiana po obserwacji Marokańczyków podczas naszej podróży w 2012 r. Tam niestety ani razu nie widziałam miejscowego mężczyzny przebywającego w towarzystwie dziecka.
c.d.n.
( a w części drugiej będzie o tym, dlaczego pakując się na podróż powrotną poukładaliśmy wszystkie rzeczy w walizce niemal "pod linijkę", oraz o tym, dlaczego przez te 5 dni przytyłam, zamiast schudnąć...)
Tak na marginesie - obserwowałam rodziców z dziećmi przemieszczających się po mieście. Zaskoczyło mnie jedno - to mężczyźni wydawali się "bardziej" zajmować potomstwem. Być może działo się tak tylko poza domem, ale widok rozczulał. Ojcowie z czwórką, czasem piątką dzieci, udający się na modlitwę, podczas drogi bawiący się w berka. Wszystko to było otoczone tak pozytywną aurą, że niemożliwym było powstrzymać uśmiech.
Muszę przyznać, że to bardzo miła odmiana po obserwacji Marokańczyków podczas naszej podróży w 2012 r. Tam niestety ani razu nie widziałam miejscowego mężczyzny przebywającego w towarzystwie dziecka.
c.d.n.
( a w części drugiej będzie o tym, dlaczego pakując się na podróż powrotną poukładaliśmy wszystkie rzeczy w walizce niemal "pod linijkę", oraz o tym, dlaczego przez te 5 dni przytyłam, zamiast schudnąć...)
