Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matki marudzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matki marudzenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 marca 2014

Nie mam się w co ubrać!

Wielkimi krokami zbliża się koniec mego macierzyńskiego. Wracam więc do pracy. Ożeszku.. włoski! Znów cały świat stanie na głowie, a tytuł bloga w końcu będzie miał swe odniesienie do rzeczywistości. 


Trochę nawet się cieszę. Przez ostatni rok spędziłam w naszym mieszkaniu tyle czasu, że aż mi obrzydł mój ukochany kolor zielony. A praca? To coś jakby....wolność.
Zaistniał jednak problem. Duży. Ogromny, niczym me szlachetne cztery litery. No bo... nie mam się w co ubrać!

Źródło

Znacie to? Haha! Pewnie, że znacie. Ale nie myślcie sobie, że to kokieteria, którą zwykle uskuteczniamy wobec swych mężów i kochanków. Nie, nie... Teraz NAPRAWDĘ nie mam się w co ubrać.
No... dresy, para jedna. Legginsy, par dwie, w tym jedne z dziurą. Jeansów pary trzy, ale jedne są za duże i sprane, a drugie to niskie biodrówki i cały pociążowy balast wygląda w nich jak kiepskiej jakości baleron. Trzecie są jasne (bardzo jasne) i pogrubiają. No. Mam wymieniać dalej?

Skompletowanie garderoby w pierwszych miesiącach po porodzie zwyczajnie sobie odpuściłam. Z premedytacją. Wymówkę miałam przednią - przecież niedługo schudnę i znów trzeba będzie mniejsze kupować. A poza tym w przedciążowe się zmieszczę. W końcu czeka ich na mnie pełna szafa i dwie komody.

Czy schudłam? No schudłam... Ale tylko połowę z tych czternastu. Trudniej niż zwykle było poćwiczyć i te ciastka takie smaczne... A kawa bez słodkiego przecież nie istnieje! To co, że dziennie wypijam ich cztery.
Wymówkę zawsze jakąś mieć trzeba.

Chodzę więc po sklepach. Szukam. Oglądam. Przymierzam. Nie ma nic. A jak coś jest, to drogo. Do jednej bluzki w Mohito robiłam trzy podejścia. Najpierw nie było mojego rozmiaru. Potem przy kasie okazało się, że poszłam na zakupy bez karty (o gotowce już nie wspomnę), za trzecim razem jakoś się udało. Ale jedna bluzka to za mało. A za każdym razem, gdy wybieram się do CH, wracam z jakimś dziecięcym ciuchem. Tak, jakbym w akcie totalnego szaleństwa wymyśliła sobie, że zmieszczę się w niemowlęce 86.

A może do pracy da się chodzić w piżamie? O! Mam taką ładną, zieloną, z jakimiś kotami.. Troczek ma pod biustem i falbankę na dole. Może się nie zorientują, że to ciuch do spania?


środa, 26 lutego 2014

Seks nas już nie kręci.

Pamiętacie jeszcze te lata, gdy seks był tematem tabu i szeptało się o nim na ucho na szkolnych potańcówkach, przytaczając durne, ale za to pobudzające wyobraźnię teksty z Bravo i Bravo Girl? Pamiętacie to uczucie, gdy z wypiekami na twarzy pochłanialiście wzrokiem każdą scenę erotyczną z oglądanych w tv filmów?


Był taki czas, gdy o seksie nie mówiło się głośno i bez pordonu. I na ten właśnie czas przypadło moje dzieciństwo i okres dojrzewania. To były ostatnie podrygi świata bez powszechnego dostępu do Internetu i włażących każdemu do łóżka, przesyconych kiczowatą erotyką tabloidów. Pamiętam moment, gdy przyjaciółka wyznała mi podczas podróży szkolnym autobusem, że ma już za sobą swój pierwszy raz. Obie miałyśmy wtedy po szesnaście lat. Mimo, że znałyśmy się już od dziesięciu i wiedziałyśmy o sobie wszystko, ona i tak była lekko onieśmielona, a ja zszokowana.

Źródło

Wspominam te czasy i zastanawiam się, czy dziś kogoś jeszcze temat seksu zawstydza?

Wygląda na to, że obecnie powodem do skrępowania w środowiskach szkolnych jest jedynie dziewictwo. O ile takowe jeszcze w ogóle istnieje. Bo teraz nazywa się to już zupełnie inaczej. Owszem, młodych erotyka fascynuje i kręci, ale przez pryzmat "kto więcej i lepiej", mało kto bawi się w romantyzm i miłosne rozterki.

A co z tymi, którzy dorastanie i pierwsze doświadczenia mają już dawno za sobą? No właśnie. Tych seks już nie kręci. Tak zwyczajnie, po prostu. Bo nie ma czasu, nie ma siły, nie ma chęci. Bo dziecko nie śpi, bo łóżko skrzypi, bo już po północy. Bardziej pożądana jest dziś ciekawa książka na dobranoc, kolejny odcinek serialu, przegląd najnowszych kolekcji na stronach www sieciówek odzieżowych. Po co im seks? Z tym jest przecież tyle kłopotu!

W dodatku wszędzie go pełno. Wystarczy wejść na jakikolwiek serwis internetowy. Cycki, cycki, cycki, ta wyszła z domu bez stanika, a tamta bez majtek. Któryś z aktorów zarwał na imprezie panienkę i pojechał z nią do hotelu. W sumie szkoda, bo gdyby zaciągnął ją w pierwszą lepszą bramę, czytalibyśmy o tym przez co najmniej dwa miesiące. Erotyka, w najgorszym tego słowa znaczeniu, jest dziś wszędzie. I zamiast kręcić - zwyczajnie zniechęca. Zmęczenie materiału dopadnie prędzej czy później każdego, o ile nie jest seksualnym dewiantem. 

Nie mówcie więc, że nie ma czego zazdrościć naszym rodzicom i dziadkom.



wtorek, 18 lutego 2014

love, amor, ljubav, rakkaus...

Był taki czas w moim życiu, gdy wydawało mi się, że o miłości, związkach i facetach wiem wszystko.

Uśmiechacie się pobłażliwie? To dobrze, bo i ja mam teraz podobną minę, myśląc o tamtych czasach i swoim naiwnym poczuciu wszechwiedzy.
Byłam podobno uosobieniem spokoju, dla każdego miałam życzliwą i mądrą radę, potrafiłam wnikliwie słuchać, więc ludzie z problemami lgnęli do mnie jak Kubuś Puchatek do miodku. Nasłuchałam się setek miłosnych historii, naczytałam psychologicznych podręczników, moim idolem był Janusz L.Wiśniewski i jego zapierająca dech w piersiach wrażliwość. Jak więc mogłam nie być ekspertem w dziedzinie relacji damsko-męskich? Jak nie mogłam wiedzieć dosłownie wszystkiego o związkach?

Źródło
Zwłaszcza, że w związku przecież nie byłam!

Śmieję się teraz z tego i dziwię temu naiwnemu obrazowi swej mądrości. Przypomina to trochę paradoks nauk przedmałżeńskich, prowadzonych w naszym LO przez siostrę zakonną, która czerwieniła się słysząc słowo "seks", a w największe zakłopotanie można było ją wprawić, pytając o antykoncepcję. Co z resztą za każdym razem robiliśmy, ot dla zwykłej hecy.

Dziś wspominam siebie dwudziestoletnią, wiecznie nieszczęśliwie zakochaną, spełniającą się w rozmowie z drugim człowiekiem - i za Chiny Ludowe nie mogę pojąć, skąd mi się te wszystkie "mądrości" w głowie brały.
Bo jeśli chodzi o związki i mężczyzn, to prawda jest tylko jedna. Prosta, jednoznaczna i nie pozostawiająca żadnych wątpliwości.

Nie da się tego tematu ogarnąć.

Bo im dłużej jestem w związku, tym mniej się na relacjach damsko-męskich znam. Im bliżej poznaję mężczyznę, z którym mieszkam, którego kocham, z którym w końcu mam dziecko i który jest moim mężem - tym, cholera, mniej wiem o facetach.
Tego nie da się ogarnąć, mówię Wam.

I chyba wychodzi na to, że znowu się mądrzę.

Jednak o to chyba chodzi w miłości, związku, nieodgadnionej chemii - by nie dało się zmierzyć, zważyć ani usystematyzować emocji. By choć cząstka tej sfery na zawsze pozostała tajemnicą. By każdy kolejny tydzień, miesiąc, rok był inny. Mimo rutyny, mimo postępującej telepatii.
Czym byłaby Miłość, która nie potrafi Cię zaskoczyć???


poniedziałek, 10 lutego 2014

Czas próby.

Jutro będzie wielki dzień. Trudny dzień. I niby powinien być radosny i pozytywny, a będzie mi bardzo smutno.
Zostawiam Was na niemal tydzień, lecimy sobie, daleko ;-) Do ciepła, do Słońca, do istnej mieszanki kultur i wyznań. Lecimy ze Ślubnym we dwoje. Gaba z dziadkami. Teraz śpi spokojnie i chyba jeszcze nie jest świadoma, że czeka nas pięciodniowa rozłąka.

To nie pierwszy taki wyjazd, nie pierwszy raz, gdy dzieć nasz zostaje na kilka dni pod opieką dziadków. Ale teraz będziemy tak daleko. A sam sms w roamingu kosztuje stamtąd tyle, co u nas pół godziny rozmowy. Echhh... Ciężko mi na sercu i już tęsknię. Choć wiem, że nie powinnam!

Trzymajcie kciuki! Pliiis!

P.S. Aaaaaa tak sobie pomyślałam, że możecie strzelać, gdzie będziemy odpoczywać ;-)
Dla osoby, która jako pierwsza udzieli poprawnej odpowiedzi, na pewno coś będę miała w prezencie. Ale nie wiem, jeszcze co ;))
Tylko Przewijka nie może strzelać, bo ona wie o wszystkim :P

niedziela, 9 lutego 2014

Do kogo jestem podobna?

Nie da się uniknąć tego pytania. Nie da się uniknąć porównywania, domysłów, analiz. Już od pierwszych chwil życia dziecka wszyscy wokół zastanawiają się do kogo jest/będzie podobne. 
A najczęściej podobno jednak do listonosza. Ale ciiii....

Z założenia nie lubię tego typu historii. Uważam, że każdy jest jedyny i unikalny. A, że jest mieszanką genów... No cóż, tego się nie wybiera ;-)
Natomiast jeśli chodzi o samo podobieństwo fizyczne do rodziców, to z doświadczenia wiem, że co człowiek, to inny pogląd. Doskonale pamiętam, jak ja pytałam mamę i tatę: "do kogo jestem podobna?". Mama odpowiadała, że do taty. Tata twierdził, że do mamy. Zdanie taty podziela 3/4 mojej rodziny. A mama cały czas się tego podobieństwa wypiera...;-)

Wydaje mi się jednak naturalne to, że rodzic szuka w swoim dziecku siebie. Choćby małego szczegółu, który wywoła ciepło w sercu.  To niesamowite uczucie, widzieć, że mała istotka została stworzona choć trochę na nasze podobieństwo. Urosnąć można do sufitu. Nawet, jeśli startuje się z poziomu 162 cm.

Patrzę dziś na zdjęcie Gaby i na moje stare fotografie z okresu jeszcze niemowlęcego. Coś mi mówi, że córki się nie wyprę, ale na bank jestem totalnie subiektywna. Podobno Gaba to tatowa kopia. 



A Wasze dzieci do kogo są podobne? ;-)

wtorek, 28 stycznia 2014

Garść niusów.

Źródło: Wikipedia
Tak dawno mnie już u Was nie było.

Oczywiście, czytam Was, kiedy tylko mogę...Czasem co drugie zdanie i jednym okiem, gdy karmię Młodą, czasem w telefonie podczas obiadu albo sprzątania ;-)) Jednak, by napisać jakikolwiek komentarz, potrzebuję obie ręce wolne i całą minutę koncentracji. Nie zawsze mam taką możliwość. Dlatego przepraszam - mało mnie u Was, ale nie z własnej woli. Cieszę się, że mimo to, Was u mnie nie ubywa ;-))

Życie toczy się swoim rytmem. Styczeń minął tak szybko, że nagle ukazała mi się perspektywa wiosny za JEDYNE dwa miesiące (oczywiście jest to wersja optymistyczna), a ta wizja z jednej strony napawa radością, z drugiej - niemałym lękiem. Wiosna 2014 będzie czasem kolejnych wielkich zmian, począwszy od pożegnania z niemowlęctwem Gaby, a na powrocie do pracy skończywczy. Wiosną tego roku będę musiała ogarnąć świat na nowo.

Dlatego teraz staram się wykorzystać ten czas, który mi pozostał. Mam świadomość, że po powrocie do pracy czasu dla siebie samej nie będę mieć już w ogóle, więc nocami czytam książki, umawiam się na randki ze ślubnym i szaleję z dzieckiem, najczęściej tarzając się po podłodze. Cieszę się, że oporny drugi ząbek nareszcie się przebił i przygotowuję się na przyjęcie górnych jedyneczek. Wsłuchuję się w siebie i... rzutem na taśmę staram się podreperować swój nieco nadwyrężony organizm. Takie tam szczegóły - bolące stopy, bolące kolano, bolący łokieć i ręka, która odmówiła prostowania się... Myślicie, że zdążę z tym do kwietnia? ;-)

A teraz biegnę, by poszaleć na blogowisku. Kawka się skończyła, batonik się skończył, ale do czytania nie są mi one w niczym potrzebne !!

niedziela, 19 stycznia 2014

Co ty robisz, macierzyństwo?

Urodziłaś dziecko. Nieważne, czy stało się to tydzień temu, czy może dzień porodu zaciera się już w twojej pamięci wraz z upływającymi latami. Z dnia na dzień stałaś się Matką i powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś możesz powiedzieć ( a może stwierdzisz to dopiero po jakimś czasie?), że nie jesteś już taka sama jak "przed". Do góry nogami przewrócił się nie tylko świat wokół, ale i Twój system wartości. 
"Macierzyństwo, co ty ze mną robisz?", chciałoby się zapytać. A odpowiedzi nie ma jednoznacznej. Z mojego punktu widzenia pewnym jest jednak, że macierzyństwo łączy, dzieli i zmienia perspektywę.

Macierzyństwo łączy

Pierwsza zmiana, jaką zauważyłam u siebie po urodzeniu dziecka to taka, że nareszcie zaczęłam rozumieć moją Mamę. Mamę - nie boję się tego powiedzieć - nieco nadopiekuńczą. Teraz, nie dość, że przybyło nam wspólnych tematów do rozmowy, to wcześniejsza irytacja wywoływana ciągłą troską o mnie odeszła gdzieś w kąt i nie zamierza wrócić. Nawet te najczarniejsze scenariusze, dotyczące faktu "gdzie jestem i co robię" wydały mi się mniej irracjonalne, gdy po raz pierwszy oddaliłam się od córki na 3 godziny do miejsca, w którym nie należy używać telefonów (czyli do teatru). Uwierzcie mi, że nic nie pamiętam z tego spektaklu! Tyle tylko, że siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się, czy moje kilkutygodniowe dziecko nie umiera z tęsknoty za mamuśką. 
Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że macierzyństwo potrafi łączyć. Nie tylko matki i córki, ale ogólnie dzieciate kobiety. Ogrom blogów parentingowych tylko to potwierdza. Fora internetowe o tematyce ciążowo-dzieciowej pękają w szwach. W końcu nikt nie zrozumie matki tak dobrze, jak druga matka. 
Nawet znajomości ze szkolnych lat potrafią się reaktywować, bo dwie, kiedyś niezbyt lubiące się koleżanki ze szkoły, mają maluchy w tym samym wieku. I nagle nagadać się nie mogą. Bo macierzyństwo to przecież temat bez dna...

Macierzyństwo dzieli

Jest jednak i tak, że będąc matkami skazane jesteśmy na pewnego rodzaju ostracyzm, domową izolację. No bo nie dość, że z takim maluchem nie da się prowadzić życia towarzyskiego, jak do tej pory, to jeszcze to karmienie piersią i inne matczyne powinności... Zdarza się, że dotychczasowi znajomi tylko na początku są zachwyceni naszą pociechą, a potem i wizyty stają się sporadyczne, i nagle nasz numer telefonu znika z ich "top listy"... Jako matki stajemy się niewygodne towarzysko. I choć początkowo może nam to nie przeszkadzać, to z czasem okazuje się, że nie ma już z kim wyjść wieczorem, spotkać się przy piwie (herbatce) lub ponarzekać na facetów..
A jeśli już o mężczyznach mowa... Związki damsko-męskie po pojawieniu się dziecka (najczęściej pierwszego) zazwyczaj nie mają się najlepiej.  Nie mówię, że jest tak w każdym przypadku. Nie twierdzę też, że ten kryzys jest niezmienny i na zawsze, bo najczęściej po jakimś czasie mija. A jeśli nie, to związek się rozpada. Twierdzę natomiast, że płaczący, nie potrafiący mówić, budzący się kilkanaście razy w nocy noworodek jest czasem poważnym wyzwaniem dla obojga partnerów - nie tylko pod względem zrozumienia nowego członka rodziny, ale i zrozumienia siebie nawzajem. Nieprzespane noce, narastająca frustracja, ambicje, by być idealnym rodzicem - tyle wystarczy, by podzielić dwoje kochających się ludzi. Nie jest łatwo żadnej ze stron...
A jeszcze trudniej bywa, gdy frustracji dostarcza nam nadgorliwa babcia/ciocia/teściowa/koleżanka, która "wszystko wie najlepiej". Oczywiście, uważa się za autorytet w kwestii wychowania i pielęgnacji dzieci (w końcu swoich ma kilkoro) i za punkt honoru postawiła sobie uświadomienie młodej mamy w jej powinnościach, z naciskiem na karygodne błędy, jakie popełnia każdego dnia. W takich sytuacjach miarka może się przebrać. Skrytykowany "autorytet" potrafi obrazić się na całe miesiące, a nawet i lata.

Macierzyństwo zmienia perspektywę

I wtedy zastanawiamy się, jak to się stało, że potrafiłyśmy takiej nachalnej, powiedzmy, cioci, wygarnąć co o niej myślimy. Bo kiedyś to nie pisnęłybyśmy słówka, żeby nie zaczynać awantury. Ale macierzyństwo każe nam patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Nie walczymy już dla siebie. Walczymy dla dziecka. I wtedy rosną nam zęby i ostrzą się pazury ;-)))
Z drugiej jednak strony miękną nam serca. Widok chorego dziecka, wiadomość o kolejnym opłakiwanym maluszku, którego nie udało się uratować przez ludzką głupotę... Tyle wystarczy, by łzy płynęły z oczu przez cały wieczór, by mieć w głowie tylko i wyłącznie myśl o niesprawiedliwości tego świata.
Jako matki patrzymy na ludzi, dom, otoczenie przede wszystkim z perspektywy bodyguarda naszego malucha. Stoły, krzesła i szafki stają się zagrożeniem, ekologiczna żywność - największym sprzymierzeńcem, mimo, że wcześniej nie przyszło nikomu do głowy, by czytać etykiety produktów spożywczych. Dni, tygodnie, miesiące i lata planujemy, licząc najpierw wiek dziecięcia, zastanawiając się, co wtedy będzie się w jego młodym życiu działo ("może ząbkowanie to nienajlepszy moment na wakacyjny wyjazd?"). Na wiadomość o grasującym w okolicy bandycie wpadamy w panikę, choć jeszcze jakiś czas temu było nam wszystko jedno...

Jak sobie poradzić z tak nagłą zmianą, często o sto osiemdziesiąt stopni? Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie? Ja zadaję sobie te pytania dość często. Potraficie na nie odpowiedzieć?
Myślę, że najważniejsze, to nie zgubić swojego "ja". Zostawić trochę przestrzeni w tym miękkim, matczynym sercu, przestrzeni tylko i wyłącznie dla siebie. Tego jednak musimy się czasem nauczyć. A i tak, mimo wszystko, dziecko (dzieci) będą dla nas najważniejsze...


niedziela, 12 stycznia 2014

Życiowa rozbieżność.

    Trochę dziwnie się zrobiło. No bo powiedzmy sobie szczerze - pozytywne myślenie i wielkie plany to jedno, a rzeczywistość - drugie. Te dwa powyższe znacznie się między soba różnią. Prawda? A może to ja jestem taką pesymistką z natury?

Szybko okazało się, że nie można mieć i robić wszystkiego. Z czegoś zdecydowanie muszę zrezygnować. 
Na razie ciało zdecydowało za mnie i wyśmiało chęć powrotu do aktywności fizycznej. Kolano boli przy najmniejszym dotyku, domaga się lekarza. Fitnessować się zatem nie będę. Przynajmniej na razie. A szkoda, bo zrobić coś dla siebie jestem w stanie właściwie tylko poza domem. Będąc w zasięgu rąk i wzroku Gaby, tworzenie czegokolwiek bez jej udziału stało się kompletnie niemożliwe. Do komputera też pannę ciągnie niemiłosiernie. Zastanawiam się nawet, czy kiedykolwiek doczyszczę monitor ;-))

Nie chcę rezygnować z bloga. Niestety, Projekt Samo_się od 2-3 tygodni odbywa się już bez mojego wkładu, całość ogarnia Przewijka, bo mój czas skurczył się do minimum. Muszę wybierać - albo napisać post, albo poczytać blogi, albo powrzucać linki z Waszymi relacjami na fb, albo poczytać, co dzieje się na świecie. Dzieć sypia w dzień około godziny. W porywach do półtorej. Spać chodzi poiędzy 22 a północą. Gdy kilka  razy G. padła po 20-tej po braku drzemki w dzień, robiła nam miłe pobudki po północy. A potem usypianie trwało 2-3 godziny... I gdzie tu sens, gdzie logika?

Szukam sposobu, by ogarnąć tę rzeczywistość. Pełną marzeń, ambicji, wyznaczonych celów. Jednak mycie zębów i robienie śniadania z dzieckiem na ręku nieco utrudnia ten pozytywny start. Budzi się zwątpienie. Dam radę? Kurczę, jest jakakolwiek szansa, że dam radę??
Potrzebuję rady, wskazówki, jakiegoś pozytywnego rozwiązania. Jakie są Wasze sposoby na ogarnięcie rzeczywistości? Jakim cudem wyrabiacie się z życiem i blogiem? Wiem, że jakiś czas temu Kobieta mzik pytała o to samo, więc chyba nie ja jedna mam taki problem.
Piszcie, pomóżcie! ;-)