piątek, 21 lutego 2014

Jerozolima, cz.2

Czas na małe co-nieco!!

Ponieważ nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, a przemierzanie nawet kilkunastu kilometrów dziennie wymaga pewnego nakładu energii, musieliśmy coś jeść. Nawet w takim miejscu, jak Izrael. A trzeba przyznać, że w Jerozolimie ceny żywności są wysokie. I to bardzo.
Dla przykładu - butelka wody mineralnej niegazowanej 1,5 l kosztuje od 6 do 8 shekli, co ma przełożenie na mniej więcej 6-8 zł. Napoje gazowane 1,5 l - ok. 9 shekli.
Udało nam się również zjeść na śniadanie po kupionej od ulicznego sprzedawcy drożdżówce, w cenie po 10 shekli każda. W piekarni można było dostać croissanta za ok. 14 shekli.

Za to kilogram owocu granata to już tylko 5 shl, kilogram różowego pomelo - ok. 6 shl, mega pięknych pachnących truskawek (tak, w lutym!) - 9 shl.


A jeśli już jesteśmy przy owocach. Te można było kupić przede wszystkim na bazarze, a ich różnorodność zdumiewała mnie z każdym dniem coraz bardziej. Nie dało się spróbować wszystkiego, a widzieliśmy owoce, których nie znamy nawet z nazwy i aż trudno uwierzyć, że o tej porze roku rosną tam ot tak sobie (pomarańcze spadają z drzew rosnących na Starówce). Oprócz owoców na bazarze jest niemal wszystko - pieczywo (w tym przepyszna, jeszcze ciepła pita oprószona ziołami i bułki, które najlepiej smakują saute), świeże ryby, zioła, TONY chałwy i innych cukierniczych specjałów. Jednak ludzi jest jeszcze więcej. Gdy w piątkowe popołudnie (ostatnia chwila przed Szabatem) udaliśmy się na zakupy, trzeba było niezłej werwy, by przebić się przez oszalały żądzą zakupów tłum. 

Zapytacie, co na obiad. W końcu ciepły posiłek jest podstawą, a jednocześnie okazją do posmakowania przysmaków lokalnej kuchni. I tutaj nastąpi małe rozczarowanie - w Jerozolimie tradycyjnej kuchni żydowskiej spróbować się właściwie nie da. A jeśli już ktoś się bardzo uprze, to zapłaci dużo... zdecydowanie za dużo jak na naszą kieszeń. 
Rosną za to jak grzyby po deszczu lokale... z hmm... powiedzmy, że lokalnymi fast-foodami. Przede wszystkim arabskimi. A więc zjeść można kebab, shoarmę, falafel, hummus, pizzę ormiańską, a wszystko to najczęściej podane jest w towarzystwie warzywnych przystawek i chlebków pita (najczęściej zimnych, twardych i w niczym nie przypominających tych z bazaru). Aaaa no i frytki! Frytki do każdego niemal dania. Co właściwie przesądziło fakt, że mimo intensywnych marszospacerów, po powrocie postanowiłam wyrzucić wagę przez balkon.

Jedno mnie zachwyciło. Był to napój, który zamówiłam do obiadu już pierwszego dnia. W karcie nazwany
został "perfect drink", a miał być sokiem cytrynowym. Okazał się mieszanką drobniutko skruszonego lodu, zmielonej świeżej mięty i świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Boski! Polecam! Latem będziemy się tym opijać ;-)

Bezpieczeństwo


To była kwestia, która spędzała mi sen z powiek już na długo przed wyjazdem. Nikt nie ma wątpliwości, że Izrael nie jest najspokojniejszym miejscem na ziemi. Choć po przyjeździe okazało się, że atmosfera jest o wiele bardziej przyjazna, niż się wydawało. Zaskoczyło nas zupełnie coś innego.
Na ulicach wręcz roi się od policji uzbrojonej po zęby w broń palną. Niektórzy mają pistolety. Jednak w większości to jednak karabiny-automaty.  Młodzi ludzie w mundurach chodzą sobie z nimi po ulicach, jakby nieśli kurtkę na ramieniu. Albo torbę z zakupami. Nikt już nie zwraca na to uwagi. Być może właśnie dzięki temu mieszkańcy i turyści czują się bezpieczniej. Choć przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy właścicielowi takiej "zabawki" nie strzeli coś do głowy tak nagle, znienacka.


Środki ostrożności są zaprowadzone do tego stopnia, że aby wejść na plac przed Ścianą Płaczu, trzeba przejść przez bramki z wykrywaczem metalu i przeskanować każdy bagaż, który ma się ze sobą. Jeśli chodzi o wejście na Wzgórze Świątynne (czyli ośrodek największego kultu muzułmanów) sprawa ma się jeszcze ciekawiej. Zwiedzanie jest możliwe jedynie przez 2 godziny dziennie, a do jedynego wejścia na wzgórze prowadzi długa kolejka, ponieważ każdy jest przy wejściu dokładnie przeszukiwany (żołnierze oczywiście otwierają i przeglądają zawartość każdej torby czy plecaka), obowiązkowe jest okazanie się paszportem, a strażnicy i tak mogą odmówić wpuszczenia danej osoby do obiektu, jeśli coś im się nie spodoba.
Ale to i tak jeszcze nic. Bo oto dochodzimy do sprawy wykraczającej poza granice absurdu...

Lotnisko

... gdyż na lotnisku w Tel Awiwie zostaliśmy poddani kontroli już przy bramie wjazdowej. I to tylko dlatego, że jechaliśmy z Jerozolimy. Standardowo - paszporty i kilka pytań: kim jesteśmy, w jakim celu przyjechaliśmy, gdzie bylismy, jak długo, czy kontaktowaliśmy się z kimś z miejscowych, czy dostaliśmy jakiś prezent. Strażnik poprosił też o otwarcie bagażnika taksówki, którą jechaliśmy.

W dokumentach podróży zostało napisane, że na lotnisko w Ben Gurion trzeba stawić się na 3 godziny przed odlotem. Przesada? Tylko pozornie. Bo odprawa trwa tam około dwóch godzin.

Przygoda z służbami lotniska zaczyna się już w momencie rozpoczęcia odprawy bagażowej. Do długiej kolejki oczekujących na oddanie bagażu rejestrowego podchodzą bardzo symatyczni pracownicy lotniska i zadają szereg pytań. Po okazaniu paszportów wnikliwie porównują zdjęcie z twarzą osoby, która przed nimi stoi, a potem zaczyna się lawina pytań: o cel podróży, jej długość, miejsce pobytu, relacje między podróżującymi, o bagaż - czy cały czas mieliśmy go ze sobą, czy miały do niego dostęp osoby trzecie, czy dostaliśmy jakiś prezent lub coś do przewiezienia...itp itd.. Gdy wszystkie odpowiedzi brzmią zadowalająco, można bagaż rejestrowy wrzucić na taśmę i go przeskanować. Tylko komputer obowiązkowo trzeba wyjąć, otworzyć, włożyć do specjalnej walizki i przeskanować go osobno ;-)

Ze skanera wysyłają nas do stanowiska sprawdzania bagażu. Tutaj proszą nas o otwarcie walizki i po wnikliwej obserwacji tego, co znajduje się wewnątrz, pytają o poszczególne obiekty w niej umieszczone. Bardziej podejrzane należy wyjąć i pokazać. My mieliśmy szczęście, bo pierwszą rzeczą, o jaką facet nas zapytał, był mój biustonosz schowany w tekturowym pudełku. No cóż... człowiek się tak zawstydził, że dał nam spokój ;-) Jednak widzieliśmy takich, którzy musieli wyjmować z walizek wszystko, a niektóre bagaże pracownicy lotniska konfiskowali na czas około pół godziny, aby zawartość sprawdzić "po swojemu".  W plecaku dziewczyny stojącej za nami w kolejce podejrzane okazało się pudełko czekoladek. Ups!

Potem  już tylko odprawa bagażowa, kontrola paszportowa i osobista, czekanie 20 minut, aż autobus przewiezie nas na terminal znajdujący się kilka kilometrów (!) dalej i mogliśmy w spokoju czekać na nasz opóźniony samolot.

Z dzieckiem nie.

Pomimo lotniskowych przebojów, uzbrojonych izraelczyków i niezdrowego jedzenia, 4 dni spędzone w Jerozolimie były fantastyczne. Myślę sobie jednak, że zostawiając Gabę z dziadkami, postąpiliśmy najlepiej, jak mogliśmy. Drugi raz podjęłabym taką samą decyzję - mimo tęsknoty i wysokich opłat roamingowych (8 zł/min!). Nie zabrałabym ze sobą dziecka w podróż do Izraela. Ani na lotnisko, ani na bazar, ani nawet na stare miasto. No, chyba, że osiągnie już wiek szkolny. A z ulic znikną te uzbrojone typy.


środa, 19 lutego 2014

Jerozolima, cz.1

Jerozolima to miasto magiczne. Miasto spotkania wielu kultur oraz trzech wielkich religii. Tylko tu, patrząc na modlących się pod Ścianą Płaczu judaistów, można usłyszeć dochodzące z minaretu wezwanie muzułmańskiego muezina do modlitwy przy jednczesnym akompaniamencie kościelnych dzwonów. Tylko tu skrajnie ortodoksyjnych Żydów jest na ulicach niemal tylu, co turystów. A przeżycia są niezwykłe, zwłaszcza jeśli zdamy sobie sprawę, że stoimy w miejscu, które istnieje już kika tysięcy lat.

Nasza kilkudniowa podróż do Izraela ograniczyła się tylko do Jerozolimy z jednego prostego powodu - nie da się zwiedzić miasta w mniej niz 3 dni, a dokładnie tyle czasu mieliśmy. Zwiedzanie w pośpiechu nigdy nas nie interesowało - w każdej naszej podróży staramy się poczuć klimat miejsca, zajrzeć również tam, gdzie większość turystów nie dociera. Dlatego do naszego hotelu, oddalonego od Starego Miasta o ok. 3 km najzwyczajniej w świecie chodziliśmy pieszo. Po drodze można było zobaczyć, jak na co dzień żyją mieszkańcy Jerozolimy, zdziwić się i zawstydzić niejeden raz.

Nie będę pisać o zabytkach, których w Jerusalem roi się na każdym kroku - zainteresowanych odsyłam choćby tutaj. A poza tym, to, co piękne, wolę Wam pokazać ;-)


Ludzie, kultura i obyczaje.

Mimo, że w Jerozolima jest tak naprawdę multikulturowa, to wśród mieszkańców dominują oczywiście Izraelici i Palestyńczycy, czyli dwa skrajne przeciwieństwa  - Żydzi i Arabowie. Miasto podzielone jest na część palestyńską i izraelską i muszę przyznać, że różnica tych dwóch dzielnic jest kolosalna. Zresztą - porównajcie sami:

Sami mieszkańcy różnią się od siebie przede wszystkim ubiorem - wśród muzułmanów wyróżniają się kobiety w typowych tylko dla nich strojach, zakrywających niemal każdą część ciała (często także twarz), u Żydów to mężczyźni "noszą" najbardziej rozpoznawcze elementy stroju. Mycka na głowie to obowiązkowe nakrycie głowy, natomiast u licznych ortodoksów zobaczymy ubiór składający się z czarnych spodni, białej koszuli, czarnej marynarki lub/i płaszcza, charakterystycznego (czarnego) kapelusza oraz nieodłącznych pejsów. Miałam nawet wrażenie, że niektórzy te pejsy kręcą na wałki lub lokówką. Serio ;-)). 
Kobiety mają przykaz, by przede wszystkim nosić się skromnie. Do tego stopnia, że idąć ulicą w legginsach tunice ze średniej wielkości dekoltem i krótkim rękawem, czułam się bardzo nieswojo. Miałam wręcz nieodparte wrażenie, że noszę się nieprzyzwoicie. 
Przestały mnie więc dziwić takie "szczegóły", jak kompletny brak butów na obcasach w sklepach obuwniczych, nie mówiąc już o takowych na nogach miejscowych kobiet. Podeszwy płaskie, kolory ciemne, z czernią na pierwszym miejscu. Makijaż to chyba też zbędny luksus dla ortodoksów ;-).

Za to w Szabat (czyli w sobotę), święty dzień nicnierobienia, mogliśmy zobaczyć takie obrazki:



Warto wspomnieć o tym, że w Szabat pozamykane jest niemal wszystko - sklepy, urzędy, nawet dworzec autobusowy był zamknięty na cztery spusty. A jeśli chcemy się przemieścić jakimś innym środkiem transportu niż własne nogi, musimy szukać taksówki. Nie jeżdżą bowiem ani autobusy, ani tramwaje. Żydzi odpoczywają i koniec! Ich jedynym zajęciem tego dnia jest tak naprawdę pielgrzymka do synagogi i pod Ścianę Płaczu.

Tak na marginesie - obserwowałam rodziców z dziećmi przemieszczających się po mieście. Zaskoczyło mnie jedno - to mężczyźni wydawali się "bardziej" zajmować potomstwem. Być może działo się tak tylko poza domem, ale widok rozczulał. Ojcowie z czwórką, czasem piątką dzieci, udający się na modlitwę, podczas drogi bawiący się w berka. Wszystko to było otoczone tak pozytywną aurą, że niemożliwym było powstrzymać uśmiech.
Muszę przyznać, że to bardzo miła odmiana po obserwacji Marokańczyków podczas naszej podróży w 2012 r. Tam niestety ani razu nie widziałam miejscowego mężczyzny przebywającego w towarzystwie dziecka.

c.d.n.
( a w części drugiej będzie o tym, dlaczego pakując się na podróż powrotną poukładaliśmy wszystkie rzeczy w  walizce niemal "pod linijkę", oraz o tym, dlaczego przez te 5 dni przytyłam, zamiast schudnąć...)



wtorek, 18 lutego 2014

love, amor, ljubav, rakkaus...

Był taki czas w moim życiu, gdy wydawało mi się, że o miłości, związkach i facetach wiem wszystko.

Uśmiechacie się pobłażliwie? To dobrze, bo i ja mam teraz podobną minę, myśląc o tamtych czasach i swoim naiwnym poczuciu wszechwiedzy.
Byłam podobno uosobieniem spokoju, dla każdego miałam życzliwą i mądrą radę, potrafiłam wnikliwie słuchać, więc ludzie z problemami lgnęli do mnie jak Kubuś Puchatek do miodku. Nasłuchałam się setek miłosnych historii, naczytałam psychologicznych podręczników, moim idolem był Janusz L.Wiśniewski i jego zapierająca dech w piersiach wrażliwość. Jak więc mogłam nie być ekspertem w dziedzinie relacji damsko-męskich? Jak nie mogłam wiedzieć dosłownie wszystkiego o związkach?

Źródło
Zwłaszcza, że w związku przecież nie byłam!

Śmieję się teraz z tego i dziwię temu naiwnemu obrazowi swej mądrości. Przypomina to trochę paradoks nauk przedmałżeńskich, prowadzonych w naszym LO przez siostrę zakonną, która czerwieniła się słysząc słowo "seks", a w największe zakłopotanie można było ją wprawić, pytając o antykoncepcję. Co z resztą za każdym razem robiliśmy, ot dla zwykłej hecy.

Dziś wspominam siebie dwudziestoletnią, wiecznie nieszczęśliwie zakochaną, spełniającą się w rozmowie z drugim człowiekiem - i za Chiny Ludowe nie mogę pojąć, skąd mi się te wszystkie "mądrości" w głowie brały.
Bo jeśli chodzi o związki i mężczyzn, to prawda jest tylko jedna. Prosta, jednoznaczna i nie pozostawiająca żadnych wątpliwości.

Nie da się tego tematu ogarnąć.

Bo im dłużej jestem w związku, tym mniej się na relacjach damsko-męskich znam. Im bliżej poznaję mężczyznę, z którym mieszkam, którego kocham, z którym w końcu mam dziecko i który jest moim mężem - tym, cholera, mniej wiem o facetach.
Tego nie da się ogarnąć, mówię Wam.

I chyba wychodzi na to, że znowu się mądrzę.

Jednak o to chyba chodzi w miłości, związku, nieodgadnionej chemii - by nie dało się zmierzyć, zważyć ani usystematyzować emocji. By choć cząstka tej sfery na zawsze pozostała tajemnicą. By każdy kolejny tydzień, miesiąc, rok był inny. Mimo rutyny, mimo postępującej telepatii.
Czym byłaby Miłość, która nie potrafi Cię zaskoczyć???


sobota, 15 lutego 2014

Pozdrowienia z Ben Gurion :-)

Przeszliśmy właśnie najtrudniejszą i najdłuższą odprawę na lotnisku, Izrael jest chyba jedynym miejscem na świecie, gdzie trwa to wszystko prawie 3 godziny. Na dworze pada deszcz, samolot opóźniony...ale jutro będę już z Wami:-). Za kilkanaście godzin zobaczę i przytulę Gabę, za którą szalenie tęsknię..

A wpisów relacjonujących pobyt tutaj trochę się nazbiera... O czym chcecie poczytać na początek???

poniedziałek, 10 lutego 2014

Czas próby.

Jutro będzie wielki dzień. Trudny dzień. I niby powinien być radosny i pozytywny, a będzie mi bardzo smutno.
Zostawiam Was na niemal tydzień, lecimy sobie, daleko ;-) Do ciepła, do Słońca, do istnej mieszanki kultur i wyznań. Lecimy ze Ślubnym we dwoje. Gaba z dziadkami. Teraz śpi spokojnie i chyba jeszcze nie jest świadoma, że czeka nas pięciodniowa rozłąka.

To nie pierwszy taki wyjazd, nie pierwszy raz, gdy dzieć nasz zostaje na kilka dni pod opieką dziadków. Ale teraz będziemy tak daleko. A sam sms w roamingu kosztuje stamtąd tyle, co u nas pół godziny rozmowy. Echhh... Ciężko mi na sercu i już tęsknię. Choć wiem, że nie powinnam!

Trzymajcie kciuki! Pliiis!

P.S. Aaaaaa tak sobie pomyślałam, że możecie strzelać, gdzie będziemy odpoczywać ;-)
Dla osoby, która jako pierwsza udzieli poprawnej odpowiedzi, na pewno coś będę miała w prezencie. Ale nie wiem, jeszcze co ;))
Tylko Przewijka nie może strzelać, bo ona wie o wszystkim :P

niedziela, 9 lutego 2014

Do kogo jestem podobna?

Nie da się uniknąć tego pytania. Nie da się uniknąć porównywania, domysłów, analiz. Już od pierwszych chwil życia dziecka wszyscy wokół zastanawiają się do kogo jest/będzie podobne. 
A najczęściej podobno jednak do listonosza. Ale ciiii....

Z założenia nie lubię tego typu historii. Uważam, że każdy jest jedyny i unikalny. A, że jest mieszanką genów... No cóż, tego się nie wybiera ;-)
Natomiast jeśli chodzi o samo podobieństwo fizyczne do rodziców, to z doświadczenia wiem, że co człowiek, to inny pogląd. Doskonale pamiętam, jak ja pytałam mamę i tatę: "do kogo jestem podobna?". Mama odpowiadała, że do taty. Tata twierdził, że do mamy. Zdanie taty podziela 3/4 mojej rodziny. A mama cały czas się tego podobieństwa wypiera...;-)

Wydaje mi się jednak naturalne to, że rodzic szuka w swoim dziecku siebie. Choćby małego szczegółu, który wywoła ciepło w sercu.  To niesamowite uczucie, widzieć, że mała istotka została stworzona choć trochę na nasze podobieństwo. Urosnąć można do sufitu. Nawet, jeśli startuje się z poziomu 162 cm.

Patrzę dziś na zdjęcie Gaby i na moje stare fotografie z okresu jeszcze niemowlęcego. Coś mi mówi, że córki się nie wyprę, ale na bank jestem totalnie subiektywna. Podobno Gaba to tatowa kopia. 



A Wasze dzieci do kogo są podobne? ;-)

sobota, 8 lutego 2014

O pediatrach i tym podobnych lekarzach.

"Lekarzu, ulecz się sam!" - chyba każdy to zna i czasem choć w myśli powtarza. Bo na dobrego doktorka trafić trudno. Pal sześć, jeśli chodzi o nas samych. Natomiast, gdy choruje dziecko, wymagamy od człowieka, który je bada, diagnozuje i przepisuje leki, by był kompetentny, zaangażowany i przede wszystkim wrażliwy na maluszkowe nieszczęście. Jaka bywa rzeczywistość - wszyscy wiemy. Dziś opiszę Wam przypadek szczególny, ewenement jakich mało. Szkoda tylko, że w negatywnym tego słowa znaczeniu. Do dziś bowiem nie możemy się ze Ślubnym otrząsnąć z tego, co nas spotkało i tak naprawdę to próbujemy wmawiać sobie, że to był tylko jakiś durny sen.


Wspominałam już Wam kiedyś o tej przedziwnej "pani dr". Lekarka utytułowana, na oko - przed siedemdziesiątką, więc możnaby rzec, że doświadczona ogromnie. Nie dość, że pediatra, to specjalista nefrolog. Byliśmy więc zadowoleni, że ktoś taki przyjdzie obejrzeć Gabę na wizycie patronażowej. Niestety, nasz entuzjazm zniknął wkrótce. Kobiecina weszła, krótko pozachwycała się nad dwutygodniową kruszynką i przystąpiła do wygłaszania kazania. 
Na pierwszy ogień poszedł przewijak. O zgrozo! Przewijak został umieszczony na łóżeczku! Dziecko się udusi, nie ma przewiewu, nie ma powietrza, przewijak out!!! Próby tłumaczenia, że przecież przewijak umieszczony jest w tej części łóżeczka, w której dziecko NIE ŚPI (wiadomo - materac ma 120 cm długości, noworodek - max. 60), tylko rozsierdziły kobitę. 

A to był jedynie wstęp do dalszych "złotych rad".

Czas był wtedy taki, że Gabie zaczynał się pojawiać trądzik niemowlęcy. Teraz już oczywiście o tym wiem, jednak jako świeżo upieczona mama w połogu nie miałam zielonego pojęcia i każda krostka na buzi Młodej napawała mnie przerażeniem. Podzieliłam się więc obawami z "osobą kompetentną". Radę otrzymałam natychmiast: "proszę przemywać buzię spirytusem".
Podobne zalecenie dotyczyło odparzeń pod paszkami. Spirytusem! Odparzenia! Wtedy już myślałam, że wyjdę z siebie.
A pani dr pogodna, uśmiechnięta, zadowolona z siebie odebrała wtedy telefon, który nieopatrznie zadzwonił w jej torebce. Telefon prywatny, a jakże! I chyba solidnie kleiła się rozmowa, bo przez 20 minut wysłuchiwaliśmy opowieści z prywatnego życia naszego gością, który najzwyczajniej w świecie rozsiadł się w naszym fotelu.

Na całe szczęście po godzinie "wizyta patronażowa" dobiegła końca.

Spirytus oczywiście nie znalazł się w naszej apteczce.

Jednak nie był to koniec moich przygód z ową pediatrą. Niestety.

W trzecim miesiącu życia Gaby na sile zaczęły przybierać objawy typowe dla alergii na białko mleka. Suche, czerwone policzki i łokcie, sucha skóra na całym ciele, luźne, śluzowate kupki... Nie chciałam panikować i co rusz biegać do lekarza, jednak, gdy zobaczyłam w kupie dziecka żyłki żywej krwi, ani w głowie było mi dłużej czekać. Pobiegłam do przychodni tego samego dnia, nie patrząc na to, który lekarz przyjmuje.
I trafiłam na moją starą (no wybaczcie, młoda nie jest...) "znajomą".

Diagoza brzmiała następująco:
- zmiany na policzkach to grzybica
- dziecko jest niedomyte (!!!) w okolicach intymnych i to jest powodem "brzydkich" kupek
- jeśli chodzi o żyłki krwi i bóle brzuszka, to ona nie wie, skąd się wzięły... "może pani coś zjadła".
- na pytanie o mleko w mojej diecie, rada była "jeść jak najwięcej!"

Zalecono nam:
- pimafucort (silna maść przeciwgrzybicza) na policzki
-  rivanol do przemywania okolic intymnych 
oraz... przemycie buzi spirytusem.

Jak tak teraz o tym myślę, zastanawiam się nad głębszym sensem powtarzającego się motywu alkoholowego... To by w sumie wszystko tłumaczyło..

Oczywiście wkrótce okazało się, że dzieć ma skazę białkową i musiałam odstawić cały nabiał, a niedługo po tym do mojego mleka dołączył bebilon pepti. Zmiany na buzi zniknęły tylko dzięki eliminacji alergenu i kremikowi do skóry atopowej, a problemy brzuszkowe nie potrzebowały ingerencji ze strony rivanolu (co ma w ogóle jedno do drugiego, ja się pytam???).  Pani dr unikamy zaś do tej pory jak tylko możemy, choć jest jedynym lekarzem, który bada dzieci przed szczepieniem. 

Zastanawia mnie jedno. Ilu dziecom może zrobić krzywdę taki lekarz? Tym razem trafiło na naszą dwójkę, z której jedno jest magistrem farmacji, a drugie lubi pogłębiać swą laicką wiedzę medyczną. Najmłodszymi rodzicami też w końcu nie jesteśmy. Potraktowaliśmy te "złote rady" jako kiepski żart. 
Jeśli jednak taki lekarz wyda podobne zalecenia młodziutkim, niczego nie świadomym rodzicom, którzy bezgranicznie ufają temu, co starszy, doświadczony specjalista mówi - co wtedy? Co wtedy, ja się pytam!!


czwartek, 6 lutego 2014

Przerywnik Muzyczny #1

Pierwszy odcinek zapowiadanego już jakiś czas temu cyklu muzycznego postanowiłam poświęcić ścieżce dźwiękowej do mojego ukochanego serialu - "Grey's Anatomy". Serialu pod względem muzycznym totalnie wyjątkowego. 

Dlaczego?

Wystarczy wspomnieć o tym,  że każdy pojedynczy odcinek (a powstało ich już ok. 220) zainspirowany jest jedną piosenką. Daje o tym znać przede wszystkim tytuł, fabuła "kręci się" wokół przesłania, jaki ów tytuł niesie. Do każdego odcinka powstaje osobna ścieżka dźwiękowa... I naprawdę warto zwrócić na nią uwagę, bo czasem bywa ona na wyższym poziomie niż sam serialowy odcinek ;-)

Doprawdy, można się zainspirować.

Źródło
Kilkoma z tych, które szczególnie zapadły w moją pamięć, chcę się dziś z Wami podzielić. Pominęłam Coldplay, Adele, Duffy czy Snow Patrol, bo dziś to już żadne muzyczne odkrycie - raczej klasyka ;-). Przedstawiam Wam za to faceta, który z moich oczu wycisnął niejedną łzę. Nazywa się Greg Laswell i jest specem od rzewnych ballad. 


Oczywiście, w Grey's Anatomy najpiękniejsze są właśnie delikatne, pełne ładunku emocjonalnego utwory.
Do moich ulubionych, mimo upływu lat, wciąż należą Ida Maria - Keep Me Warm oraz Katie Herzig - Holding Us Back
Bywa też rockowo i nadzwyczaj pięknie. Znacie Thirteen Senses - Into The Fire ? Kojarzy Wam się Until June - In My Head ? Subtelnie brzęczące w głowie brzmienia, idealny akompaniament na dni bardziej refleksyjne, chwile z niespokojnym umysłem i rozhulanymi emocjami.

Ale żeby nie było tak poważnie i bądź, co bądź, smutno - na koniec jeden z najbardziej pozytywnych kawałków, jaki słyszałam. I dlatego zamieszczam, jako filmik. Niech odezwie się ktoś, komu nie Ben nie poprawi humoru ;-) Enjoy!





poniedziałek, 3 lutego 2014

Mamfia, czyli Mafia Mam ;-)

Wczoraj, po dwunastu tygodniach działań, zakończył się Projekt Samo_się. Był uroczysty finał, były wzruszenia i gratulacje, była zapowiedź edycji wiosennej Projektu. Teraz przyszedł czas na odpoczynek.
Ale jeśli myślicie, że odpoczniecie sobie od pomysłów duetu Kinga Mak + Przewijka, to już Was wyprowadzam z błędu!! Bo jeszcze w listopadzie, tak siłą rozpędu, stworzyłyśmy w naszych głowach zarys zupełnie nowego projektu. I dziś właśnie chcę napisać kilka słów o tym "nowym", które nadeszło ;-)

Swoją drogą, trzeba mieć chyba coś w rodzaju mentalnego ADHD, żeby nie móc żyć sobie w spokoju, a ciągle coś tworzyć i kombinować. Pomysły sypią się jak z rękawa, zapewne zbudowałybyśmy nawet wieżowiec w centrum jakiejś zapadłej wsi, gdyby tylko pozwoliły nam na to: czas i finanse.

Wieżowca jednak nie będzie. Jest za to takie miejsce, które działa już pod adresem http://mafia-mam.blogspot.com/. Nazywa się Ma(m)fia. Tak tak, skojarzenie jest oczywiste. Mafia Mam. Czyli nasza i Wasza klika!





MAMFIA to takie własne miejsce mam - blogerek, stworzone dla nas i przez nas. Miejsce spotkań, relaksu, edukacji. Miejsce, do którego zapraszamy Cię bardzo serdecznie! Chcemy, abyś i Ty poczuła się u nas dobrze i komfortowo!

Zapraszamy Was serdecznie do współtworzenia tej strony. Można napisać artykuł, pokazać światu swoje rękodzieło, napisać tutorial z szycia - zabawki, ubranka, wszystkiego! Można też  po prostu zajrzeć, poczytać i zrelaksować się z filiżanką kawy w dłoni.

Chętnych do współtworzenia Mamfii prosimy o kontakt mailowy na adres redakcja.mamfia@gmail.com.
Jesteśmy także na Facebooku ---> https://www.facebook.com/Mammfia .

P.S. Jeśli masz ochotę do nas dołączyć i umieścić na swoim blogu poniższy banerek, proszę bardzo! Wyjątkowo można kopiować ;-)


sobota, 1 lutego 2014

10 miesięcy!

Waga: ok. 9500g
Wzrost: 75-76 cm
Rozmiar ubranek: 80
Zęby: 2 ( i 2 kolejne "w drodze")

Pierwszy "dwucyfrowy" miesiąc za nami ;-) Szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy minął, dlatego chyba zacznę
już przygotowania do imprezy roczkowej, bo inaczej nie zdążę nawet tortu zamówić ;-)
W styczniu różnie nam było - istna sinusoida. Były noce i dni z gorączką, były całodniowe marudzenia i nocne przerwy w spaniu trwające 2-3 godziny, w końcu był też kolejny skok rozwojowy (według mego mniemania), a to wszystko zakończyło się chwilowym powrotem do dobrego humoru i ogólnego spokoju.
Gaba ma już oba dolne siekacze, górne w drodze i wciąż ślini się na potęgę. Chyba ząbki przypomniały sobie, że już czas najwyższy pokazać się światu i teraz ruszyły w zmasowanym ataku...

A poza tym:
  • Mowa rozwija się u dziecia w tempie zastraszającym - mamy więc "mama", "tata", "baba", "dziadzia"
    (czasem), "DAJ!!!", "siiiii", "heeee", "błeeee", "gaaa" i "geeee", oraz dziesiątki niezrozumiałych dla najwprawniejszego ucha neologizmów, które córka mruczy sobie pod nosem tudzież wykrzykuje z zachwytem w stronę różnych przedmiotów.
  • Obiektem fascynacji stała się ostatnio pielucha umieszczona na jej własnej pupie. Nagle okazało się, że potrafi pokazać, że zrobiła kupkę lub pampers jest stanowczo zbyt przepełniony. Najczęściej krzyczy przy tym "siii" lub "błeee" ;-)
  • Któregoś dnia tak po prosty zaczęła się przytulać i dawać buziaczki. Nam, zdjęciom, zabawkom. Jednak największym uczuciem darzy jednego pluszowego misia. Może przytulać go bez końca.
  • Bardzo dobitnie złości się i protestuje, gdy słyszy "nie wolno" lub gdy ciekawy przedmiot nagle znika z jej pola widzenia. Urządziła już nawet kilka histerii rodem z opowieści o buncie 2-latka...
  • Pory spania coraz bardziej się klarują - najczęściej jest to jedna drzemka w ciągu dnia (mniej więcej od 12 do 14) i nocne spanie w godzinach od 20-21 do 7-8 rano. Jeśli drzemki w ciągu dnia są dwie to mamy nocny problem (wojowanie co najmniej do północy...).
  • Fascynują ją: odkurzacz, żelazko, deska do prasowania, kwiatki doniczkowe. Plus wszystkie guziczki, śrubki i dziurki.
  • Wspina się na fotele i tapczan. I całe szczęście, powoli uczy się z nich schodzić.
  • Przy meblach śmiga na dwóch nóżkach, z pchaczem niemal biega...
  • ...co sprawia, że słysząc dzwonek domofonu momentalnie znajduje się przy drzwiach i za każdym razem jest bardzo zawiedziona, jeśli nie zjawia się w nich tata ;-)

Ojojoj! Ale się narobiło!!

Mam wrażenie, że teraz czekają nas już samodzielne pierwsze kroki...ale może się mylę. Faktem jest, że naszego dziecia trudno będzie dogonić i skończy się jakiekolwiek trwanie w bezruchu.