środa, 5 marca 2014

Krymskie wspomnienia.


Przedziwny czas nastał. Próbując przyswoić sobie jakiekolwiek wiadomości nie ma opcji, by nie został człowiek zaatakowany infrmacjami ze wschodu. Ukraina, Rosja, Kijów, Krym, Moskwa... Czający się pod skórą strach, groźba wojny...tak blisko. Relacje z kolejnych zbrojnych starć.. Niepokój jest tym większy, im bardziej znajoma jest sceneria, konkretne miasta, miejsca, ulice. 


Patrząc na to, co dzieje się na Krymie, nie jestem w stanie nie myśleć o naszych pierwszych wspólnych wakacjach. Wspominam, przeglądam fotografie... Byliśmy tam ze nieŚlubnym jeszcze w 2011 roku, zastaliśmy sielankową, leniwą, wakacyjną Ukrainę i życzliwych ludzi. Widoki - bajeczne.


























Jako środek transportu na Krym wybraliśmy kolej - z Kijowa do Symferopolu jechaliśmy około 20 godzin, na szczęście nocą ;-) Ukraińska (jak i ta transsyberyjska) kolej ma to do siebie, że lokomotywa ciągnie czasem kilkadziesiąt wagonów, a komfort podróży zależy od klasy przedziału, którą wykupimy.
I tak - klasy są cztery: luks czyli sypialny przedział luksusowy dwuosobowy, kupe - czteroosobowy przedział sypialny, plackartny - wagon sypialny bezprzedziałowy, w którym są jedynie ścianki działowe pomiędzy 6 łóżkami...i to w sumie tyle. Aha, jest jeszcze tzw. obszczyj...ale w pociągach dalekobieżnych raczej go nie uświadczymy. Na szczęście.








A tak wygląda wybitnie niewyspany pasażer kolei po kilkunastu godzinach podróży.

Wybraliśmy plackartny nie tylko ze względu na przystępne ceny - uznaliśmy, że może być to ciekawa przygoda i okazja do integracji z tubylcami. I nie pomyliliśmy się, w pociągu panowała atmosfera, której nie uświadczycie w naszych PKP. Każdy wagon ma swojego opiekuna rozdającego pościel, herbatę i kawę parzoną po turecku ( koniecznie w szklankach z metalowymi koszyczkami!), ale przede wszystkich pilnującego porządku i ciszy nocnej. Tak, tak! Po 22-ej zostało nam zgaszone światło a rozmawiać można było tylko szeptem.

I tak się nie wyspaliśmy, bo dostaliśmy górne łóżka - trzeba było mocno się trzymać, by nie spaść podczas hamowania!

Koktebel. 35 stopni Celsjusza w cieniu, a tu dwa kilometry do plaży. Jak widać - cienia w dalszej perspektywie ni chu się nie uświadczyło.

Zwierzyniec za to można było spotkać przeróżny na tym krymskim stepie. Co do pająka - nie pytajcie, nie mam pojęcia, co to za jeden. Zdjęcie zostało zrobione na oślep, gdy wracaliśmy już nocą z plaży i stwierdziliśmy, że coś nam łazi po stopach, po czym spiernicza do takich małych dziurek w glebie. No i... nie miałam ochoty już chodzić po zmroku. Bo to coś w rzeczywistości było trzy razy większe.

Więcej już nie gadam - lepiej tu opowiadać obrazem.





























Komu kwasu chlebowego??? Nigdy wcześniej i już nigdy później nie piłam tak smacznego napoju bezalkoholowego! Świetna alternatywa dla wyrobów piwnych ;-)























































Chciałoby się tam wrócić, ale czy będzie nam dane?

wtorek, 4 marca 2014

O siedmiu serialach, których nie obejrzałam do końca...

... bo zabrakło mi czasu. Albo zabrakło miejsca na darmowych serwerach. Były też takie, które zwyczajnie mnie nie wciągnęły, ale te należą do mniejszości, bo doprawdy - jestem serialową maniaczką. 


A nie, zaraz... Ja BYŁAM serialową maniaczką.
No bo teraz to... sami wiecie ;-)

Nie da się obejrzeć wszystkich seriali, które są tego warte, nawet jeśli ograniczymy się tylko do amerykańskich. Poza tym, badźmy szczerzy - siódmy czy dziesiąty sezon nie robi już na widzu takiego łał, jak 2-3 początkowe. Dlatego niezmiennie będę twierdzić, że o wiele lepsze wrażenie pozostawiają po sobie produkcje, których twórcy nie próbują przeciągać w nieskończoność na zasadzie "dobrze się sprzedaje, zróbmy tego więcej". I tak do znudzenia, choćby główny bohater miał trzy razy zmartwychwstać.
Mimo wszystko, większość z pozycji z poniższej listy chciałabym kiedyś obejrzeć do końca. I powiadam Wam, zrobię to. Choćby miało to być dopiero na emeryturze. 



1. Dexter

Ależ to był szał!! Krew sikała po ścianach, komponując najpiękniejsze czerwone abstrakcje, jakie nasze pokolenie widziało! Rudowłosy (?) spec od owej krwi, pracujący w departamencie policji, okazywał się seryjnym mordercą, który... ratował świat! Morderca - bohater, zabijał tylko innych, przebrzydle seryjnych i zdegenerowanych typów. "Dexter" był chyba pierwszym serialem stacji Showtime, który zdobył tak wielką popularność. Szalałam za nim i ja, ale tylko przez pierwsze trzy sezony. Szczerze mówiąc nie pamiętam, dlaczego przestałam oglądać kolejne odcinki. Żałuję i to bardzo!

A jeśli już jesteśmy przy Michaelu C. Hall'u.. Pamiętacie jeszcze jego bajeczną rolę homoseksualnego Davida - jednego z braci Fisher, prowadzących dom pogrzebowy? Według mnie był najbardziej wyrazistą postacią w Six Feet Under, choć to w Peterze Krause się podkochiwałam. Tematyka serialu była nietypowa jak na "tamte czasy" (2001-2005), bo traktowała głównie o śmierci... Nie pamiętam innej, tak odważnej produkcji, która powstałaby w tych latach.
Z tego, co pamiętam, nie udało mi się znaleźć ostatniego sezonu SFU, nad czym długo ubolewałam. Jakiś czas później niechcący przeczytałam zakończenie... No i sprawa się rypła. I było mi smutno.

3. Californication

Kolejny hit stacji Showtime i David Duchovny, w którym absolutnie do szaleństwa kochałam się jako nastolatka. W roli Hanka Moody'ego Duchovny rozwalił mnie całkowicie, w trakcie samego pierwszego sezonu straciłam przytomność z uwielbienia jakieś sto tysięcy razy, a potem coś (znowu nie wiem, co) się zadziało i kolejnych odcinków już nie obejrzałam. Łot e szejm!
Kiedyś do niego wrócę, nie tylko dla mojego ulubieńca, bo tu moją ulubioną postacią jest jednak Charlie i jego małżeńskie "perypetie".

4. Mentalista (The Mentalist)

Historia pewnego oszusta, który po stracie żony i córki postanawia dorwać mordercę. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, ale ów oszust przestaje oszukiwać, zatrudnia się w CBI (Kalifornijskie Biuro Śledcze) i mimo, że jest obłędnie inteligentny i przystojny, to żyje w celibacie.
Lubiłam. Wielbiłam. Kochałam. No ale, kurwa! Ile lat można szukać jednego Red Johna? Daję słowo, wnerwiłam się i rzuciłam Mentalistę po czwartym sezonie. Moje nerwy po prostu już tego nie wytrzymały. Przyznaję, wciąż jestem ciekawa rozwiązania zagadki i może kiedyś się pokuszę o dokończenie serialu, zwłaszcza, że prawda (podobno) wyszła już na jaw i moja ciekawość ma sporą szansę na zaspokojenie.

5. Dochodzenie (The Killing)

Najlepszy serial kryminalny, jaki kiedykolwiek widziałam. A widziałam cały jeden sezon. Nie pamiętam, co takiego się zdarzyło, że nie sięgnęłam po kolejne (skleroza?), ale mam nadzieję, że są równie mroczne i profesjonalnie zrealizowane. Serial opowiada o zabójstwie młodej dziewczyny i późniejszym śledztwie w tej sprawie, a mrocza atmosfera przenika widza do szpiku kości. Zresztą, najlepszą rekomendacją jest to, że w "The Killing" maczała palce Agnieszka Holland. Nie oglądajcie tego po ciemku.

6. Białe Kołnierzyki (White Collar)

W przypadku White Collar nie jest tak źle, bo w plecy mam tylko ostatni sezon i zamierzam go nadrobić, jak tylko me dziecko pójdzie do przedszkola lub wyjedzie na najbliższe kolonie.
Neal Caffrey jest absolutnie najbardziej charyzmatyczną serialową postacią w moim osobistym kobiecym rankingu. Błyskotliwy, przystojny, szarmancki i do tego piekielnie zdolny fałszerz dzieł sztuki współpracujący z FBI. To pierwszy powód, dla którego warto obejrzeć ten serial. Drugim powodem są świetnie napisane komiczne dialogi. W sumie trudno określić, czy to bardziej film akcji, czy dobra komedia.

7.  Homeland.

Zaczęłam oglądać, gdy TVP rozpoczęła emisję. Ale kolidował mi z innym serialem w TV ;-)))
W efekcie skończyło się na 6-7 odcinkach, ale daję słowo, że skonam, jeśli nie obejrzę. Mało który serial potrafił mnie tak zafascynować po jednym odcinku. I fantastyczna Claire Danes w roli głównej... Chyba mam już plan na najbliższy rok emerytury!

W trakcie pisania przypomniałam sobie jeszcze o co najmniej pięciu, ale dam już spokój z wydłużaniem listy. Tamte chyba nie były warte mojego cennego czasu - z ostatnimi sezonami LOST na czele. Prawda jest jednak taka, że z czasem tych tytułów będzie tylko przybywać. Nooo, chyba, że ktoś wyśle mnie na superdługie wakacje na bezludnej wyspie i podłączy mi tam zawrotnej szybkości WiFi!!






poniedziałek, 3 marca 2014

Nie do usłyszenia.

My, rodzice, mamy z reguły przegwizdane. Bezsenne noce, nieustająca troska, zbyt bujna wyobraźnia. Życzliwi mówią nam, żeby wyluzować. Zapewniają, że wszystko jest w porządku. Proszą, by dać sobie spokój z przewrażliwieniem, myśleć pozytywnie i nie dopatrywać się objawów niedomagań swej pociechy.


Mówią nam tak, bo wszyscy chcemy wierzyć, że dzieci nie mają prawa chorować. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że nieszczęście trafi akurat na najbliższe nam maleństwo. A najgorszym dla każdego koszmarem jest świadomość, że można było coś zrobić, zapobiec, przewidzieć.

O ironio, najczęściej złe wieści spadają jak grom z jasnego nieba.

Z Irkiem znamy się od dawna. Może nie jak łyse konie, ale dość dużo nocy zarwaliśmy, by opowiedzieć sobie całe biografie. Było to jeszcze przed erą naszych mężów, żon i dzieci. Teraz Irek jest tatą 4-letniego Michałka. Kilka dni temu zaczęliśmy rozmowę, pisaną. Zapytałam co słychać, licząc na typowe dla Irka żarty i wygłupy. Przeczytałam coś zupełnie innego.

- Zdrowie nam się w przedszkolu posypało. Michał słuch stracił. 

Zamarłam. Pozostawało mi tylko czytać dalej.

- Zauważyłem, że jak ja do niego mówię, to mnie słucha. Jak ryknę. A jak mówi K. to już nie.

Ufff. Jak zwykle żartuje. Wyluzowałam. Był to przejaw dość czarnego poczucia humoru, ale kamień spadł mi z serca. Dałam upust swemu rozbawieniu. I po chwili okazało się, jaką gafę popełniłam.

Michał, odkąd poszedł do przedszkola, nieustannie chorował. Angina, nieustający katar, powiększone migdały. Tydzień w przedszkolu, trzy tygodnie w domu. Taki standard jeśli chodzi o pierwsze miesiące w tego typu placówce. Każdy to przechodzi. Podczas mojego stażu w przedszkolu sama co kilka tygodni siedziałam na L4. Wszyscy zgodnie twierdzą, że trzeba przez to przejść, a potem minie. Trzymał się tego również Irek ze swoją żoną, gdy Michał po raz kolejny wracał do domu z katarem.

To, że dziecko w wieku przedszkolnym  nie reaguje, gdy się do niego mówi, nie jest czymś dziwnym. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z charakternym malcem. Michałek reagował jedynie, gdy się do niego krzyknęło. Mały urwis. Sama taka byłam, mogłam ignorować powtarzane mi prośby i zakazy do skutku, czyli do pierwszego podniesienia głosu przez mamę.

Rodzice Michała zorientowali się, że przyczyną braku reakcji może być coś innego niż ignorancja, dopiero po pewnym czasie. I to zupełnym przypadkiem. W ramach eksperymentu.
Podczas rozmowy z synkiem Irek zakrył kartką swoje usta. Mały nie zrozumiał mówionych do niego zdań. Okazało się, że już od jakiegoś czasu zamiast słyszeć słowa, wyczytuje je z ruchu warg.

Nie wiadomo, co tak naprawdę spowodowało niedosłuch u dziecka. Prawdopodobnie cholerny katar, który zdarza się większości maluchów. Od tego już niedaleko do ropnego zapalenia uszu. Niestety, mimo leczenia farmakologicznego, potrzebna jest operacja. Czas oczekiwania to okrągły rok. A miesięczne leczenie wynosi około 1000 zł. Na szczęście leczenie przynosi skutki, Michał robi postępy, bywają lepsze i gorsze dni. Szansa na wyleczenie jest duża, bo rodzice zareagowali w samą porę. 

Cała ta historia szalenie jednak mną wstrząsnęła. Katar. Zwykły katar. Jak bardzo trzeba być uważnym, jak dokładnie obserwować dziecko. Nawet takie, które potrafi powiedzieć, że boli je ręka, ząb lub głowa. 
Trzeba mówić, słuchać i patrzeć.

Bo ono nie powie, że nie słyszy. 

niedziela, 2 marca 2014

Share Week po mojemu.

Share Week to wspaniała inicjatywa Andrzeja Tucholskiego z jestKultura.pl, który co roku poleca swoim czytelnikom najlepsze jego zdaniem blogi i vlogi. Co więcej, Andrzej zachęca czytelników, aby przyłączyli się do akcji i polecali strony swoich ulubionych blogerów. I ja wybrałam moje najukochańsze.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi brak opisu - ciekawych odsyłam do wpisu "Moje" miejsca w blogosferze, ponieważ cztery z pięciu poniższych blogów znalazły się i w tamtym zestawieniu, wraz z krótkimi opisami właśnie.


Oto moja Gorąca Piątka:


















Jeśli macie ochotę, możecie przyłączyć się do akcji - na własnych blogach lub w komentarzach. Zostawcie namiary na Wasze ulubione miejsca w blogosferze! Niech dowie sie o nich Świat!

sobota, 1 marca 2014

11 miesięcy!

Waga: ok. 10 kg
Wzrost: jedna wielka niewiadoma!
Rozmiar ubranek: 80-86
Zęby: 3



To był piękny miesiąc. Sporo się zdarzyło, zaskoczyło, sprawiło radość. Za nami chwile tęsknoty, łzy radości, pierwsze tak długie rozstanie związane z naszą podróżą do Izraela. Co ciekawe, Gaba zniosła tę rozłąkę o wiele lepiej niż ja, a na nasz powrót zareagowała tak entuzjastycznie, że postawiła jedne z pierwszych samodzielnych kroków.
Pięknie ustabilizował nam się rozkład dnia, pory spania i jedzenia. Drzemka w ciągu dnia obowiązuje jedna, w przedziale czasowym 11-14 (najczęściej jest to ok.1,5 godz.), nocne spanie od 20 do 7 i pięć posiłków w ciągu dnia. Nie będę ukrywać, że ogromna jest w tym zasługa gabrysiowej Babci, która podczas naszego wyjazdu wypracowała ten rytm. Dzięki za to, Mamo! ;-)
Pozytywnym zaskoczeniem jest też nagły przypływ maksymalnie pogodnego usposobienia naszej pociechy. Mała maruda zrobiła sobie wakacje, i bardzo dobrze - niech nie wraca zbyt szybko!


A oto nasze lutowe hity:

  • Chodzenie! Za rączki dwie, za rączkę jedną i w końcu całkowicie samodzielnie. Z każdym dniem coraz dalej, coraz dłużej - w chwili obecnej Gabi udaje się przejść przez cały pokój.
  • Jedzenie chlebka. Najlepiej z masłem i koniecznie z całej kromki. Nasza mała smakoszka sprawia to wielką radośćszaleje za pieczywem, a trzy ząbki doskonale radzą sobie z jego rozdrabnianiem. 
  • Nocnikowanie. Dość regularne, w 90%-ach z oczekiwanym skutkiem. Najlepszy towarzysz nocnika to książka lub gazeta ;-)
  • Dzieci i psy. Dwa obiekty wielkiej fascynacji naszego szkraba. Spacery nie obędą się bez pisków radości, gdy w pobliżu znajduje się jakiś maluch lub spacerujący psiak. Radość na maxa!

Dziś wkraczamy w ostatni miesiąc niemowlęctwa Gaby. Za chwilę zapłonie na torcie pierwsza świeczka. Magiczne uczucie we mnie kiełkuje, gdy o tym myślę...

piątek, 28 lutego 2014

Masturbator z odkurzacza.

Taką właśnie frazę znalazłam ostatnio w rubryce "wyszukiwane słowa kluczowe" w bloggerowych statystykach. Nie, nie, nie przecierajcie zdumionych oczu. Dobrze przeczytaliście tytuł. Masturbator z odkurzacza na blogu parentingowym. Obok niemowlęcych kupek, przecierów jabłkowo-bananowych i macierzyńskiej bezinteresownej miłości.
Skandal! Patologia! Chyba zapadnę się pod ziemię w swojej pruderyjności. Albo prędzej mnie odkurzacz wessie, do końca. 

Zaciekawiła mnie ta fraza. Niewiele myśląc, wpisałam ją w swojego osobistego Pana Googla i szlag mnie jasny trafił. No co? Nie miał prawa?


Jak Wy sobie wpiszecie to też Wam wyskoczy! A wszystko przez jedną Katarkową recenzję. 

Ja do masturbatorów nic nie mam. Ale gryzło mi się to z wizją i misją bloga, tak więc chodziłam, myślałam i w końcu wychodziłam i wymyśliłam. Czas, by poszerzyć działalność, poszaleć z tematyką i wyjść w końcu z tych pieluch, bo dzieć mi już dorasta, biega po mieszkaniu i całkiem sprawnie korzysta z nocnika. Nie zdziwcie się więc, gdy przyjdzie Wam czytać o szaleńcach, lakierach do paznokci i nawróconych prostytutkach. No dobra, z tymi lakierami to już przesadziłam. Ale cała reszta jest możliwa.

Gabulec się zgodził. Nie za darmo oczywiście, bo musiałam przekupić ją chałką z masłem, ale po drugiej kromce przestała protestować. Także sprawa się rypła. 

To teraz chcecie post o zabawkach erotycznych, czy mam napisać coś więcej o tym odkurzaczu?

czwartek, 27 lutego 2014

To nie jest dziecko na nasze nerwy.

Czy masz ostatnio wrażenie, że Twoje dziecko marudzi bez powodu? A może takie marudzenie trwa od dłuższego czasu? Stań przed lustrem i spójrz sobie w oczy. To w Tobie może tkwić problem.


Sprawdziłe(a)ś już wszystko. To nie skok rozwojowy, to nie zęby, to nie przeziębienie ani alergia. Twoje dziecko jest najedzone, wyspane i przewinięte. Powinno być wcieleniem radości i beztroski! Natomiast przed Tobą siedzi, leży, stoi, chodzi, raczkuje i/lub pełza mała maruda. Uśmiech pojawia się na tej małej buzi dość rzadko. A jeśli już, to na krótko. Płacze, krzyczy, niecierpliwi się i kłóci z Tobą. I na co drugie zdanie reaguje negatywnie. Coś mu jest!

A co jest Tobie?


Źródło


Zauważyliście, ile razy padła już w tym tekście odmiana zaimka "ty"? No właśnie... Bo ten post wcale nie traktuje o Twoim dziecku, a o emocjach, które mu przekazujesz.

Twoja latorośl doskonale odczuwa Twoje emocje, nastroje, humory. Tak, fochy, smutki i wkurwienie też. Nie ukryjesz tego przed nim. Ono wie. Bo jest częścią Ciebie i jest człowiekiem, a rozumie o wiele więcej, niż możesz przypuszczać. Ja o tym już wiem, bo niestety, dość dotkliwie tę dziecięcą rozumność odczułam.

Przytoczę Ci pewien przykład z naszego życia rodzinnego. Jakiś czas temu mieliśmy ze Ślubnym wyjątkowo trudny czas, jak to w małżeństwie. Tym razem jednak negatywnych emocji między nami było naprawdę sporo, atmosfera była tak gęsta, że w powietrzu można było pranie wieszać. O ironio, nasze pogodne, uśmiechnięte dziecko, było w tych dniach potwornie marudne. Nie pasowało jej nic - ani zabawy, ani jedzenie, ani nawet noszenie na rękach. Podejrzewałam już wtedy, co jest przyczyną takiego zachowania. Pewności nabrałam w momencie, gdy milczący do tej pory Ślubny zawołał Gabę, chcąc się z nią pobawić. I wiecie co? Nie chciała się zbliżyć na odległość mniejszą niż metr.

Kilka godzin później, gdy kryzys został ostatecznie zażegnany, dziecko nasze zobaczyło tatę i z okrzykiem radości poraczkowało wprost w jego ramiona. Zachowanie córki zmieniło się diametralnie. Oboje przeżyliśmy niezły szok. 

No cóż.. Jeśli chcesz mieć w domu pogodnego malucha, po prostu nie możesz być nerwowy(a). Nie twierdzę, że jest to łatwe - wyszłabym na kłamczuchę i hipokrytkę. Tego po prostu trzeba się nauczyć, bo odrobina luzu jest niezbędna, dla Waszego wspólnego dobra. Maluch będzie radosny i zadowolony, a Ty, o dziwo, będziesz mieć więcej spokoju i czasu dla siebie. Staraj się tylko myśleć pozytywnie, dużo i szczerze uśmiechać, mówić do dziecka głosem pełnym radości. A gdy się z nim bawisz, rób to całą(ym) sobą, nie myśl wtedy, że ziemniaki trzeba obrać i wyprasować stertę ubrań. Niech to będzie mentalny odpoczynek i dla Ciebie.

Wiem, że to brzmi jak wywód Superniani, której zresztą nie trawię, ale.. no cholera, to działa! Dziecię moje osobiste było testerem i może potwierdzić.

Aaaa! I jeszcze jedno! Gdyby Ci przypadkiem przyszło do głowy, żeby zaplanować sobie dzień i ściśle trzymać się tego planu, a przy okazji stresować się prosząc w duchu własne dziecko, by było grzeczne i odbyło dłuższą drzemkę - wiedz, że prawie na pewno zaliczysz porażkę. Malucha oszukać się nie da. On wie, że coś się dzieje!

środa, 26 lutego 2014

Seks nas już nie kręci.

Pamiętacie jeszcze te lata, gdy seks był tematem tabu i szeptało się o nim na ucho na szkolnych potańcówkach, przytaczając durne, ale za to pobudzające wyobraźnię teksty z Bravo i Bravo Girl? Pamiętacie to uczucie, gdy z wypiekami na twarzy pochłanialiście wzrokiem każdą scenę erotyczną z oglądanych w tv filmów?


Był taki czas, gdy o seksie nie mówiło się głośno i bez pordonu. I na ten właśnie czas przypadło moje dzieciństwo i okres dojrzewania. To były ostatnie podrygi świata bez powszechnego dostępu do Internetu i włażących każdemu do łóżka, przesyconych kiczowatą erotyką tabloidów. Pamiętam moment, gdy przyjaciółka wyznała mi podczas podróży szkolnym autobusem, że ma już za sobą swój pierwszy raz. Obie miałyśmy wtedy po szesnaście lat. Mimo, że znałyśmy się już od dziesięciu i wiedziałyśmy o sobie wszystko, ona i tak była lekko onieśmielona, a ja zszokowana.

Źródło

Wspominam te czasy i zastanawiam się, czy dziś kogoś jeszcze temat seksu zawstydza?

Wygląda na to, że obecnie powodem do skrępowania w środowiskach szkolnych jest jedynie dziewictwo. O ile takowe jeszcze w ogóle istnieje. Bo teraz nazywa się to już zupełnie inaczej. Owszem, młodych erotyka fascynuje i kręci, ale przez pryzmat "kto więcej i lepiej", mało kto bawi się w romantyzm i miłosne rozterki.

A co z tymi, którzy dorastanie i pierwsze doświadczenia mają już dawno za sobą? No właśnie. Tych seks już nie kręci. Tak zwyczajnie, po prostu. Bo nie ma czasu, nie ma siły, nie ma chęci. Bo dziecko nie śpi, bo łóżko skrzypi, bo już po północy. Bardziej pożądana jest dziś ciekawa książka na dobranoc, kolejny odcinek serialu, przegląd najnowszych kolekcji na stronach www sieciówek odzieżowych. Po co im seks? Z tym jest przecież tyle kłopotu!

W dodatku wszędzie go pełno. Wystarczy wejść na jakikolwiek serwis internetowy. Cycki, cycki, cycki, ta wyszła z domu bez stanika, a tamta bez majtek. Któryś z aktorów zarwał na imprezie panienkę i pojechał z nią do hotelu. W sumie szkoda, bo gdyby zaciągnął ją w pierwszą lepszą bramę, czytalibyśmy o tym przez co najmniej dwa miesiące. Erotyka, w najgorszym tego słowa znaczeniu, jest dziś wszędzie. I zamiast kręcić - zwyczajnie zniechęca. Zmęczenie materiału dopadnie prędzej czy później każdego, o ile nie jest seksualnym dewiantem. 

Nie mówcie więc, że nie ma czego zazdrościć naszym rodzicom i dziadkom.



wtorek, 25 lutego 2014

Jak się wyspać przy niemowlaku.

Każdej kobiecie w ciąży, prędzej czy później radzą: "wyśpij się na zapas, bo potem nie będzie już na to czasu!". I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Niektóre świeżo upieczone mamuśki narzekają na brak snu przede wszystkim w pierwszych tygodniach/miesiącach po porodzie. U mnie było zupełnie odwrotnie. Gaba potrafiła obudzić się w nocy jeden, może dwa razy, a po porannym karmieniu uciąć sobie drzemkę trwającą nawet do południa. I tak przez pierwsze 3-4 miesiące.


Źródło

Tak naprawdę przestałam wysypiać się dopiero w drugim półroczu życia mego dziecka - po prostu pory snu jakoś dziwnie nam się  teraz mijają... I fakt - dopóki trwa macierzyński, jakoś idzie sobie z tym poradzić. Jednak wkrótce pyknie roczek, niemowlę przestanie być niemowlęciem (przynajmniej z nazwy) i do pracy trza będzie wrócić, a w tej pracy umysł mieć świeży i zdolny do myślenia.

Założę się, że wśród osób czytających ten tekst jakieś 85% marzy o choć jednej, solidnie przespanej nocy. Pomarzcie sobie! Szybko Wam się to nie zdarzy! 
Można za to jakoś pokombinować, żeby ziewać trochę rzadziej i choć częściowo przypominać człowieka, a nie matkę-zombie. Dlatego stworzyłam dla Was krótki poradnik śpiocha-kombinatora. 

1. Kawa, kawa, kawa. Zrób sobie kroplówkę z kawy. Z pewnością poczujesz się jak nowonarodzona. I senność odejdzie bezpowrotnie - najprawdopodobniej wtedy, gdy wieczorem położysz głowę na poduszce.

2. Jeśli jednak kawa nie pomoże, a Ty potrzebujesz prawdziwego SNU - nie pierz, nie sprzątaj, nie gotuj - prześpij się. Skorzystaj z południowej drzemki dziecka. Jest pewna szansa, że potrwa trochę dłużej niż 15 minut. A na obiad zamów facetowi pizzę. Zobaczysz, jak się ucieszy.

3. Gdy już zobaczysz, że maluch się obudził, a Ty nadal leżysz w łóżku - udawaj, że śpisz. Może się nabierze. Może przestanie krzyczeć, budząc wszystkich sąsiadów. Może nie zapuka do drzwi opieka społeczna, wezwana przez zaniepokojonego przechodnia, słyszącego nawoływania Twej pociechy. Być może łóżeczko wytrzyma kopanie, próby wyrwania szczebli i odgryzienia ochraniaczy. Świat przecież nie może być aż tak okrutny.

4. W dzień wolny od pracy zrzuć na Twą drugą połówkę matczyne obowiązki. Niech też się trochę wykaże i zabierze powód niewyspania z domu. Najlepiej już o świcie, byś miała szansę przespać poranek. Jeśli mąż/narzeczony/facet/kolega będzie protestować, zaszantażuj go emocjonalnie, a najlepiej zagroź brakiem seksu z powodu skrajnego wycieńczenia. Musi zadziałać.

5. Sprzedaj dziecko. To znaczy - oddaj. To znaczy - chwilowo tylko, spokojnie. Niech je dziadkowie porozpieszczają, niech sobie przypomną, jak to jest, niech sprawdzą, czy te wszystkie ich złote rady naprawdę działają w praktyce! Jak myślisz - kto komu da bardziej popalić?

A jeśli wszystkie te rady zawiodą, to zagraj tak, jak robią to mężczyźni i po prostu idź do pracy. Wyłącz telefon, ułóż się w kąciku, na biurku, czy gdzie tam jeszcze chcesz, owiń się kocem i śpij. Może szef się nad Tobą zlituje. A jeśli nie... No cóż... Pozostaje Ci czekać, aż Twoja pociecha zacznie chodzić do szkoły. Wtedy z pewnością odechce malcowi porannego wstawania!

poniedziałek, 24 lutego 2014

Nie wracaj!

Do nas przyszła już wiosna. Na dobre. Ostatecznie. Dokonało się to w chwili, której przyniosłam do domu pierwsze w tym roku tulipany.































Tak więc spacerujemy, łapiemy słoneczne promienie i ślinka nam cieknie na samą myśl o wiosnennych pysznościach. Jaka to będzie frajda w zajadaniu świeżych warzyw i owoców z babcinego ogródka!!




























Dlatego apelujemy: Zimo, nie wracaj!!