Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie dziecka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2014

Nie do usłyszenia.

My, rodzice, mamy z reguły przegwizdane. Bezsenne noce, nieustająca troska, zbyt bujna wyobraźnia. Życzliwi mówią nam, żeby wyluzować. Zapewniają, że wszystko jest w porządku. Proszą, by dać sobie spokój z przewrażliwieniem, myśleć pozytywnie i nie dopatrywać się objawów niedomagań swej pociechy.


Mówią nam tak, bo wszyscy chcemy wierzyć, że dzieci nie mają prawa chorować. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że nieszczęście trafi akurat na najbliższe nam maleństwo. A najgorszym dla każdego koszmarem jest świadomość, że można było coś zrobić, zapobiec, przewidzieć.

O ironio, najczęściej złe wieści spadają jak grom z jasnego nieba.

Z Irkiem znamy się od dawna. Może nie jak łyse konie, ale dość dużo nocy zarwaliśmy, by opowiedzieć sobie całe biografie. Było to jeszcze przed erą naszych mężów, żon i dzieci. Teraz Irek jest tatą 4-letniego Michałka. Kilka dni temu zaczęliśmy rozmowę, pisaną. Zapytałam co słychać, licząc na typowe dla Irka żarty i wygłupy. Przeczytałam coś zupełnie innego.

- Zdrowie nam się w przedszkolu posypało. Michał słuch stracił. 

Zamarłam. Pozostawało mi tylko czytać dalej.

- Zauważyłem, że jak ja do niego mówię, to mnie słucha. Jak ryknę. A jak mówi K. to już nie.

Ufff. Jak zwykle żartuje. Wyluzowałam. Był to przejaw dość czarnego poczucia humoru, ale kamień spadł mi z serca. Dałam upust swemu rozbawieniu. I po chwili okazało się, jaką gafę popełniłam.

Michał, odkąd poszedł do przedszkola, nieustannie chorował. Angina, nieustający katar, powiększone migdały. Tydzień w przedszkolu, trzy tygodnie w domu. Taki standard jeśli chodzi o pierwsze miesiące w tego typu placówce. Każdy to przechodzi. Podczas mojego stażu w przedszkolu sama co kilka tygodni siedziałam na L4. Wszyscy zgodnie twierdzą, że trzeba przez to przejść, a potem minie. Trzymał się tego również Irek ze swoją żoną, gdy Michał po raz kolejny wracał do domu z katarem.

To, że dziecko w wieku przedszkolnym  nie reaguje, gdy się do niego mówi, nie jest czymś dziwnym. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z charakternym malcem. Michałek reagował jedynie, gdy się do niego krzyknęło. Mały urwis. Sama taka byłam, mogłam ignorować powtarzane mi prośby i zakazy do skutku, czyli do pierwszego podniesienia głosu przez mamę.

Rodzice Michała zorientowali się, że przyczyną braku reakcji może być coś innego niż ignorancja, dopiero po pewnym czasie. I to zupełnym przypadkiem. W ramach eksperymentu.
Podczas rozmowy z synkiem Irek zakrył kartką swoje usta. Mały nie zrozumiał mówionych do niego zdań. Okazało się, że już od jakiegoś czasu zamiast słyszeć słowa, wyczytuje je z ruchu warg.

Nie wiadomo, co tak naprawdę spowodowało niedosłuch u dziecka. Prawdopodobnie cholerny katar, który zdarza się większości maluchów. Od tego już niedaleko do ropnego zapalenia uszu. Niestety, mimo leczenia farmakologicznego, potrzebna jest operacja. Czas oczekiwania to okrągły rok. A miesięczne leczenie wynosi około 1000 zł. Na szczęście leczenie przynosi skutki, Michał robi postępy, bywają lepsze i gorsze dni. Szansa na wyleczenie jest duża, bo rodzice zareagowali w samą porę. 

Cała ta historia szalenie jednak mną wstrząsnęła. Katar. Zwykły katar. Jak bardzo trzeba być uważnym, jak dokładnie obserwować dziecko. Nawet takie, które potrafi powiedzieć, że boli je ręka, ząb lub głowa. 
Trzeba mówić, słuchać i patrzeć.

Bo ono nie powie, że nie słyszy.