poniedziałek, 10 lutego 2014

Czas próby.

Jutro będzie wielki dzień. Trudny dzień. I niby powinien być radosny i pozytywny, a będzie mi bardzo smutno.
Zostawiam Was na niemal tydzień, lecimy sobie, daleko ;-) Do ciepła, do Słońca, do istnej mieszanki kultur i wyznań. Lecimy ze Ślubnym we dwoje. Gaba z dziadkami. Teraz śpi spokojnie i chyba jeszcze nie jest świadoma, że czeka nas pięciodniowa rozłąka.

To nie pierwszy taki wyjazd, nie pierwszy raz, gdy dzieć nasz zostaje na kilka dni pod opieką dziadków. Ale teraz będziemy tak daleko. A sam sms w roamingu kosztuje stamtąd tyle, co u nas pół godziny rozmowy. Echhh... Ciężko mi na sercu i już tęsknię. Choć wiem, że nie powinnam!

Trzymajcie kciuki! Pliiis!

P.S. Aaaaaa tak sobie pomyślałam, że możecie strzelać, gdzie będziemy odpoczywać ;-)
Dla osoby, która jako pierwsza udzieli poprawnej odpowiedzi, na pewno coś będę miała w prezencie. Ale nie wiem, jeszcze co ;))
Tylko Przewijka nie może strzelać, bo ona wie o wszystkim :P

niedziela, 9 lutego 2014

Do kogo jestem podobna?

Nie da się uniknąć tego pytania. Nie da się uniknąć porównywania, domysłów, analiz. Już od pierwszych chwil życia dziecka wszyscy wokół zastanawiają się do kogo jest/będzie podobne. 
A najczęściej podobno jednak do listonosza. Ale ciiii....

Z założenia nie lubię tego typu historii. Uważam, że każdy jest jedyny i unikalny. A, że jest mieszanką genów... No cóż, tego się nie wybiera ;-)
Natomiast jeśli chodzi o samo podobieństwo fizyczne do rodziców, to z doświadczenia wiem, że co człowiek, to inny pogląd. Doskonale pamiętam, jak ja pytałam mamę i tatę: "do kogo jestem podobna?". Mama odpowiadała, że do taty. Tata twierdził, że do mamy. Zdanie taty podziela 3/4 mojej rodziny. A mama cały czas się tego podobieństwa wypiera...;-)

Wydaje mi się jednak naturalne to, że rodzic szuka w swoim dziecku siebie. Choćby małego szczegółu, który wywoła ciepło w sercu.  To niesamowite uczucie, widzieć, że mała istotka została stworzona choć trochę na nasze podobieństwo. Urosnąć można do sufitu. Nawet, jeśli startuje się z poziomu 162 cm.

Patrzę dziś na zdjęcie Gaby i na moje stare fotografie z okresu jeszcze niemowlęcego. Coś mi mówi, że córki się nie wyprę, ale na bank jestem totalnie subiektywna. Podobno Gaba to tatowa kopia. 



A Wasze dzieci do kogo są podobne? ;-)

sobota, 8 lutego 2014

O pediatrach i tym podobnych lekarzach.

"Lekarzu, ulecz się sam!" - chyba każdy to zna i czasem choć w myśli powtarza. Bo na dobrego doktorka trafić trudno. Pal sześć, jeśli chodzi o nas samych. Natomiast, gdy choruje dziecko, wymagamy od człowieka, który je bada, diagnozuje i przepisuje leki, by był kompetentny, zaangażowany i przede wszystkim wrażliwy na maluszkowe nieszczęście. Jaka bywa rzeczywistość - wszyscy wiemy. Dziś opiszę Wam przypadek szczególny, ewenement jakich mało. Szkoda tylko, że w negatywnym tego słowa znaczeniu. Do dziś bowiem nie możemy się ze Ślubnym otrząsnąć z tego, co nas spotkało i tak naprawdę to próbujemy wmawiać sobie, że to był tylko jakiś durny sen.


Wspominałam już Wam kiedyś o tej przedziwnej "pani dr". Lekarka utytułowana, na oko - przed siedemdziesiątką, więc możnaby rzec, że doświadczona ogromnie. Nie dość, że pediatra, to specjalista nefrolog. Byliśmy więc zadowoleni, że ktoś taki przyjdzie obejrzeć Gabę na wizycie patronażowej. Niestety, nasz entuzjazm zniknął wkrótce. Kobiecina weszła, krótko pozachwycała się nad dwutygodniową kruszynką i przystąpiła do wygłaszania kazania. 
Na pierwszy ogień poszedł przewijak. O zgrozo! Przewijak został umieszczony na łóżeczku! Dziecko się udusi, nie ma przewiewu, nie ma powietrza, przewijak out!!! Próby tłumaczenia, że przecież przewijak umieszczony jest w tej części łóżeczka, w której dziecko NIE ŚPI (wiadomo - materac ma 120 cm długości, noworodek - max. 60), tylko rozsierdziły kobitę. 

A to był jedynie wstęp do dalszych "złotych rad".

Czas był wtedy taki, że Gabie zaczynał się pojawiać trądzik niemowlęcy. Teraz już oczywiście o tym wiem, jednak jako świeżo upieczona mama w połogu nie miałam zielonego pojęcia i każda krostka na buzi Młodej napawała mnie przerażeniem. Podzieliłam się więc obawami z "osobą kompetentną". Radę otrzymałam natychmiast: "proszę przemywać buzię spirytusem".
Podobne zalecenie dotyczyło odparzeń pod paszkami. Spirytusem! Odparzenia! Wtedy już myślałam, że wyjdę z siebie.
A pani dr pogodna, uśmiechnięta, zadowolona z siebie odebrała wtedy telefon, który nieopatrznie zadzwonił w jej torebce. Telefon prywatny, a jakże! I chyba solidnie kleiła się rozmowa, bo przez 20 minut wysłuchiwaliśmy opowieści z prywatnego życia naszego gością, który najzwyczajniej w świecie rozsiadł się w naszym fotelu.

Na całe szczęście po godzinie "wizyta patronażowa" dobiegła końca.

Spirytus oczywiście nie znalazł się w naszej apteczce.

Jednak nie był to koniec moich przygód z ową pediatrą. Niestety.

W trzecim miesiącu życia Gaby na sile zaczęły przybierać objawy typowe dla alergii na białko mleka. Suche, czerwone policzki i łokcie, sucha skóra na całym ciele, luźne, śluzowate kupki... Nie chciałam panikować i co rusz biegać do lekarza, jednak, gdy zobaczyłam w kupie dziecka żyłki żywej krwi, ani w głowie było mi dłużej czekać. Pobiegłam do przychodni tego samego dnia, nie patrząc na to, który lekarz przyjmuje.
I trafiłam na moją starą (no wybaczcie, młoda nie jest...) "znajomą".

Diagoza brzmiała następująco:
- zmiany na policzkach to grzybica
- dziecko jest niedomyte (!!!) w okolicach intymnych i to jest powodem "brzydkich" kupek
- jeśli chodzi o żyłki krwi i bóle brzuszka, to ona nie wie, skąd się wzięły... "może pani coś zjadła".
- na pytanie o mleko w mojej diecie, rada była "jeść jak najwięcej!"

Zalecono nam:
- pimafucort (silna maść przeciwgrzybicza) na policzki
-  rivanol do przemywania okolic intymnych 
oraz... przemycie buzi spirytusem.

Jak tak teraz o tym myślę, zastanawiam się nad głębszym sensem powtarzającego się motywu alkoholowego... To by w sumie wszystko tłumaczyło..

Oczywiście wkrótce okazało się, że dzieć ma skazę białkową i musiałam odstawić cały nabiał, a niedługo po tym do mojego mleka dołączył bebilon pepti. Zmiany na buzi zniknęły tylko dzięki eliminacji alergenu i kremikowi do skóry atopowej, a problemy brzuszkowe nie potrzebowały ingerencji ze strony rivanolu (co ma w ogóle jedno do drugiego, ja się pytam???).  Pani dr unikamy zaś do tej pory jak tylko możemy, choć jest jedynym lekarzem, który bada dzieci przed szczepieniem. 

Zastanawia mnie jedno. Ilu dziecom może zrobić krzywdę taki lekarz? Tym razem trafiło na naszą dwójkę, z której jedno jest magistrem farmacji, a drugie lubi pogłębiać swą laicką wiedzę medyczną. Najmłodszymi rodzicami też w końcu nie jesteśmy. Potraktowaliśmy te "złote rady" jako kiepski żart. 
Jeśli jednak taki lekarz wyda podobne zalecenia młodziutkim, niczego nie świadomym rodzicom, którzy bezgranicznie ufają temu, co starszy, doświadczony specjalista mówi - co wtedy? Co wtedy, ja się pytam!!


czwartek, 6 lutego 2014

Przerywnik Muzyczny #1

Pierwszy odcinek zapowiadanego już jakiś czas temu cyklu muzycznego postanowiłam poświęcić ścieżce dźwiękowej do mojego ukochanego serialu - "Grey's Anatomy". Serialu pod względem muzycznym totalnie wyjątkowego. 

Dlaczego?

Wystarczy wspomnieć o tym,  że każdy pojedynczy odcinek (a powstało ich już ok. 220) zainspirowany jest jedną piosenką. Daje o tym znać przede wszystkim tytuł, fabuła "kręci się" wokół przesłania, jaki ów tytuł niesie. Do każdego odcinka powstaje osobna ścieżka dźwiękowa... I naprawdę warto zwrócić na nią uwagę, bo czasem bywa ona na wyższym poziomie niż sam serialowy odcinek ;-)

Doprawdy, można się zainspirować.

Źródło
Kilkoma z tych, które szczególnie zapadły w moją pamięć, chcę się dziś z Wami podzielić. Pominęłam Coldplay, Adele, Duffy czy Snow Patrol, bo dziś to już żadne muzyczne odkrycie - raczej klasyka ;-). Przedstawiam Wam za to faceta, który z moich oczu wycisnął niejedną łzę. Nazywa się Greg Laswell i jest specem od rzewnych ballad. 


Oczywiście, w Grey's Anatomy najpiękniejsze są właśnie delikatne, pełne ładunku emocjonalnego utwory.
Do moich ulubionych, mimo upływu lat, wciąż należą Ida Maria - Keep Me Warm oraz Katie Herzig - Holding Us Back
Bywa też rockowo i nadzwyczaj pięknie. Znacie Thirteen Senses - Into The Fire ? Kojarzy Wam się Until June - In My Head ? Subtelnie brzęczące w głowie brzmienia, idealny akompaniament na dni bardziej refleksyjne, chwile z niespokojnym umysłem i rozhulanymi emocjami.

Ale żeby nie było tak poważnie i bądź, co bądź, smutno - na koniec jeden z najbardziej pozytywnych kawałków, jaki słyszałam. I dlatego zamieszczam, jako filmik. Niech odezwie się ktoś, komu nie Ben nie poprawi humoru ;-) Enjoy!





poniedziałek, 3 lutego 2014

Mamfia, czyli Mafia Mam ;-)

Wczoraj, po dwunastu tygodniach działań, zakończył się Projekt Samo_się. Był uroczysty finał, były wzruszenia i gratulacje, była zapowiedź edycji wiosennej Projektu. Teraz przyszedł czas na odpoczynek.
Ale jeśli myślicie, że odpoczniecie sobie od pomysłów duetu Kinga Mak + Przewijka, to już Was wyprowadzam z błędu!! Bo jeszcze w listopadzie, tak siłą rozpędu, stworzyłyśmy w naszych głowach zarys zupełnie nowego projektu. I dziś właśnie chcę napisać kilka słów o tym "nowym", które nadeszło ;-)

Swoją drogą, trzeba mieć chyba coś w rodzaju mentalnego ADHD, żeby nie móc żyć sobie w spokoju, a ciągle coś tworzyć i kombinować. Pomysły sypią się jak z rękawa, zapewne zbudowałybyśmy nawet wieżowiec w centrum jakiejś zapadłej wsi, gdyby tylko pozwoliły nam na to: czas i finanse.

Wieżowca jednak nie będzie. Jest za to takie miejsce, które działa już pod adresem http://mafia-mam.blogspot.com/. Nazywa się Ma(m)fia. Tak tak, skojarzenie jest oczywiste. Mafia Mam. Czyli nasza i Wasza klika!





MAMFIA to takie własne miejsce mam - blogerek, stworzone dla nas i przez nas. Miejsce spotkań, relaksu, edukacji. Miejsce, do którego zapraszamy Cię bardzo serdecznie! Chcemy, abyś i Ty poczuła się u nas dobrze i komfortowo!

Zapraszamy Was serdecznie do współtworzenia tej strony. Można napisać artykuł, pokazać światu swoje rękodzieło, napisać tutorial z szycia - zabawki, ubranka, wszystkiego! Można też  po prostu zajrzeć, poczytać i zrelaksować się z filiżanką kawy w dłoni.

Chętnych do współtworzenia Mamfii prosimy o kontakt mailowy na adres redakcja.mamfia@gmail.com.
Jesteśmy także na Facebooku ---> https://www.facebook.com/Mammfia .

P.S. Jeśli masz ochotę do nas dołączyć i umieścić na swoim blogu poniższy banerek, proszę bardzo! Wyjątkowo można kopiować ;-)


sobota, 1 lutego 2014

10 miesięcy!

Waga: ok. 9500g
Wzrost: 75-76 cm
Rozmiar ubranek: 80
Zęby: 2 ( i 2 kolejne "w drodze")

Pierwszy "dwucyfrowy" miesiąc za nami ;-) Szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy minął, dlatego chyba zacznę
już przygotowania do imprezy roczkowej, bo inaczej nie zdążę nawet tortu zamówić ;-)
W styczniu różnie nam było - istna sinusoida. Były noce i dni z gorączką, były całodniowe marudzenia i nocne przerwy w spaniu trwające 2-3 godziny, w końcu był też kolejny skok rozwojowy (według mego mniemania), a to wszystko zakończyło się chwilowym powrotem do dobrego humoru i ogólnego spokoju.
Gaba ma już oba dolne siekacze, górne w drodze i wciąż ślini się na potęgę. Chyba ząbki przypomniały sobie, że już czas najwyższy pokazać się światu i teraz ruszyły w zmasowanym ataku...

A poza tym:
  • Mowa rozwija się u dziecia w tempie zastraszającym - mamy więc "mama", "tata", "baba", "dziadzia"
    (czasem), "DAJ!!!", "siiiii", "heeee", "błeeee", "gaaa" i "geeee", oraz dziesiątki niezrozumiałych dla najwprawniejszego ucha neologizmów, które córka mruczy sobie pod nosem tudzież wykrzykuje z zachwytem w stronę różnych przedmiotów.
  • Obiektem fascynacji stała się ostatnio pielucha umieszczona na jej własnej pupie. Nagle okazało się, że potrafi pokazać, że zrobiła kupkę lub pampers jest stanowczo zbyt przepełniony. Najczęściej krzyczy przy tym "siii" lub "błeee" ;-)
  • Któregoś dnia tak po prosty zaczęła się przytulać i dawać buziaczki. Nam, zdjęciom, zabawkom. Jednak największym uczuciem darzy jednego pluszowego misia. Może przytulać go bez końca.
  • Bardzo dobitnie złości się i protestuje, gdy słyszy "nie wolno" lub gdy ciekawy przedmiot nagle znika z jej pola widzenia. Urządziła już nawet kilka histerii rodem z opowieści o buncie 2-latka...
  • Pory spania coraz bardziej się klarują - najczęściej jest to jedna drzemka w ciągu dnia (mniej więcej od 12 do 14) i nocne spanie w godzinach od 20-21 do 7-8 rano. Jeśli drzemki w ciągu dnia są dwie to mamy nocny problem (wojowanie co najmniej do północy...).
  • Fascynują ją: odkurzacz, żelazko, deska do prasowania, kwiatki doniczkowe. Plus wszystkie guziczki, śrubki i dziurki.
  • Wspina się na fotele i tapczan. I całe szczęście, powoli uczy się z nich schodzić.
  • Przy meblach śmiga na dwóch nóżkach, z pchaczem niemal biega...
  • ...co sprawia, że słysząc dzwonek domofonu momentalnie znajduje się przy drzwiach i za każdym razem jest bardzo zawiedziona, jeśli nie zjawia się w nich tata ;-)

Ojojoj! Ale się narobiło!!

Mam wrażenie, że teraz czekają nas już samodzielne pierwsze kroki...ale może się mylę. Faktem jest, że naszego dziecia trudno będzie dogonić i skończy się jakiekolwiek trwanie w bezruchu.



piątek, 31 stycznia 2014

... i porodówka.

Ponieważ chyba Wam się podobał post "przedporodowy", dopisałam część drugą. Enjoy! ;-)
Część I ----> Perinatologia...


Będąc jeszcze na oddziale, leżąc ( a właściwie pływając...) na swoim łóżku i trzęsąc się jak galareta z nerwów, zadzwoniłam do Ślubnego. "Rodzę!!! Przyjeżdżaj!!!". Ślubny chyba coś przeczuwał, bo w środku nocy wcale nie spał, a i żadnych alkoholowych napojów nie tknął, mimo dnia iście świątecznego. Dlatego chwilę po tym, jak zdążyłam zainstalować się na łóżku porodowym, rozdzwonił się mój telefon. Strażnik-cerber w holu na dole nie chce mi męża na porodówkę wpuścić. No kurde! Proszę ślubnego, by pogonił cerbera, ten dzwoni na porodówkę, tam mówią, że mnie nie ma. Czekam więc na położną, która poszła gdzieś (nie wiadomo, gdzie), zostawiając mnie pod bulgoczącą aparaturą. Po niemal godzinie i trzech telefonicznych rozmowach z mężem, mam w końcu okazję objaśnić, jaka sprawa.
"Niech mąż jedzie do domu i się prześpi. Pani też radzę odpocząć." - słyszę niespodziewanie. "A jak chce to może się zdrzemnąć w aucie na parkingu".
Przez chwilę pożałowałam, że rodzę. Wstałabym i zdzieliła kobicie z półobrotu. Niestety, zanim zdążyłam ruszyć nogą, jej już nie było.

Żeby dokładnie nakreślić obraz sytuacji, muszę wspomnieć o kilku, bądź co bądź, istotnych szczegółach.

Była noc z 31 marca na 1 kwietnia, właśnie rozpoczynał się Wielkanocny Poniedziałek. Czy ktoś z Was pamięta, jaka PRZECUDNEJ URODY AURA panowała tego dnia? W Łodzi śnieg zaczął sypać już po południu. Wieczorem zaczęła się zamieć, drogowców jak zwykle "zima zaskoczyła" bardzo mocno, więc ślubny jechał z drugiego końca miasta niemal zakopując się w śniegu na głównych ulicach. Istniało duże prawdopodobieństwo, że najzwyczajniej nie uda mu się do tego szpitala w ogóle dojechać. A teraz jakiś babsztyl odsyła go do domu... Tą samą drogą oczywiście, tyle, że po trzech godzinach czekania śniegu było jeszcze więcej.

Jeśli zaś chodzi o porodówkę, sytuacja przestawiała się następująco: trzech lekarzy dyżurujących (tak tak, ten zmęczony był tam jeszcze do rana), dwie "przemiłe" położne, dwie rodzące i w ch.... cesarek ;-) Lepiej już być nie mogło. Niedoszle skopana przeze mnie położna odłączyła mnie od KTG, stwierdziła, że akcji nie ma, tętno płodu jest ok, zgasiła w sali światło i życzyła DOBREJ NOCY. 

Oczywiście, ledwo zostałam sama, poczułam, że skurcze zaczynają się nieprzyjemnie nasilać, a ból kumuluje się w jednym jedynym miejscu w dole brzucha. W dodatku chce mi się pić. Bardzo. Butelka z wodą stała na szafce pod ścianą... I śmiejcie się, śmiejcie, ale byłam tak przerażona, że po prostu bałam się wstać z łóżka. Ściskałam więc sobie w skurczu telefon, który trzymałam w dłoni. O dziwo, pomagało. Czy mogę więc powiedzieć, że mój stary niezniszczalny Samsung pomógł mi urodzić?
Żeby nie było wątpliwości, nie zmrużyłam oka. Czas za to pędził jak szalony i nim się obejrzałam, na porodówce zaczął się ruch. Nowa zmiana. O godzinie szóstej znajomy już Wam wszystkim lekarz dyżurujący, z wyrazem ulgi na twarzy (nareszcie koniec dyżuru) zajrzał do mojej sali. Zbadał, coś mruknął, zapytał czy wszystko ok, ale ja miałam tylko jeden wniosek: "Czy moge już dzwonić po męża??????"
"Pani dzwoni" - wymruczał i dzięki Bogu poszedł się wyspać.

Kwadrans później wpadła do sali nowa, wyspana, pełna energii położna - włos krótki, czerwony, ruchy szybkie i zdecydowane. Gdy się odezwała, byłam już pewna, że bardzej nadawałaby się do wojska niż na porodówkę ( i coś w tym faktycznie było, bo dziewczyna, która męczyła się przez całą noc, urodziła z jej pomocą w 15 minut...). 
"Siku było?" - zapytała.
"Nie, nie czułam takiej potrzeby" - odparłam.  W tamtej właśnie chwili olśniło mnie, że od godziny 23 nie byłam w łazience. Położna osłoniła mi koszulę, żeby zbadać brzuch i odskoczyla jak oparzona.
"Marsz do łazienki!!! Bo cewnik założę!" (ok, trochę przekolorowuję, ale tak to mniej więcej brzmiało). No to jakoś zwlekłam się z tego łóżka, wstałam i poszłam. Po drodze dotknęłam miejsca, w którym czułam skurcze. Na wysokości pęcherza poczułam sporą wypukłość. 
Po powrocie z łazienki po dyskomforcie i "skurczach" nie było śladu.... Oto, jak to człowiekowi może uprzykrzyć życie zwykłe parcie na pęcherz.

W sali czekała na mnie już "moja" położna - na szczęście nie ta rodem z wojska. Młoda, ładna, miła. Chyba mi się fartnęło. Zaproponowała (!) lewatywę. Potem przyjechał Ślubny. Odżyłam.
Po 8-mej podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną i JUŻ PO 6 godzinach z hakiem urodziła się Gaba. W czepku się urodziła, wiecie? 
A co się działo podczas tych sześciu godzin, średnio pamiętam. Co pamiętam, opisałam TUTAJ. Zszywanie krocza kojarzę trochę lepiej, bo 40 minut spędziłam na żarcikach z lekarzem cerującym. Gaba się najadła i odpłynęła. Ja miałam odpłynąć dopiero przy próbie przejścia z łóżka na wózek. A szpitalna kolacja smakowała tego dnia wybornie. Mówię Wam, wszystko zależy od punktu widzenia/siedzenia/leżenia. Więc lepiej, mimo wszystko, pamiętać to dobre!!

środa, 29 stycznia 2014

Perinatologia.

Ostatnie szpitalne wieści Mandarynki, która oczekuje na narodziny michałka w jednym z łódzkich szpitali - tym samym, w którym rodziłam ja - sprawiły, że ponownie zaczęłam wspominać wydarzenia, w których uczestniczyłam dziesięć miesięcy temu.

Źródło

Narodziny Gaby opisywałam już w poście TEN dzień. Dziś jednak wspominam sam pobyt w szpitalu, sześć dni na IV, najwyższym piętrze, czyli na Oddziale Perinatologii. 
Trafiłam tam dokładnie tydzień po terminie porodu. Oczywiście nadal w dwupaku. Plan był zupełnie inny, miałam rodzić w otwartej kilka lat temu, prywatnej klinice, którą wychwalano pod niebiosa. Jakieś 80% łodzianek szykowało się na poród w tych luksusowych warunkach, z do bólu uprzejmym, sympatycznym personelem. Klinice zakontraktowano tyle porodów w ramach NFZ-u, że położnice kładziono nawet na innych oddziałach, z braku miejsc tam, gdzie leżeć powinny.
Niestety, mój przypadek okazał się na tyle problematyczny, że lekarze zbywali mnie i kazali czekać na poród w domu. Tak minął tydzień i zdecydowano, że mam się zgłosić na indukcję. Oczywiście w grę wchodziła tylko kroplówka z oksytocyny, bez innego typu prób, bez testu oksytocynowego. A to wszystko przy zamkniętej i kompletnie nieprzygotowanej szyjce. Tak naprawdę, z góry skazano mnie na cesarskie cięcie.
Na całe szczęście moja intuicja dała o sobie znać w odpowiednim momencie. Szybki telefon do mojego lekarza, relacja tego, co usłyszałam w tej klinice, jego ogromne zdziwienie... I następnego dnia, zamiast na wywoływaniu porodu, wylądowałam na oddziale w Madurowiczu. Tutaj łóżka pozarywane, godziny odwiedzin mocno ograniczone i tylko w specjalnym fartuchu, ale za to byłam pod opieką swojego ginekologa.

Największym szokiem i traumą zarazem było dla mnie pierwsze badanie po porannym obchodzie. Nic to, że badającym był ordynator, a audytorium liczyło około dziesięciu lekarzy (wszak Madurowicz jest szpitalem klinicznym). Nic to, że ledwo wdrapałam się na fotel i w trakcie badania prawie z niego spadłam. Po prostu....w ciągu kilku minut zdałam sobie sprawę, że badanie ginekologiczne, które do tej pory wydawało mi się bardzo nieprzyjemne i chwilami bolesne, w porównaniu z tym szpitalnym mogłabym nazwać... hmmm.. pieszczotą????
Do sali wróciłam ze łzami w oczach i trzęsącymi się nogami. Nagle okazało się, że leci mi krew. Jak dobrze, że moje koleżanki z sali pierwsze porody miały już dawno za sobą... Znalazłam w nich oparcie. Opowiedziałam co i jak. Spotkałam się z ciepłymi uśmiechami i kompletnym brakiem zaskoczenia. Usłyszałam za to, że "teraz powinno przyspieszyć". Nagle ogarnęła mnie totalna panika... Myśl, że to, co właśnie przeżyłam, było dopiero namiastką porodowych zmagań, kompletnie mną zachwiało.

Poza tym jednym, jedynym "incydentem powitalnym" nie mogę złego słowa powiedzieć o oddziale i personelu. No dobra - jedna położna mi podpadła. Była dość gruboskórna (o dziwo, najmłodsza ze wszystkich tam pracujących) i kazała mi samej nieść ciężką walizkę na porodówkę, gdy odeszły mi wody.
Z innymi położnymi dało się sympatycznie porozmawiać, stażystki, które przychodziły robić nam KTG opowiadały o trudach studiów medycznych, a lekarze...lekarze byli nawet przystojni ;-))
Jeden z tych młodszych wpadł na wieczorny obchód w przerwie meczu Polska - San Marino i w zadośćuczynieniu za spóźnienie recytował pacjentkom naprędce ułożony wierszyk. 
Oprócz tego, życie towarzyskie na oddziale kwitło. Niby same baby wokół, ale położne kilkukrotnie musiały zaglądać do naszej sali i prosić o ciszę po 22-ej (a byłyśmy tylko we 3..), tak żywe dyskusje i głośny śmiech nam towarzyszył. Przez ten tydzień szpital stał się moim drugim domem i z dnia na dzień czułam się tam coraz lepiej. Czułam się spokojna pod fachową opieką, a nieustanny kontakt z innymi kobietami w identycznym stanie był miłą odmianą od przebywania wśród ludzi, którzy średnio rozumieli ciężarną u kresu wytrzymałości.

Lekarze dawali mi czas, by akcja rozkręciła się samoistnie. Decyzja o indukcji zapadła, gdy rozwarcie postąpiło na 3 centymetry. "Jeśli nie urodzi pani przez weekend, we wtorek wywołujemy" - oznajmił ordynator. I poszedł do domu. A, że weekend w szpitalu? Niby nic. Gdyby nie to, że był to weekend WIELKANOCNY.

Źródło
Stanęło więc na tym, że święta spędzam w szpitalu. W czwartek powypisywano z oddziału wszystkie pacjentki, które można było wypisać, zrobiono chyba z 8 cesarek, korytarz świecił pustkami. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Przez 4 dni na oddziale był tylko lekarz dyżurujący. Właściwie to dwóch. Na cztery oddziały. Albo mi się wydawało, albo przez dwie doby widziałam nieustannie tego samego doktorka. Pod koniec dyżuru słaniał się na nogach. A potem, gdy myślałam, że już dawno sobie poszedł, pojawił się znowu. Ten sam. Chyba musiał nieźle podpaść, że go tak wrobili.

W Wielkanoc dostałyśmy nawet żurek z jajkiem i kawałek białej kiełbasy na śniadanie. Kiepski był, ale nie byłyśmy stratne, bo bliscy zaopatrzyli nas w świąteczne wałówki. Ustawiłyśmy wszystko na stole, było tego naprawdę sporo. Zrobiłyśmy sobie prawdziwe wielkanocne śniadanie, złożyłyśmy życzenia. Nawet położna do nas przyszła, żeby posiedzieć. Chyba jako jedyne wpadłyśmy na tak, o dziwo, oryginalny pomysł.
Ucztowałyśmy chyba dość długo, bo zanim sprzątnęłyśmy ze stołu, przyjechał obiad.... Na dobrą sprawę - ten dzień minął pod znakiem jedzenia. Nie chcę nawet wiedzieć, jakie to były ilości, Gabrysia wesoło podskakiwała w brzuchu, chyba była zadowolona.

Dzień się kończył, zdawałam sobie sprawę, że jeszcze tylko poniedziałek dzieli mnie od indukcji. Marzyło mi się, by w ten poniedziałek coś się ruszyło. Ale oprócz delikatnych skurczy nic nie zwiastowało porodu. Zresztą, te skurcze pojawiały się codziennie (dużo, duuuuużo chodziłam), więc już się do nich przyzwyczaiłam i nawet przestałam liczyć ich częstotliwość. Leżąc wieczorem w łóżku, usłyszałam ruch na korytarzu. Potem znowu, i znowu. Ktoś obok zaczął rodzić, potem dwie nagłe cesarki. Pomyślałam sobie, że zazdroszczę tym dziewczynom - będą mieć dzieci urodzone 1-go kwietnia. Cudowna data... 
Nie mogłam spać. Co chwilę chodziłam do łazienki. Tak naprawdę byłam ciekawa, co się dzieje na porodówce, miałam nadzieję, że coś zobaczę, usłyszę krzyk narodzonego maluszka...
W końcu wróciłam do łóżka. Zadzwonił telefon. Jakiś pijany gość chciał sobie ze mną pogadać. Nie znałam go, do tej pory nie wiem, kim był. Zdenerwowałam się trochę. Nadal nie mogłam spać.
Na korytarzu znowu ruch. Kolejny poród. Potem cisza... Spojrzałam na zegarek. 50 minut po północy. I nagle poczułam coś dziwnego... Obudziłam dziewczyny.
Chyba odeszły mi wody.

Potem szybka akcja - powiadomienie położnej, lekarza, pakowanie swoich rzeczy, wizyta w dyżurce, wenflon w ręce. Kazano mi iść do pokoju badań i poczekać na lekarza. Usiadłam. Po chwili ktoś wszedł. I wtedy zobaczyłam tego samego, zmęczonego życiem i baaaardzo długim weekendem lekarza dyżurującego...




wtorek, 28 stycznia 2014

Garść niusów.

Źródło: Wikipedia
Tak dawno mnie już u Was nie było.

Oczywiście, czytam Was, kiedy tylko mogę...Czasem co drugie zdanie i jednym okiem, gdy karmię Młodą, czasem w telefonie podczas obiadu albo sprzątania ;-)) Jednak, by napisać jakikolwiek komentarz, potrzebuję obie ręce wolne i całą minutę koncentracji. Nie zawsze mam taką możliwość. Dlatego przepraszam - mało mnie u Was, ale nie z własnej woli. Cieszę się, że mimo to, Was u mnie nie ubywa ;-))

Życie toczy się swoim rytmem. Styczeń minął tak szybko, że nagle ukazała mi się perspektywa wiosny za JEDYNE dwa miesiące (oczywiście jest to wersja optymistyczna), a ta wizja z jednej strony napawa radością, z drugiej - niemałym lękiem. Wiosna 2014 będzie czasem kolejnych wielkich zmian, począwszy od pożegnania z niemowlęctwem Gaby, a na powrocie do pracy skończywczy. Wiosną tego roku będę musiała ogarnąć świat na nowo.

Dlatego teraz staram się wykorzystać ten czas, który mi pozostał. Mam świadomość, że po powrocie do pracy czasu dla siebie samej nie będę mieć już w ogóle, więc nocami czytam książki, umawiam się na randki ze ślubnym i szaleję z dzieckiem, najczęściej tarzając się po podłodze. Cieszę się, że oporny drugi ząbek nareszcie się przebił i przygotowuję się na przyjęcie górnych jedyneczek. Wsłuchuję się w siebie i... rzutem na taśmę staram się podreperować swój nieco nadwyrężony organizm. Takie tam szczegóły - bolące stopy, bolące kolano, bolący łokieć i ręka, która odmówiła prostowania się... Myślicie, że zdążę z tym do kwietnia? ;-)

A teraz biegnę, by poszaleć na blogowisku. Kawka się skończyła, batonik się skończył, ale do czytania nie są mi one w niczym potrzebne !!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pstrykamy, pstrykamy!!!

Przyznam się Wam, że miałam ostatnio dość duży problem ze zdjęciami, które pstrykam Gabie. 
Dlaczego? 
Dlatego, że większość z nich jest wykonana przy użyciu aparatu w telefonie komórkowym. Owszem, pół roku temu zakupiliśmy lustrzankę, jednak ten ciężki sprzęt nie jest najbardziej poręczny, jeśli chodzi o uwiecznianie codziennych wybryków pełzającego, raczkującego i w końcu chodzącego niemowlęcia. Ciemny obiektyw, długi czas naświetlania, w efekcie wszystkie zdjęcia rozmazane. No i skończyło się na tym, że rolę dyżurnego aparatu przejął telefon.

Problem pojawił się, gdy pomyślałam o tym, że chciałabym te zdjęcia wywołać - fotografie na papierze darzę wielkim sentymentem i nigdy z nich nie zrezygnuję. Te najważniejsze lubię mieć w albumie, czy chociaż w kopercie. Jednak wywołać zdjęcia zrobione komórką? Sporo z tym zachodu. 

Ale ale - może już wiecie, może nie wiecie - pojawiła się nowa aplikacja. Zwie się:



 i umożliwia szybkie wywołanie zdjęć z urządzeń mobilnych.

Sprawa jest prosta: 
  • Ściągamy aplikację ze strony Pstrykamy.pl lub bezpośrdnio z Google Play.
  • Wybieramy fotki z galerii. 
  • Podajemy adres do wysyłki. 
  • Doładowujemy konto. 
  • I...czekamy na przesyłkę pocztową. 


Odbitki można przesłać także bliskim w prezencie. Tylko wtedy naprawdę trzeba uważać, jakie zjęcia poszły do wydrukowania ;-))
Możecie także odwiedzić blog Pstrykamy.pl ---> http://blog.pstrykamy.pl/
 
Cóż więcej mogę dodać? Aha, za kilka dni aplikacja będzie dostępna na telefony iOS (iPhone)! Także pozostaje mi tylko...życzyć Wam miłego pstrykania ;-)