Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

Perinatologia.

Ostatnie szpitalne wieści Mandarynki, która oczekuje na narodziny michałka w jednym z łódzkich szpitali - tym samym, w którym rodziłam ja - sprawiły, że ponownie zaczęłam wspominać wydarzenia, w których uczestniczyłam dziesięć miesięcy temu.

Źródło

Narodziny Gaby opisywałam już w poście TEN dzień. Dziś jednak wspominam sam pobyt w szpitalu, sześć dni na IV, najwyższym piętrze, czyli na Oddziale Perinatologii. 
Trafiłam tam dokładnie tydzień po terminie porodu. Oczywiście nadal w dwupaku. Plan był zupełnie inny, miałam rodzić w otwartej kilka lat temu, prywatnej klinice, którą wychwalano pod niebiosa. Jakieś 80% łodzianek szykowało się na poród w tych luksusowych warunkach, z do bólu uprzejmym, sympatycznym personelem. Klinice zakontraktowano tyle porodów w ramach NFZ-u, że położnice kładziono nawet na innych oddziałach, z braku miejsc tam, gdzie leżeć powinny.
Niestety, mój przypadek okazał się na tyle problematyczny, że lekarze zbywali mnie i kazali czekać na poród w domu. Tak minął tydzień i zdecydowano, że mam się zgłosić na indukcję. Oczywiście w grę wchodziła tylko kroplówka z oksytocyny, bez innego typu prób, bez testu oksytocynowego. A to wszystko przy zamkniętej i kompletnie nieprzygotowanej szyjce. Tak naprawdę, z góry skazano mnie na cesarskie cięcie.
Na całe szczęście moja intuicja dała o sobie znać w odpowiednim momencie. Szybki telefon do mojego lekarza, relacja tego, co usłyszałam w tej klinice, jego ogromne zdziwienie... I następnego dnia, zamiast na wywoływaniu porodu, wylądowałam na oddziale w Madurowiczu. Tutaj łóżka pozarywane, godziny odwiedzin mocno ograniczone i tylko w specjalnym fartuchu, ale za to byłam pod opieką swojego ginekologa.

Największym szokiem i traumą zarazem było dla mnie pierwsze badanie po porannym obchodzie. Nic to, że badającym był ordynator, a audytorium liczyło około dziesięciu lekarzy (wszak Madurowicz jest szpitalem klinicznym). Nic to, że ledwo wdrapałam się na fotel i w trakcie badania prawie z niego spadłam. Po prostu....w ciągu kilku minut zdałam sobie sprawę, że badanie ginekologiczne, które do tej pory wydawało mi się bardzo nieprzyjemne i chwilami bolesne, w porównaniu z tym szpitalnym mogłabym nazwać... hmmm.. pieszczotą????
Do sali wróciłam ze łzami w oczach i trzęsącymi się nogami. Nagle okazało się, że leci mi krew. Jak dobrze, że moje koleżanki z sali pierwsze porody miały już dawno za sobą... Znalazłam w nich oparcie. Opowiedziałam co i jak. Spotkałam się z ciepłymi uśmiechami i kompletnym brakiem zaskoczenia. Usłyszałam za to, że "teraz powinno przyspieszyć". Nagle ogarnęła mnie totalna panika... Myśl, że to, co właśnie przeżyłam, było dopiero namiastką porodowych zmagań, kompletnie mną zachwiało.

Poza tym jednym, jedynym "incydentem powitalnym" nie mogę złego słowa powiedzieć o oddziale i personelu. No dobra - jedna położna mi podpadła. Była dość gruboskórna (o dziwo, najmłodsza ze wszystkich tam pracujących) i kazała mi samej nieść ciężką walizkę na porodówkę, gdy odeszły mi wody.
Z innymi położnymi dało się sympatycznie porozmawiać, stażystki, które przychodziły robić nam KTG opowiadały o trudach studiów medycznych, a lekarze...lekarze byli nawet przystojni ;-))
Jeden z tych młodszych wpadł na wieczorny obchód w przerwie meczu Polska - San Marino i w zadośćuczynieniu za spóźnienie recytował pacjentkom naprędce ułożony wierszyk. 
Oprócz tego, życie towarzyskie na oddziale kwitło. Niby same baby wokół, ale położne kilkukrotnie musiały zaglądać do naszej sali i prosić o ciszę po 22-ej (a byłyśmy tylko we 3..), tak żywe dyskusje i głośny śmiech nam towarzyszył. Przez ten tydzień szpital stał się moim drugim domem i z dnia na dzień czułam się tam coraz lepiej. Czułam się spokojna pod fachową opieką, a nieustanny kontakt z innymi kobietami w identycznym stanie był miłą odmianą od przebywania wśród ludzi, którzy średnio rozumieli ciężarną u kresu wytrzymałości.

Lekarze dawali mi czas, by akcja rozkręciła się samoistnie. Decyzja o indukcji zapadła, gdy rozwarcie postąpiło na 3 centymetry. "Jeśli nie urodzi pani przez weekend, we wtorek wywołujemy" - oznajmił ordynator. I poszedł do domu. A, że weekend w szpitalu? Niby nic. Gdyby nie to, że był to weekend WIELKANOCNY.

Źródło
Stanęło więc na tym, że święta spędzam w szpitalu. W czwartek powypisywano z oddziału wszystkie pacjentki, które można było wypisać, zrobiono chyba z 8 cesarek, korytarz świecił pustkami. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Przez 4 dni na oddziale był tylko lekarz dyżurujący. Właściwie to dwóch. Na cztery oddziały. Albo mi się wydawało, albo przez dwie doby widziałam nieustannie tego samego doktorka. Pod koniec dyżuru słaniał się na nogach. A potem, gdy myślałam, że już dawno sobie poszedł, pojawił się znowu. Ten sam. Chyba musiał nieźle podpaść, że go tak wrobili.

W Wielkanoc dostałyśmy nawet żurek z jajkiem i kawałek białej kiełbasy na śniadanie. Kiepski był, ale nie byłyśmy stratne, bo bliscy zaopatrzyli nas w świąteczne wałówki. Ustawiłyśmy wszystko na stole, było tego naprawdę sporo. Zrobiłyśmy sobie prawdziwe wielkanocne śniadanie, złożyłyśmy życzenia. Nawet położna do nas przyszła, żeby posiedzieć. Chyba jako jedyne wpadłyśmy na tak, o dziwo, oryginalny pomysł.
Ucztowałyśmy chyba dość długo, bo zanim sprzątnęłyśmy ze stołu, przyjechał obiad.... Na dobrą sprawę - ten dzień minął pod znakiem jedzenia. Nie chcę nawet wiedzieć, jakie to były ilości, Gabrysia wesoło podskakiwała w brzuchu, chyba była zadowolona.

Dzień się kończył, zdawałam sobie sprawę, że jeszcze tylko poniedziałek dzieli mnie od indukcji. Marzyło mi się, by w ten poniedziałek coś się ruszyło. Ale oprócz delikatnych skurczy nic nie zwiastowało porodu. Zresztą, te skurcze pojawiały się codziennie (dużo, duuuuużo chodziłam), więc już się do nich przyzwyczaiłam i nawet przestałam liczyć ich częstotliwość. Leżąc wieczorem w łóżku, usłyszałam ruch na korytarzu. Potem znowu, i znowu. Ktoś obok zaczął rodzić, potem dwie nagłe cesarki. Pomyślałam sobie, że zazdroszczę tym dziewczynom - będą mieć dzieci urodzone 1-go kwietnia. Cudowna data... 
Nie mogłam spać. Co chwilę chodziłam do łazienki. Tak naprawdę byłam ciekawa, co się dzieje na porodówce, miałam nadzieję, że coś zobaczę, usłyszę krzyk narodzonego maluszka...
W końcu wróciłam do łóżka. Zadzwonił telefon. Jakiś pijany gość chciał sobie ze mną pogadać. Nie znałam go, do tej pory nie wiem, kim był. Zdenerwowałam się trochę. Nadal nie mogłam spać.
Na korytarzu znowu ruch. Kolejny poród. Potem cisza... Spojrzałam na zegarek. 50 minut po północy. I nagle poczułam coś dziwnego... Obudziłam dziewczyny.
Chyba odeszły mi wody.

Potem szybka akcja - powiadomienie położnej, lekarza, pakowanie swoich rzeczy, wizyta w dyżurce, wenflon w ręce. Kazano mi iść do pokoju badań i poczekać na lekarza. Usiadłam. Po chwili ktoś wszedł. I wtedy zobaczyłam tego samego, zmęczonego życiem i baaaardzo długim weekendem lekarza dyżurującego...