Ponieważ chyba Wam się podobał post "przedporodowy", dopisałam część drugą. Enjoy! ;-)
Część I ----> Perinatologia...
Będąc jeszcze na oddziale, leżąc ( a właściwie pływając...) na swoim łóżku i trzęsąc się jak galareta z nerwów, zadzwoniłam do Ślubnego. "Rodzę!!! Przyjeżdżaj!!!". Ślubny chyba coś przeczuwał, bo w środku nocy wcale nie spał, a i żadnych alkoholowych napojów nie tknął, mimo dnia iście świątecznego. Dlatego chwilę po tym, jak zdążyłam zainstalować się na łóżku porodowym, rozdzwonił się mój telefon. Strażnik-cerber w holu na dole nie chce mi męża na porodówkę wpuścić. No kurde! Proszę ślubnego, by pogonił cerbera, ten dzwoni na porodówkę, tam mówią, że mnie nie ma. Czekam więc na położną, która poszła gdzieś (nie wiadomo, gdzie), zostawiając mnie pod bulgoczącą aparaturą. Po niemal godzinie i trzech telefonicznych rozmowach z mężem, mam w końcu okazję objaśnić, jaka sprawa.
"Niech mąż jedzie do domu i się prześpi. Pani też radzę odpocząć." - słyszę niespodziewanie. "A jak chce to może się zdrzemnąć w aucie na parkingu".
Przez chwilę pożałowałam, że rodzę. Wstałabym i zdzieliła kobicie z półobrotu. Niestety, zanim zdążyłam ruszyć nogą, jej już nie było.
Żeby dokładnie nakreślić obraz sytuacji, muszę wspomnieć o kilku, bądź co bądź, istotnych szczegółach.
Była noc z 31 marca na 1 kwietnia, właśnie rozpoczynał się Wielkanocny Poniedziałek. Czy ktoś z Was pamięta, jaka PRZECUDNEJ URODY AURA panowała tego dnia? W Łodzi śnieg zaczął sypać już po południu. Wieczorem zaczęła się zamieć, drogowców jak zwykle "zima zaskoczyła" bardzo mocno, więc ślubny jechał z drugiego końca miasta niemal zakopując się w śniegu na głównych ulicach. Istniało duże prawdopodobieństwo, że najzwyczajniej nie uda mu się do tego szpitala w ogóle dojechać. A teraz jakiś babsztyl odsyła go do domu... Tą samą drogą oczywiście, tyle, że po trzech godzinach czekania śniegu było jeszcze więcej.
Jeśli zaś chodzi o porodówkę, sytuacja przestawiała się następująco: trzech lekarzy dyżurujących (tak tak, ten zmęczony był tam jeszcze do rana), dwie "przemiłe" położne, dwie rodzące i w ch.... cesarek ;-) Lepiej już być nie mogło. Niedoszle skopana przeze mnie położna odłączyła mnie od KTG, stwierdziła, że akcji nie ma, tętno płodu jest ok, zgasiła w sali światło i życzyła DOBREJ NOCY.
Oczywiście, ledwo zostałam sama, poczułam, że skurcze zaczynają się nieprzyjemnie nasilać, a ból kumuluje się w jednym jedynym miejscu w dole brzucha. W dodatku chce mi się pić. Bardzo. Butelka z wodą stała na szafce pod ścianą... I śmiejcie się, śmiejcie, ale byłam tak przerażona, że po prostu bałam się wstać z łóżka. Ściskałam więc sobie w skurczu telefon, który trzymałam w dłoni. O dziwo, pomagało. Czy mogę więc powiedzieć, że mój stary niezniszczalny Samsung pomógł mi urodzić?
Żeby nie było wątpliwości, nie zmrużyłam oka. Czas za to pędził jak szalony i nim się obejrzałam, na porodówce zaczął się ruch. Nowa zmiana. O godzinie szóstej znajomy już Wam wszystkim lekarz dyżurujący, z wyrazem ulgi na twarzy (nareszcie koniec dyżuru) zajrzał do mojej sali. Zbadał, coś mruknął, zapytał czy wszystko ok, ale ja miałam tylko jeden wniosek: "Czy moge już dzwonić po męża??????"
"Pani dzwoni" - wymruczał i dzięki Bogu poszedł się wyspać.
Kwadrans później wpadła do sali nowa, wyspana, pełna energii położna - włos krótki, czerwony, ruchy szybkie i zdecydowane. Gdy się odezwała, byłam już pewna, że bardzej nadawałaby się do wojska niż na porodówkę ( i coś w tym faktycznie było, bo dziewczyna, która męczyła się przez całą noc, urodziła z jej pomocą w 15 minut...).
"Siku było?" - zapytała.
"Nie, nie czułam takiej potrzeby" - odparłam. W tamtej właśnie chwili olśniło mnie, że od godziny 23 nie byłam w łazience. Położna osłoniła mi koszulę, żeby zbadać brzuch i odskoczyla jak oparzona.
"Marsz do łazienki!!! Bo cewnik założę!" (ok, trochę przekolorowuję, ale tak to mniej więcej brzmiało). No to jakoś zwlekłam się z tego łóżka, wstałam i poszłam. Po drodze dotknęłam miejsca, w którym czułam skurcze. Na wysokości pęcherza poczułam sporą wypukłość.
Po powrocie z łazienki po dyskomforcie i "skurczach" nie było śladu.... Oto, jak to człowiekowi może uprzykrzyć życie zwykłe parcie na pęcherz.
W sali czekała na mnie już "moja" położna - na szczęście nie ta rodem z wojska. Młoda, ładna, miła. Chyba mi się fartnęło. Zaproponowała (!) lewatywę. Potem przyjechał Ślubny. Odżyłam.
Po 8-mej podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną i JUŻ PO 6 godzinach z hakiem urodziła się Gaba. W czepku się urodziła, wiecie?
A co się działo podczas tych sześciu godzin, średnio pamiętam. Co pamiętam, opisałam TUTAJ. Zszywanie krocza kojarzę trochę lepiej, bo 40 minut spędziłam na żarcikach z lekarzem cerującym. Gaba się najadła i odpłynęła. Ja miałam odpłynąć dopiero przy próbie przejścia z łóżka na wózek. A szpitalna kolacja smakowała tego dnia wybornie. Mówię Wam, wszystko zależy od punktu widzenia/siedzenia/leżenia. Więc lepiej, mimo wszystko, pamiętać to dobre!!

















