Postanowiliśmy ze Ślubnym zaszaleć. Ponieważ ostatnio poziom naszego "ukulturalnienia" niemalże sięgnął dna (powód z pewnością znacie), postanowiliśmy szaleństwem uznać sobotni wypad do kina.
Wybór filmu był dość trudny, bo ostatnio sporo wartościowych premier zaistniało na ekranach. Nie zastanawialiśmy się jednak zbyt długo, gdyż zwykle decydujemy się na to, co najbardziej kontrowersyjne. Padło więc na "Nimfomankę" Larsa von Triera, film budzący kontrowersje od chwili, w której reżyser upublicznił zamiar jego stworzenia. W mediach zawrzało, pojawiły się spekulacje o tym, że będzie to soft porno, że aktorzy będą uprawiać seks na planie itp itd. Jakiś czas temu atmosferę dodatkowo podkręciła seria filmowych plakatów:
Seans pierwszej części "Nimfomanki" znaleźliśmy tylko w jednym kinie studyjnym w naszym mieście. O dziwo, okazało się, że nie gra go żaden multipleks, a sala, w której film wyświetlano, liczy jedynie czterdzieści kilka miejsc. Przy kasach gigantyczne kolejki. Przekrój wiekowy widowni bardzo szeroki, zdominowany przez osoby w wieku raczej dojrzałym. Czuliśmy się jak szczyle ;-)))
Nie ukrywam, że nieco bałam się tego filmu. Von Trier jest specyficznym reżyserem, a po "Antychryście" doskonale wiedziałam, do czego jest w swej twórczości zdolny. Było jednak o wiele lepiej niż się spodziewałam. Przywitał mnie przepięknie pokazany deszcz padający w ciemnym miejskim zaułku. Sfilmowana została wędrówka każdej kropli - od nieba aż po bruk. Potem muzyka Rammstein, która rozładowała nieco napiętą atmosferę. Fantastycznie prowadzona narracja w formie rozmowy Joe i Seligmana, która chwilami sprowadzała opowieść tytułowej nimfomanki do granic absurdu - trywialnej wyliczanki, czy też próby akademickiego usystematyzowania wspominanych przeżyć. Było więc sporo śmiechu, choć raczej gorzkiego. Film jest bowiem przerażająco smutny, a to dopiero wstęp do wydarzeń z części drugiej, która wchodzi na ekrany pod koniec miesiąca.
Sceny seksu? Były, oczywiście. W końcu film traktuje o kobiecie od tego dobra uzależnionej. Ilość scen erotycznych na szczęście nie przytłacza, jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba, aby Joe mogła płynnie snuć swą opowieść. Wbrew opinii niektórych, do porno tym scenom jednak daleko. I dobrze, bo kontrowersje też powinny mieć swoje granice.
Być może zapytacie mnie, czy mogę Wam "Nimfomankę, cz.1" polecić. Nie polecam. Ale i nie odradzam. Moim zdaniem Lars von Trier zrobił dobry, naprawdę dobry film. Jednak decyzję o zobaczeniu go każdy musi podjąć dam, ponieważ ta historia zostaje w pamięci na długo. Przeżywa się ją po wyjściu z kina, myśli o tym, co będzie dalej, próbuje zrozumieć bohaterkę. Jeśli masz słabe nerwy i nie lubisz mocnego kina, nie oglądaj. Bo po obejrzeniu pierwszej części chce się koniecznie zobaczyć ciąg dalszy, a już same zapowiedzi drugiej "Nimfomanki" budzą we mnie wątpliwości, czy będę w stanie tę historię emocjonalnie przetrwać do końca...
