piątek, 31 stycznia 2014

... i porodówka.

Ponieważ chyba Wam się podobał post "przedporodowy", dopisałam część drugą. Enjoy! ;-)
Część I ----> Perinatologia...


Będąc jeszcze na oddziale, leżąc ( a właściwie pływając...) na swoim łóżku i trzęsąc się jak galareta z nerwów, zadzwoniłam do Ślubnego. "Rodzę!!! Przyjeżdżaj!!!". Ślubny chyba coś przeczuwał, bo w środku nocy wcale nie spał, a i żadnych alkoholowych napojów nie tknął, mimo dnia iście świątecznego. Dlatego chwilę po tym, jak zdążyłam zainstalować się na łóżku porodowym, rozdzwonił się mój telefon. Strażnik-cerber w holu na dole nie chce mi męża na porodówkę wpuścić. No kurde! Proszę ślubnego, by pogonił cerbera, ten dzwoni na porodówkę, tam mówią, że mnie nie ma. Czekam więc na położną, która poszła gdzieś (nie wiadomo, gdzie), zostawiając mnie pod bulgoczącą aparaturą. Po niemal godzinie i trzech telefonicznych rozmowach z mężem, mam w końcu okazję objaśnić, jaka sprawa.
"Niech mąż jedzie do domu i się prześpi. Pani też radzę odpocząć." - słyszę niespodziewanie. "A jak chce to może się zdrzemnąć w aucie na parkingu".
Przez chwilę pożałowałam, że rodzę. Wstałabym i zdzieliła kobicie z półobrotu. Niestety, zanim zdążyłam ruszyć nogą, jej już nie było.

Żeby dokładnie nakreślić obraz sytuacji, muszę wspomnieć o kilku, bądź co bądź, istotnych szczegółach.

Była noc z 31 marca na 1 kwietnia, właśnie rozpoczynał się Wielkanocny Poniedziałek. Czy ktoś z Was pamięta, jaka PRZECUDNEJ URODY AURA panowała tego dnia? W Łodzi śnieg zaczął sypać już po południu. Wieczorem zaczęła się zamieć, drogowców jak zwykle "zima zaskoczyła" bardzo mocno, więc ślubny jechał z drugiego końca miasta niemal zakopując się w śniegu na głównych ulicach. Istniało duże prawdopodobieństwo, że najzwyczajniej nie uda mu się do tego szpitala w ogóle dojechać. A teraz jakiś babsztyl odsyła go do domu... Tą samą drogą oczywiście, tyle, że po trzech godzinach czekania śniegu było jeszcze więcej.

Jeśli zaś chodzi o porodówkę, sytuacja przestawiała się następująco: trzech lekarzy dyżurujących (tak tak, ten zmęczony był tam jeszcze do rana), dwie "przemiłe" położne, dwie rodzące i w ch.... cesarek ;-) Lepiej już być nie mogło. Niedoszle skopana przeze mnie położna odłączyła mnie od KTG, stwierdziła, że akcji nie ma, tętno płodu jest ok, zgasiła w sali światło i życzyła DOBREJ NOCY. 

Oczywiście, ledwo zostałam sama, poczułam, że skurcze zaczynają się nieprzyjemnie nasilać, a ból kumuluje się w jednym jedynym miejscu w dole brzucha. W dodatku chce mi się pić. Bardzo. Butelka z wodą stała na szafce pod ścianą... I śmiejcie się, śmiejcie, ale byłam tak przerażona, że po prostu bałam się wstać z łóżka. Ściskałam więc sobie w skurczu telefon, który trzymałam w dłoni. O dziwo, pomagało. Czy mogę więc powiedzieć, że mój stary niezniszczalny Samsung pomógł mi urodzić?
Żeby nie było wątpliwości, nie zmrużyłam oka. Czas za to pędził jak szalony i nim się obejrzałam, na porodówce zaczął się ruch. Nowa zmiana. O godzinie szóstej znajomy już Wam wszystkim lekarz dyżurujący, z wyrazem ulgi na twarzy (nareszcie koniec dyżuru) zajrzał do mojej sali. Zbadał, coś mruknął, zapytał czy wszystko ok, ale ja miałam tylko jeden wniosek: "Czy moge już dzwonić po męża??????"
"Pani dzwoni" - wymruczał i dzięki Bogu poszedł się wyspać.

Kwadrans później wpadła do sali nowa, wyspana, pełna energii położna - włos krótki, czerwony, ruchy szybkie i zdecydowane. Gdy się odezwała, byłam już pewna, że bardzej nadawałaby się do wojska niż na porodówkę ( i coś w tym faktycznie było, bo dziewczyna, która męczyła się przez całą noc, urodziła z jej pomocą w 15 minut...). 
"Siku było?" - zapytała.
"Nie, nie czułam takiej potrzeby" - odparłam.  W tamtej właśnie chwili olśniło mnie, że od godziny 23 nie byłam w łazience. Położna osłoniła mi koszulę, żeby zbadać brzuch i odskoczyla jak oparzona.
"Marsz do łazienki!!! Bo cewnik założę!" (ok, trochę przekolorowuję, ale tak to mniej więcej brzmiało). No to jakoś zwlekłam się z tego łóżka, wstałam i poszłam. Po drodze dotknęłam miejsca, w którym czułam skurcze. Na wysokości pęcherza poczułam sporą wypukłość. 
Po powrocie z łazienki po dyskomforcie i "skurczach" nie było śladu.... Oto, jak to człowiekowi może uprzykrzyć życie zwykłe parcie na pęcherz.

W sali czekała na mnie już "moja" położna - na szczęście nie ta rodem z wojska. Młoda, ładna, miła. Chyba mi się fartnęło. Zaproponowała (!) lewatywę. Potem przyjechał Ślubny. Odżyłam.
Po 8-mej podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną i JUŻ PO 6 godzinach z hakiem urodziła się Gaba. W czepku się urodziła, wiecie? 
A co się działo podczas tych sześciu godzin, średnio pamiętam. Co pamiętam, opisałam TUTAJ. Zszywanie krocza kojarzę trochę lepiej, bo 40 minut spędziłam na żarcikach z lekarzem cerującym. Gaba się najadła i odpłynęła. Ja miałam odpłynąć dopiero przy próbie przejścia z łóżka na wózek. A szpitalna kolacja smakowała tego dnia wybornie. Mówię Wam, wszystko zależy od punktu widzenia/siedzenia/leżenia. Więc lepiej, mimo wszystko, pamiętać to dobre!!

środa, 29 stycznia 2014

Perinatologia.

Ostatnie szpitalne wieści Mandarynki, która oczekuje na narodziny michałka w jednym z łódzkich szpitali - tym samym, w którym rodziłam ja - sprawiły, że ponownie zaczęłam wspominać wydarzenia, w których uczestniczyłam dziesięć miesięcy temu.

Źródło

Narodziny Gaby opisywałam już w poście TEN dzień. Dziś jednak wspominam sam pobyt w szpitalu, sześć dni na IV, najwyższym piętrze, czyli na Oddziale Perinatologii. 
Trafiłam tam dokładnie tydzień po terminie porodu. Oczywiście nadal w dwupaku. Plan był zupełnie inny, miałam rodzić w otwartej kilka lat temu, prywatnej klinice, którą wychwalano pod niebiosa. Jakieś 80% łodzianek szykowało się na poród w tych luksusowych warunkach, z do bólu uprzejmym, sympatycznym personelem. Klinice zakontraktowano tyle porodów w ramach NFZ-u, że położnice kładziono nawet na innych oddziałach, z braku miejsc tam, gdzie leżeć powinny.
Niestety, mój przypadek okazał się na tyle problematyczny, że lekarze zbywali mnie i kazali czekać na poród w domu. Tak minął tydzień i zdecydowano, że mam się zgłosić na indukcję. Oczywiście w grę wchodziła tylko kroplówka z oksytocyny, bez innego typu prób, bez testu oksytocynowego. A to wszystko przy zamkniętej i kompletnie nieprzygotowanej szyjce. Tak naprawdę, z góry skazano mnie na cesarskie cięcie.
Na całe szczęście moja intuicja dała o sobie znać w odpowiednim momencie. Szybki telefon do mojego lekarza, relacja tego, co usłyszałam w tej klinice, jego ogromne zdziwienie... I następnego dnia, zamiast na wywoływaniu porodu, wylądowałam na oddziale w Madurowiczu. Tutaj łóżka pozarywane, godziny odwiedzin mocno ograniczone i tylko w specjalnym fartuchu, ale za to byłam pod opieką swojego ginekologa.

Największym szokiem i traumą zarazem było dla mnie pierwsze badanie po porannym obchodzie. Nic to, że badającym był ordynator, a audytorium liczyło około dziesięciu lekarzy (wszak Madurowicz jest szpitalem klinicznym). Nic to, że ledwo wdrapałam się na fotel i w trakcie badania prawie z niego spadłam. Po prostu....w ciągu kilku minut zdałam sobie sprawę, że badanie ginekologiczne, które do tej pory wydawało mi się bardzo nieprzyjemne i chwilami bolesne, w porównaniu z tym szpitalnym mogłabym nazwać... hmmm.. pieszczotą????
Do sali wróciłam ze łzami w oczach i trzęsącymi się nogami. Nagle okazało się, że leci mi krew. Jak dobrze, że moje koleżanki z sali pierwsze porody miały już dawno za sobą... Znalazłam w nich oparcie. Opowiedziałam co i jak. Spotkałam się z ciepłymi uśmiechami i kompletnym brakiem zaskoczenia. Usłyszałam za to, że "teraz powinno przyspieszyć". Nagle ogarnęła mnie totalna panika... Myśl, że to, co właśnie przeżyłam, było dopiero namiastką porodowych zmagań, kompletnie mną zachwiało.

Poza tym jednym, jedynym "incydentem powitalnym" nie mogę złego słowa powiedzieć o oddziale i personelu. No dobra - jedna położna mi podpadła. Była dość gruboskórna (o dziwo, najmłodsza ze wszystkich tam pracujących) i kazała mi samej nieść ciężką walizkę na porodówkę, gdy odeszły mi wody.
Z innymi położnymi dało się sympatycznie porozmawiać, stażystki, które przychodziły robić nam KTG opowiadały o trudach studiów medycznych, a lekarze...lekarze byli nawet przystojni ;-))
Jeden z tych młodszych wpadł na wieczorny obchód w przerwie meczu Polska - San Marino i w zadośćuczynieniu za spóźnienie recytował pacjentkom naprędce ułożony wierszyk. 
Oprócz tego, życie towarzyskie na oddziale kwitło. Niby same baby wokół, ale położne kilkukrotnie musiały zaglądać do naszej sali i prosić o ciszę po 22-ej (a byłyśmy tylko we 3..), tak żywe dyskusje i głośny śmiech nam towarzyszył. Przez ten tydzień szpital stał się moim drugim domem i z dnia na dzień czułam się tam coraz lepiej. Czułam się spokojna pod fachową opieką, a nieustanny kontakt z innymi kobietami w identycznym stanie był miłą odmianą od przebywania wśród ludzi, którzy średnio rozumieli ciężarną u kresu wytrzymałości.

Lekarze dawali mi czas, by akcja rozkręciła się samoistnie. Decyzja o indukcji zapadła, gdy rozwarcie postąpiło na 3 centymetry. "Jeśli nie urodzi pani przez weekend, we wtorek wywołujemy" - oznajmił ordynator. I poszedł do domu. A, że weekend w szpitalu? Niby nic. Gdyby nie to, że był to weekend WIELKANOCNY.

Źródło
Stanęło więc na tym, że święta spędzam w szpitalu. W czwartek powypisywano z oddziału wszystkie pacjentki, które można było wypisać, zrobiono chyba z 8 cesarek, korytarz świecił pustkami. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Przez 4 dni na oddziale był tylko lekarz dyżurujący. Właściwie to dwóch. Na cztery oddziały. Albo mi się wydawało, albo przez dwie doby widziałam nieustannie tego samego doktorka. Pod koniec dyżuru słaniał się na nogach. A potem, gdy myślałam, że już dawno sobie poszedł, pojawił się znowu. Ten sam. Chyba musiał nieźle podpaść, że go tak wrobili.

W Wielkanoc dostałyśmy nawet żurek z jajkiem i kawałek białej kiełbasy na śniadanie. Kiepski był, ale nie byłyśmy stratne, bo bliscy zaopatrzyli nas w świąteczne wałówki. Ustawiłyśmy wszystko na stole, było tego naprawdę sporo. Zrobiłyśmy sobie prawdziwe wielkanocne śniadanie, złożyłyśmy życzenia. Nawet położna do nas przyszła, żeby posiedzieć. Chyba jako jedyne wpadłyśmy na tak, o dziwo, oryginalny pomysł.
Ucztowałyśmy chyba dość długo, bo zanim sprzątnęłyśmy ze stołu, przyjechał obiad.... Na dobrą sprawę - ten dzień minął pod znakiem jedzenia. Nie chcę nawet wiedzieć, jakie to były ilości, Gabrysia wesoło podskakiwała w brzuchu, chyba była zadowolona.

Dzień się kończył, zdawałam sobie sprawę, że jeszcze tylko poniedziałek dzieli mnie od indukcji. Marzyło mi się, by w ten poniedziałek coś się ruszyło. Ale oprócz delikatnych skurczy nic nie zwiastowało porodu. Zresztą, te skurcze pojawiały się codziennie (dużo, duuuuużo chodziłam), więc już się do nich przyzwyczaiłam i nawet przestałam liczyć ich częstotliwość. Leżąc wieczorem w łóżku, usłyszałam ruch na korytarzu. Potem znowu, i znowu. Ktoś obok zaczął rodzić, potem dwie nagłe cesarki. Pomyślałam sobie, że zazdroszczę tym dziewczynom - będą mieć dzieci urodzone 1-go kwietnia. Cudowna data... 
Nie mogłam spać. Co chwilę chodziłam do łazienki. Tak naprawdę byłam ciekawa, co się dzieje na porodówce, miałam nadzieję, że coś zobaczę, usłyszę krzyk narodzonego maluszka...
W końcu wróciłam do łóżka. Zadzwonił telefon. Jakiś pijany gość chciał sobie ze mną pogadać. Nie znałam go, do tej pory nie wiem, kim był. Zdenerwowałam się trochę. Nadal nie mogłam spać.
Na korytarzu znowu ruch. Kolejny poród. Potem cisza... Spojrzałam na zegarek. 50 minut po północy. I nagle poczułam coś dziwnego... Obudziłam dziewczyny.
Chyba odeszły mi wody.

Potem szybka akcja - powiadomienie położnej, lekarza, pakowanie swoich rzeczy, wizyta w dyżurce, wenflon w ręce. Kazano mi iść do pokoju badań i poczekać na lekarza. Usiadłam. Po chwili ktoś wszedł. I wtedy zobaczyłam tego samego, zmęczonego życiem i baaaardzo długim weekendem lekarza dyżurującego...




wtorek, 28 stycznia 2014

Garść niusów.

Źródło: Wikipedia
Tak dawno mnie już u Was nie było.

Oczywiście, czytam Was, kiedy tylko mogę...Czasem co drugie zdanie i jednym okiem, gdy karmię Młodą, czasem w telefonie podczas obiadu albo sprzątania ;-)) Jednak, by napisać jakikolwiek komentarz, potrzebuję obie ręce wolne i całą minutę koncentracji. Nie zawsze mam taką możliwość. Dlatego przepraszam - mało mnie u Was, ale nie z własnej woli. Cieszę się, że mimo to, Was u mnie nie ubywa ;-))

Życie toczy się swoim rytmem. Styczeń minął tak szybko, że nagle ukazała mi się perspektywa wiosny za JEDYNE dwa miesiące (oczywiście jest to wersja optymistyczna), a ta wizja z jednej strony napawa radością, z drugiej - niemałym lękiem. Wiosna 2014 będzie czasem kolejnych wielkich zmian, począwszy od pożegnania z niemowlęctwem Gaby, a na powrocie do pracy skończywczy. Wiosną tego roku będę musiała ogarnąć świat na nowo.

Dlatego teraz staram się wykorzystać ten czas, który mi pozostał. Mam świadomość, że po powrocie do pracy czasu dla siebie samej nie będę mieć już w ogóle, więc nocami czytam książki, umawiam się na randki ze ślubnym i szaleję z dzieckiem, najczęściej tarzając się po podłodze. Cieszę się, że oporny drugi ząbek nareszcie się przebił i przygotowuję się na przyjęcie górnych jedyneczek. Wsłuchuję się w siebie i... rzutem na taśmę staram się podreperować swój nieco nadwyrężony organizm. Takie tam szczegóły - bolące stopy, bolące kolano, bolący łokieć i ręka, która odmówiła prostowania się... Myślicie, że zdążę z tym do kwietnia? ;-)

A teraz biegnę, by poszaleć na blogowisku. Kawka się skończyła, batonik się skończył, ale do czytania nie są mi one w niczym potrzebne !!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Pstrykamy, pstrykamy!!!

Przyznam się Wam, że miałam ostatnio dość duży problem ze zdjęciami, które pstrykam Gabie. 
Dlaczego? 
Dlatego, że większość z nich jest wykonana przy użyciu aparatu w telefonie komórkowym. Owszem, pół roku temu zakupiliśmy lustrzankę, jednak ten ciężki sprzęt nie jest najbardziej poręczny, jeśli chodzi o uwiecznianie codziennych wybryków pełzającego, raczkującego i w końcu chodzącego niemowlęcia. Ciemny obiektyw, długi czas naświetlania, w efekcie wszystkie zdjęcia rozmazane. No i skończyło się na tym, że rolę dyżurnego aparatu przejął telefon.

Problem pojawił się, gdy pomyślałam o tym, że chciałabym te zdjęcia wywołać - fotografie na papierze darzę wielkim sentymentem i nigdy z nich nie zrezygnuję. Te najważniejsze lubię mieć w albumie, czy chociaż w kopercie. Jednak wywołać zdjęcia zrobione komórką? Sporo z tym zachodu. 

Ale ale - może już wiecie, może nie wiecie - pojawiła się nowa aplikacja. Zwie się:



 i umożliwia szybkie wywołanie zdjęć z urządzeń mobilnych.

Sprawa jest prosta: 
  • Ściągamy aplikację ze strony Pstrykamy.pl lub bezpośrdnio z Google Play.
  • Wybieramy fotki z galerii. 
  • Podajemy adres do wysyłki. 
  • Doładowujemy konto. 
  • I...czekamy na przesyłkę pocztową. 


Odbitki można przesłać także bliskim w prezencie. Tylko wtedy naprawdę trzeba uważać, jakie zjęcia poszły do wydrukowania ;-))
Możecie także odwiedzić blog Pstrykamy.pl ---> http://blog.pstrykamy.pl/
 
Cóż więcej mogę dodać? Aha, za kilka dni aplikacja będzie dostępna na telefony iOS (iPhone)! Także pozostaje mi tylko...życzyć Wam miłego pstrykania ;-)

czwartek, 23 stycznia 2014

Co mi w duszy gra(ło)...

Nie pamiętam, by w moim życiu istniał jakiś rozdział bez muzyki.

Podobno już w życiu płodowym mój słuch był bombardowany przez ówczesne hity w wykonaniu osobistej mamy, może więc z przysłowiowymi słuchawkami na uszach po prostu się urodziłam?

Różna była ta muzyka, która towarzyszyła mi od dziecięcych lat. Oprócz Fasolek, Puszka Okruszka, piosenek z Tik Taka i przeróżnych bajek, w odtwarzaczu kasetowym królowała Majka Jeżowska.
Potem przyszedł czas na... niechlubne disco polo. O tak, słuchało się tego... Disco Relax co niedzielę. Dwunastolatce nie przeszkadzały wołające o pomstę do nieba swoją stylistyką i przekazem, teksty. Była fascynacja Piaskiem, Rickym Martinem, Backstreet Boys...Co za czasy! ;-)

Przełomem okazały się trzynaste urodziny i boom box - odtwarzacz kaset i płyt CD wraz z dobrze działającym radiem, który dostałam w prezencie. Trafiłam wtedy, niby przypadkiem, na pierwsze w Łodzi komercyjne radio - Radio Manhattan, dziś już nieistniejące, wspominane za to przez byłych jego pracowników i słuchaczy z wielkim sentymentem po dziś dzień. To właśnie dzięki "manhattanowej" muzyce rozpoczęła się moja, trwająca już wiele lat, miłość do rocka. Dobrego rocka.
Śmiało mogę też przyznać, że mój gust muzyczny niemal kompletnie został ukierunkowany przez najbliższego mojej duszy Radiowca, Bisiora, który obecnie jest kojarzony głównie z Eską Rock. W latach 90-tych Marcin prowadził w Radio Manhattan listę przebojów "20 i 1" - od tamtej pory jest moim autorytetem w każdej muzycznej sprawie. I chyba zawsze już będzie.

Zaliczyłam taki etap, w którym sama poszukiwałam tego, co nowe, dobre i  nieznane. W internetowych czeluściach (dzięki YT i Last FM) wynajdywałam dźwięki, których nigdy nie słyszałam w polskim eterze. Wielokrotnie odsłuchiwałam soundtracki do poszczególnych odcinków amerykańskich seriali (choćby "Grey's Anatomy", który kocham za muzykę) i dzięki temu piosenki z pierwszych list przebojów znałam na długo przed ich pojawieniem się w radio. Tak było chociażby z Adele czy Florence and The Machine ;-).

Wiosną 2013 roku coś się jednak zmieniło. Nagle, ku mojemu ogromnemu smutkowi, muzyka przestała być obecna z naszym domu. Starałam się, próbowałam o nią walczyć...ale wygrały karuzelkowe melodyjki i gadające pluszaki. Wraz ze zwiększeniem się mobilności Gaby, pozostawienie włączonego komputera bez opieki stało się niemożliwe. Zresztą, marudzenie, gaworzenie i radosne piski skutecznie zagłuszają próby zatopienia się w kojących dla ucha dźwiękach. 
Cierpię z tego powodu!!! Cały czas jednak mam ogromną nadzieję, że  zczasem uda się przywrócić dawny stan rzeczy i zaszczepić w latorośli miłość do rocka.Za to z Wami już teraz chciałabym podzielić się kilkoma utworami szczególnie bliskimi mojemu sercu.

Coldplay - Trouble

Danger Mouse & Sparklehorse - Revenge

Strachy Na Lachy feat. Natalia Fiedorczuk - Dziewczyna o chłopięcych sutkach

Kyte - Boundaries

Foo Fighters - Walking After You

A jeśli częstowałabym Was na blogu moimi muzycznymi odkryciami, byłby ktoś chętny, by to czytać/tego słuchać? ;-)

niedziela, 19 stycznia 2014

Co ty robisz, macierzyństwo?

Urodziłaś dziecko. Nieważne, czy stało się to tydzień temu, czy może dzień porodu zaciera się już w twojej pamięci wraz z upływającymi latami. Z dnia na dzień stałaś się Matką i powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś możesz powiedzieć ( a może stwierdzisz to dopiero po jakimś czasie?), że nie jesteś już taka sama jak "przed". Do góry nogami przewrócił się nie tylko świat wokół, ale i Twój system wartości. 
"Macierzyństwo, co ty ze mną robisz?", chciałoby się zapytać. A odpowiedzi nie ma jednoznacznej. Z mojego punktu widzenia pewnym jest jednak, że macierzyństwo łączy, dzieli i zmienia perspektywę.

Macierzyństwo łączy

Pierwsza zmiana, jaką zauważyłam u siebie po urodzeniu dziecka to taka, że nareszcie zaczęłam rozumieć moją Mamę. Mamę - nie boję się tego powiedzieć - nieco nadopiekuńczą. Teraz, nie dość, że przybyło nam wspólnych tematów do rozmowy, to wcześniejsza irytacja wywoływana ciągłą troską o mnie odeszła gdzieś w kąt i nie zamierza wrócić. Nawet te najczarniejsze scenariusze, dotyczące faktu "gdzie jestem i co robię" wydały mi się mniej irracjonalne, gdy po raz pierwszy oddaliłam się od córki na 3 godziny do miejsca, w którym nie należy używać telefonów (czyli do teatru). Uwierzcie mi, że nic nie pamiętam z tego spektaklu! Tyle tylko, że siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się, czy moje kilkutygodniowe dziecko nie umiera z tęsknoty za mamuśką. 
Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że macierzyństwo potrafi łączyć. Nie tylko matki i córki, ale ogólnie dzieciate kobiety. Ogrom blogów parentingowych tylko to potwierdza. Fora internetowe o tematyce ciążowo-dzieciowej pękają w szwach. W końcu nikt nie zrozumie matki tak dobrze, jak druga matka. 
Nawet znajomości ze szkolnych lat potrafią się reaktywować, bo dwie, kiedyś niezbyt lubiące się koleżanki ze szkoły, mają maluchy w tym samym wieku. I nagle nagadać się nie mogą. Bo macierzyństwo to przecież temat bez dna...

Macierzyństwo dzieli

Jest jednak i tak, że będąc matkami skazane jesteśmy na pewnego rodzaju ostracyzm, domową izolację. No bo nie dość, że z takim maluchem nie da się prowadzić życia towarzyskiego, jak do tej pory, to jeszcze to karmienie piersią i inne matczyne powinności... Zdarza się, że dotychczasowi znajomi tylko na początku są zachwyceni naszą pociechą, a potem i wizyty stają się sporadyczne, i nagle nasz numer telefonu znika z ich "top listy"... Jako matki stajemy się niewygodne towarzysko. I choć początkowo może nam to nie przeszkadzać, to z czasem okazuje się, że nie ma już z kim wyjść wieczorem, spotkać się przy piwie (herbatce) lub ponarzekać na facetów..
A jeśli już o mężczyznach mowa... Związki damsko-męskie po pojawieniu się dziecka (najczęściej pierwszego) zazwyczaj nie mają się najlepiej.  Nie mówię, że jest tak w każdym przypadku. Nie twierdzę też, że ten kryzys jest niezmienny i na zawsze, bo najczęściej po jakimś czasie mija. A jeśli nie, to związek się rozpada. Twierdzę natomiast, że płaczący, nie potrafiący mówić, budzący się kilkanaście razy w nocy noworodek jest czasem poważnym wyzwaniem dla obojga partnerów - nie tylko pod względem zrozumienia nowego członka rodziny, ale i zrozumienia siebie nawzajem. Nieprzespane noce, narastająca frustracja, ambicje, by być idealnym rodzicem - tyle wystarczy, by podzielić dwoje kochających się ludzi. Nie jest łatwo żadnej ze stron...
A jeszcze trudniej bywa, gdy frustracji dostarcza nam nadgorliwa babcia/ciocia/teściowa/koleżanka, która "wszystko wie najlepiej". Oczywiście, uważa się za autorytet w kwestii wychowania i pielęgnacji dzieci (w końcu swoich ma kilkoro) i za punkt honoru postawiła sobie uświadomienie młodej mamy w jej powinnościach, z naciskiem na karygodne błędy, jakie popełnia każdego dnia. W takich sytuacjach miarka może się przebrać. Skrytykowany "autorytet" potrafi obrazić się na całe miesiące, a nawet i lata.

Macierzyństwo zmienia perspektywę

I wtedy zastanawiamy się, jak to się stało, że potrafiłyśmy takiej nachalnej, powiedzmy, cioci, wygarnąć co o niej myślimy. Bo kiedyś to nie pisnęłybyśmy słówka, żeby nie zaczynać awantury. Ale macierzyństwo każe nam patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Nie walczymy już dla siebie. Walczymy dla dziecka. I wtedy rosną nam zęby i ostrzą się pazury ;-)))
Z drugiej jednak strony miękną nam serca. Widok chorego dziecka, wiadomość o kolejnym opłakiwanym maluszku, którego nie udało się uratować przez ludzką głupotę... Tyle wystarczy, by łzy płynęły z oczu przez cały wieczór, by mieć w głowie tylko i wyłącznie myśl o niesprawiedliwości tego świata.
Jako matki patrzymy na ludzi, dom, otoczenie przede wszystkim z perspektywy bodyguarda naszego malucha. Stoły, krzesła i szafki stają się zagrożeniem, ekologiczna żywność - największym sprzymierzeńcem, mimo, że wcześniej nie przyszło nikomu do głowy, by czytać etykiety produktów spożywczych. Dni, tygodnie, miesiące i lata planujemy, licząc najpierw wiek dziecięcia, zastanawiając się, co wtedy będzie się w jego młodym życiu działo ("może ząbkowanie to nienajlepszy moment na wakacyjny wyjazd?"). Na wiadomość o grasującym w okolicy bandycie wpadamy w panikę, choć jeszcze jakiś czas temu było nam wszystko jedno...

Jak sobie poradzić z tak nagłą zmianą, często o sto osiemdziesiąt stopni? Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie? Ja zadaję sobie te pytania dość często. Potraficie na nie odpowiedzieć?
Myślę, że najważniejsze, to nie zgubić swojego "ja". Zostawić trochę przestrzeni w tym miękkim, matczynym sercu, przestrzeni tylko i wyłącznie dla siebie. Tego jednak musimy się czasem nauczyć. A i tak, mimo wszystko, dziecko (dzieci) będą dla nas najważniejsze...


piątek, 17 stycznia 2014

Kilka słów o "Nimfomance".

Postanowiliśmy ze Ślubnym zaszaleć. Ponieważ ostatnio poziom naszego "ukulturalnienia" niemalże sięgnął dna (powód z pewnością znacie), postanowiliśmy szaleństwem uznać sobotni wypad do kina. 
Wybór filmu był dość trudny, bo ostatnio sporo wartościowych premier zaistniało na ekranach. Nie zastanawialiśmy się jednak zbyt długo, gdyż zwykle decydujemy się na to, co najbardziej kontrowersyjne. Padło więc na "Nimfomankę" Larsa von Triera, film budzący kontrowersje od chwili, w której reżyser upublicznił zamiar jego stworzenia. W mediach zawrzało, pojawiły się spekulacje o tym, że będzie to soft porno, że aktorzy będą uprawiać seks na planie itp itd. Jakiś czas temu atmosferę dodatkowo podkręciła seria filmowych plakatów:


Seans  pierwszej części "Nimfomanki" znaleźliśmy tylko w jednym kinie studyjnym w naszym mieście. O dziwo, okazało się, że nie gra go żaden multipleks, a sala, w której film wyświetlano, liczy jedynie czterdzieści kilka miejsc. Przy kasach gigantyczne kolejki. Przekrój wiekowy widowni bardzo szeroki, zdominowany przez osoby w wieku raczej dojrzałym. Czuliśmy się jak szczyle ;-))) 

Nie ukrywam, że nieco bałam się tego filmu. Von Trier jest specyficznym reżyserem, a po "Antychryście" doskonale wiedziałam, do czego jest w swej twórczości zdolny. Było jednak o wiele lepiej niż się spodziewałam. Przywitał mnie przepięknie pokazany deszcz padający w ciemnym miejskim zaułku. Sfilmowana została wędrówka każdej kropli - od nieba aż po bruk. Potem muzyka Rammstein, która rozładowała nieco napiętą atmosferę. Fantastycznie prowadzona narracja w formie rozmowy Joe i Seligmana, która chwilami sprowadzała opowieść tytułowej nimfomanki do granic absurdu - trywialnej wyliczanki, czy też próby akademickiego usystematyzowania wspominanych przeżyć. Było więc sporo śmiechu, choć raczej gorzkiego. Film jest bowiem przerażająco smutny, a to dopiero wstęp do wydarzeń z części drugiej, która wchodzi na ekrany pod koniec miesiąca.

Sceny seksu? Były, oczywiście. W końcu film traktuje o kobiecie od tego dobra uzależnionej. Ilość scen erotycznych na szczęście nie przytłacza, jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba, aby Joe mogła płynnie snuć swą opowieść. Wbrew opinii niektórych, do porno tym scenom jednak daleko. I dobrze, bo kontrowersje też powinny mieć swoje granice.
Być może zapytacie mnie, czy mogę Wam "Nimfomankę, cz.1" polecić. Nie polecam. Ale i nie odradzam. Moim zdaniem Lars von Trier zrobił dobry, naprawdę dobry film. Jednak decyzję o zobaczeniu go każdy musi podjąć dam, ponieważ ta historia zostaje w pamięci na długo. Przeżywa się ją po wyjściu z kina, myśli o tym, co będzie dalej, próbuje zrozumieć bohaterkę. Jeśli masz słabe nerwy i nie lubisz mocnego kina, nie oglądaj. Bo po obejrzeniu pierwszej części chce się koniecznie zobaczyć ciąg dalszy, a już same zapowiedzi drugiej "Nimfomanki" budzą we mnie wątpliwości, czy będę w stanie tę historię emocjonalnie przetrwać do końca...



środa, 15 stycznia 2014

"Moje" miejsca w blogosferze.

A jednak - publikacja przemyśleń na temat blogosfery utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje odczucia nie są wcale odosobnione, a temat, który poruszyłam, nieustannie wzbudza emocje wśród piszących i czytających.
Jeśli macie ochotę na więcej socjologiczno-blogowych spostrzeżeń, zachęcam Was do przeczytania wpisu "Co Ty wiesz o blogowaniu?" autorstwa Marty W. Genialnie napisany tekst, zawarte jest w nim wszystko to, o czym ja zapomniałam, albo wolałam pominąć..

Dziś chciałabym przedstawić Wam te blogi, które są popularne, mega popularne, szalenie popularne, czy też w końcu - są klasykami. I może słowo "przedstawić" brzmi tu nieadekwatnie, bo większość poniższych pozycji jest znana niemal każdemu, kto orientuje się, co w trawie piszczy ( uświadomcie mnie, jesli się mylę).
W każdym bądź razie wybrałam tych polskich autorów, którzy, moim skromnym zdaniem, cały czas są wierni sobie, autentyczni, robią to, co do nich należy. Te miejsca w Sieci uwielbiam, systematycznie odwiedzam i podziwiam za każdym razem, gdy jest mi dane popatrzeć i poczytać.

(* wszystkie obrazki są własnością twórców opisywanych blogów, zostały podlinkowane i prowadzą do poszczególnych stron www.)

1. Wawrzyniec Prusky.

Młodsi blogerzy mogą WP nie kojarzyć, ponieważ przestał regulanie pisać w 2009 roku. Wawrzyniec Prusky to bodajże pierwszy polski bloger, który wydał książkę z fragmentami opowieści, dostępnej pod powyższym adresem. W czasach, gdy zaczynałam przygodę z pisaniem, ten koleś był swoistym guru. I słusznie. Blog czyta sie jak powieść, a jedynym grożącym na tej stronie niebezpieczeństwem jest notoryczne opluwanie monitora. Ze śmiechu. Co więcej - WP można nazwać jednym z pierwszych blogerów "parentingowych" - mimo, że wtedy jeszcze nikt tej nazwy nie używał.


2. Matka Sanepid.




MS to moje osobiste guru, jeśli chodzi o pisanie o dzieciach. Jest bezbłędna, jej poczucie humoru trafia do mnie w stu, a może nawet dwustu procentach - poprawia nastrój, pozwala złapać dystans do problemów dnia codziennego, szczególnie tych związanych z macierzyństwem. 


3. Moje Wypieki.



To juz zupełnie inna kategoria - kulinarna. Z dokonań Pani Doroty korzystam, gdy chcę upiec coś, co da mi stuprocentową pewność, że:
- uda się
- będzie smaczne.
I nigdy się nie zawiodłam. Podziwiam jej talent kulnarny. Podziwiam te cuda, które wychodzą spod jej ręki i czasem po prostu przeglądam poszczególne strony, aby nasycić oczy. Dla mnie ewenement! Prawdziwy diament!


4.  One Little Smile.




Blog zupełnie inny od poprzednich - lifestylowy. Paula pisze o wszystkim, co ją interesuje - począwczy od przeglądu nowości w znanych sieciówkach, przez przepisy kulinarne, po tworzenie prostej grafiki wektorowej. Zresztą sama grafika bloga jest tak wysmakowana, że koi moje oczy i powoduje uśmiech na twarzy. U Pauli lubię to, że bloguje z ogromną pasją. I to naprawdę widać!


5. Kantorek Katjuszki.
Muszę przyznać, że początkowo bardzo nieufnie podeszłam do Katjuszki i jej Kantorka. Zajrzałam z ciekawości, potem jeszcze i jeszcze raz... No i się zakochałam. Zewsząd bije fotograficzne piękno. Ten blog jest dowodem na to, że nie trzeba wiele pisać, by opowiedzieć o emocjach. 

Istnieje oczywiście jeszcze wiele, wiele innych... Nie byłabym w stanie wymienić i opisać wszystkich. Ciekawa jestem natomiast Waszych ulubionych miejsc w blogosferze, takich "naj", takich, których odwiedzanie sprawia Wam wyjątkową przyjemność. Piszcie! ;-)




wtorek, 14 stycznia 2014

Bloger kontra bloger.

Niewielu z Was, Moi Drodzy Czytelnicy, wie, że pięć lat przypadających na naukę w szkole wyższej spędziłam, wgłębiając się w socjologiczne zawiłości. No cóż, przynajmniej próbowałam się w nie zagłębić, bo ogrom teorii czasem mnie po prostu przerastał i przegrywał z sennością lub zwyczajną nudą. Pisałam jednak dwie prace dyplomowe. Jedna dotyczyła świadomości ówczesnych nastolatków na temat HIV/AIDS, druga - zachowań seksualnych studentek :-) W socjologii bowiem najfajniejsze jest to, że można napisać o wszystkim - byle dotyczyło ludzi. 

Dziś jednak wybrałabym zupełnie inny temat. Napisałabym o Was, o nas, o nich... O blogosferze. Bo to popularne w ostatnich latach zjawisko zaczęło się dość niepostrzeżenie zmieniać. 
A może nie? Może to, o czym myślę, istniało już dawno? Ciemna strona tej społeczności. Oczywiście pierwsze, co przychodzi na myśl to hejterstwo, ostatnimi czasy wszechobecne. Podobno ilością hejterów mierzy się nawet popularność blogera i jego twórczości. Choć w walce z takim hejt-uparciuchem nie ma najmniejszej nawet frajdy.

Jest jednak coś, co ostatnio rzuca się w me oczy ze zdwojoną siłą. Chodzi o podziały w blogosferze, na tych 'lepszych' i 'gorszych', na 'zwykłych' i tych 'wow'. Na piszących z przyjemnością i pasją oraz tych zaciekle walczących o popularność.  Oczywiście, istnieje wiele MEGApopularnych blogów, które są tworzone sercem i napisane tak, że ja sama mogłabym jedynie pomarzyć o podobnej lekkości pióra i płodności literackiej. Jednak pewna część blogosfery ewoluuje w niebezpieczną stronę swoistego 'celebryctwa'. Czy przesadzę, jeśli wspomnę też o pewne rodzaju sprzedajności? 

Czy mi to przeszkadza? Nieszczególnie, bo czytam to, co lubię. Na to, czego nie toleruję, czasem zerkam z ciekawości. Jednak smuci mnie taki obrót sprawy, bo z pisaniem w sieci identyfikuję się już od prawie dekady. I jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł zbadania obiektu mej irytacji i opisania tego choć paranaukowo, to ja bardzo proszę o jeden egzemplarz na własność. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Życiowa rozbieżność.

    Trochę dziwnie się zrobiło. No bo powiedzmy sobie szczerze - pozytywne myślenie i wielkie plany to jedno, a rzeczywistość - drugie. Te dwa powyższe znacznie się między soba różnią. Prawda? A może to ja jestem taką pesymistką z natury?

Szybko okazało się, że nie można mieć i robić wszystkiego. Z czegoś zdecydowanie muszę zrezygnować. 
Na razie ciało zdecydowało za mnie i wyśmiało chęć powrotu do aktywności fizycznej. Kolano boli przy najmniejszym dotyku, domaga się lekarza. Fitnessować się zatem nie będę. Przynajmniej na razie. A szkoda, bo zrobić coś dla siebie jestem w stanie właściwie tylko poza domem. Będąc w zasięgu rąk i wzroku Gaby, tworzenie czegokolwiek bez jej udziału stało się kompletnie niemożliwe. Do komputera też pannę ciągnie niemiłosiernie. Zastanawiam się nawet, czy kiedykolwiek doczyszczę monitor ;-))

Nie chcę rezygnować z bloga. Niestety, Projekt Samo_się od 2-3 tygodni odbywa się już bez mojego wkładu, całość ogarnia Przewijka, bo mój czas skurczył się do minimum. Muszę wybierać - albo napisać post, albo poczytać blogi, albo powrzucać linki z Waszymi relacjami na fb, albo poczytać, co dzieje się na świecie. Dzieć sypia w dzień około godziny. W porywach do półtorej. Spać chodzi poiędzy 22 a północą. Gdy kilka  razy G. padła po 20-tej po braku drzemki w dzień, robiła nam miłe pobudki po północy. A potem usypianie trwało 2-3 godziny... I gdzie tu sens, gdzie logika?

Szukam sposobu, by ogarnąć tę rzeczywistość. Pełną marzeń, ambicji, wyznaczonych celów. Jednak mycie zębów i robienie śniadania z dzieckiem na ręku nieco utrudnia ten pozytywny start. Budzi się zwątpienie. Dam radę? Kurczę, jest jakakolwiek szansa, że dam radę??
Potrzebuję rady, wskazówki, jakiegoś pozytywnego rozwiązania. Jakie są Wasze sposoby na ogarnięcie rzeczywistości? Jakim cudem wyrabiacie się z życiem i blogiem? Wiem, że jakiś czas temu Kobieta mzik pytała o to samo, więc chyba nie ja jedna mam taki problem.
Piszcie, pomóżcie! ;-)