poniedziałek, 10 marca 2014

Teren podminowany, czyli bez kija nie podchodź.

Czy zdarza Wam się czasem wstać lewą nogą i od rana mieć wyjątkowo podły nastrój? Jeśli nie - musicie być szczęściarzami. Ja od samiutkiego ranka (mimo, że noc przespana do 8-ej) byłam dziś w trybie "bez kija nie podchodź". Mina grobowa, ciało bezwiednie snuje się po domu, ego litościwie użala się nad swym losem. Masakra totalna. 



Taka sytuacja jest niezdrowa i dla samego podminowanego, i dla otoczenia. W dodatku dzieć, choć młody i niedoświadczony, odczuwa negatywne wibracje wyjątkowo dotkliwie, o czym pisałam niedawno tutaj ---> To nie jest dziecko na nasze nerwy. Trzeba się jak najszybciej i najskuteczniej ogarnąć. Tylko jak?

Naiwnie wierzę, że nie tylko ja jestem zmienna jak sinusoida, dlatego przygotowałam Wam kilka propozycji na poprawę nastroju. W wersji totalnie zminimalizowanej, żeby grymaśna niczym pogoda w marcu baba nie mogła nawymyślać, że "tak się nie da, bo..".
Da się. No bo jak to... Tobie miałoby się nie udać? Tobie??? Weź się Kobieto ogarnij!


1. Wypłacz się. 
No co? Przecież to pomaga! Jeśli czujesz, że sam płacz to za mało, możesz coś nawet popsuć, zniszczyć, spalić albo potłuc. Tylko potem nie żałuj! Faceci tak robią i jakoś żyją bez dozgonnych wyrzutów sumienia.

2. Wygadaj się.
Zadzwoń do mamy/siostry/przyjaciółki i wylej swe żale. Hurtem. Bez zahamowań. Pamiętaj tylko, by nie dzwonić do osoby, która najbardziej Ci podpadła, bo cała sprawa może skończyć się jeszcze większą aferą. Aha, jeśli masz problem z facetem, nie wygaduj się innemu. Nikt w tej sprawie nie zrozumie Cię tak dobrze, jak druga kobieta. 

3. Zjedź coś.
Nie od dziś wiadomo, że jedzenie poprawia humor. Ale...stop! Na Boga, niech to będzie bomba witaminowa, nie kaloryczna! Po tej drugiej będziesz mieć jeszcze większe wyrzuty sumienia. Witaminy pochodzące z czekolady z orzechami się nie liczą!
Nawet, gdy pozornie nie ma nic w lodówce, mądra kobieta zawsze coś wykombinuje. Ja znalazłam sałatę lodową, czerwoną fasolę i jajka. Była pyszna sałatka! Choć wyglądała obrzydliwie, bo fasola pływała w sosie chilli.

4. Umyj i uczesz włosy.
No ej, nie śmiejcie się... To wcale nie jest takie oczywiste, gdy ma się roczną zajrzydziurę w domu...

5. Zrób sobie makijaż.
I to taki, żebyś mogła na siebie patrzeć nie jęcząc z rozpaczy nad swym marnym żywotem. Codzienny spacer też sprawi Ci wtedy więcej radości. No i ludzie nie będą przed Tobą uciekać. 
Nie masz czasu na makijaż? Dziecko zjadło Ci wszystkie tusze i błyszczyki? Kup sobie czerwoną szminkę. Podobno ten jeden kosmetyk nałożony na usta sprawia, że cała twarz wygląda bardziej promiennie i wyraziście. Czerwień przyciąga spojrzenie, więc nikt nie zauważy Twoich pryszczy i cieni pod oczami po kolejnej nieprzespanej nocy.

6. Zagadaj do kogoś.
Jesteś już na spacerze, prawda? Jesteś wypłakana, najedzona, masz czyste pachnące włosy i choćby szczątkowy makijaż. Pogadaj sobie z kimś! Może sąsiadka wyszła na spacer ze swoją pociechą albo jakiś przystojniak prowadzi na smyczy psa, za którym Twe dziecię szaleje. Co Ci szkodzi nawiązać rozmowę?
Jeśli już kompletnie nie możesz nikogo spotkać, albo masz zdolność przyciągania do siebie samych dziwnych typów, wejdź do jakiegoś osiedlowego sklepiku, w którym świeci pustkami. Tam zazwyczaj panie tak się nudzą, że żadnemu klientowi nie przepuszczą dziesięciominutowej pogawędki.

7. Przytul się i pobaw z dzieckiem.
Prawda jest taka, że najlepszy poprawiacz nastroju masz cały czas przy sobie. Bardzo, bardzo blisko. Czasem nawet tak blisko, że nieustannie wisi na Twoich rękach lub szyi. Przytul dziecia. Zrób z nim barana, noski-noski, idzie rak nieborak, pohuśtaj na nodze, zrób karuzelę i ciesz się razem z maluchem. Popatrz, jak się śmieje. Zróbcie razem coś totalnie szalonego. W sumie dlaczego nie możnaby porzucać się niedojedzoną kaszką? Ubranie się wypierze, a pole walki sprzątnie.

A jeśli to wszystko Ci nie pomoże to znaczy, że ten dzień po prostu musiał być tak beznadziejny. Mam dobrą wiadomość - jutro będzie kolejny. Lepszy i pełen cudów. Uwierz w to, bo dobre nastawienie to najlepszy klucz do sukcesu!

niedziela, 9 marca 2014

Nie mam się w co ubrać!

Wielkimi krokami zbliża się koniec mego macierzyńskiego. Wracam więc do pracy. Ożeszku.. włoski! Znów cały świat stanie na głowie, a tytuł bloga w końcu będzie miał swe odniesienie do rzeczywistości. 


Trochę nawet się cieszę. Przez ostatni rok spędziłam w naszym mieszkaniu tyle czasu, że aż mi obrzydł mój ukochany kolor zielony. A praca? To coś jakby....wolność.
Zaistniał jednak problem. Duży. Ogromny, niczym me szlachetne cztery litery. No bo... nie mam się w co ubrać!

Źródło

Znacie to? Haha! Pewnie, że znacie. Ale nie myślcie sobie, że to kokieteria, którą zwykle uskuteczniamy wobec swych mężów i kochanków. Nie, nie... Teraz NAPRAWDĘ nie mam się w co ubrać.
No... dresy, para jedna. Legginsy, par dwie, w tym jedne z dziurą. Jeansów pary trzy, ale jedne są za duże i sprane, a drugie to niskie biodrówki i cały pociążowy balast wygląda w nich jak kiepskiej jakości baleron. Trzecie są jasne (bardzo jasne) i pogrubiają. No. Mam wymieniać dalej?

Skompletowanie garderoby w pierwszych miesiącach po porodzie zwyczajnie sobie odpuściłam. Z premedytacją. Wymówkę miałam przednią - przecież niedługo schudnę i znów trzeba będzie mniejsze kupować. A poza tym w przedciążowe się zmieszczę. W końcu czeka ich na mnie pełna szafa i dwie komody.

Czy schudłam? No schudłam... Ale tylko połowę z tych czternastu. Trudniej niż zwykle było poćwiczyć i te ciastka takie smaczne... A kawa bez słodkiego przecież nie istnieje! To co, że dziennie wypijam ich cztery.
Wymówkę zawsze jakąś mieć trzeba.

Chodzę więc po sklepach. Szukam. Oglądam. Przymierzam. Nie ma nic. A jak coś jest, to drogo. Do jednej bluzki w Mohito robiłam trzy podejścia. Najpierw nie było mojego rozmiaru. Potem przy kasie okazało się, że poszłam na zakupy bez karty (o gotowce już nie wspomnę), za trzecim razem jakoś się udało. Ale jedna bluzka to za mało. A za każdym razem, gdy wybieram się do CH, wracam z jakimś dziecięcym ciuchem. Tak, jakbym w akcie totalnego szaleństwa wymyśliła sobie, że zmieszczę się w niemowlęce 86.

A może do pracy da się chodzić w piżamie? O! Mam taką ładną, zieloną, z jakimiś kotami.. Troczek ma pod biustem i falbankę na dole. Może się nie zorientują, że to ciuch do spania?


sobota, 8 marca 2014

Mania fotografowania!

Foty, fotki, foteczki - która mama przyzna się, że stroni od robienia zdjęć swojemu maleństwu? Nawet, jeśli to "maleństwo" jest już całkiem całkiem duże... Mnie do fotografowania ciągnie już od jakiegoś czasu, przyznaję, że z różnym skutkiem i faktyczrnie o wiele więcej zdjęć wyprodukowałam przez ponad dziesięć miesięcy życia Gaby, niż w ciągu całego swojego wcześniejszego życia ;-) Pięćdziesiąt uśmiechów dziennie, pierwsza marchewka, pierwszy soczek, pierwsze chwile na czworaka i dwóch nóżkach. Takie chwile warto utrwalić, by do nich wracać po tygodniach, miesiącach, latach..

Przyznaję jednak, że największym sentymentem darzę fotografie wakacyjne. Wyjazdowe. Lub też okolicznościowe, robione w domu w świątecznej atmosferze. Czasem udaje się magię chwili zatrzymać dzięki szybkiemu pstryknięciu aparatu.



Dlatego właśnie do fotoramki Instadruku w ramach współpracy Ma(m)fijnej wybrałam 4 zdjęcia upamiętniające chwile dla mnie niezwykłe. Pierwsze dwa przedstawiają mnie i Ślubnego podczas wakacji 2012 w Maroko - Gaba tez już była z nami, od 5 tygodni w moim brzuszku ;-)




Kolejna fotografia do nasza córa podczas spaceru po Białowieży w sierpniu 2013. Ostatnie zdjęcie przedstawia całą naszą trójkę w dzień Chrztu Św. Gaby. Każdy ze wspomnianych momentów był wyjątkowy. A dzięki fotoramce nasze uśmiechnięte twarze mogą nam towarzyszyć każdego dnia i przypominać o słonecznych dniach, nawet w środku zimy.

Ramka ma wymiary 30x30 i jest przepięknej urody. To połączenie popularnej antyramy z tradycyjną ramką na zdjęcia. Tyle, że zamiast jednej fotki, można ich mieć w jednym miejscu nawet 9!! Białe tło i rama doskonale pasują do każdego wnętrza, na pochwałę zasługuje również solidne wykonanie - twarda płyta i metalowe elementy. Wygląda na to, że ramka posłuży nam przez długie lata.


Plusem jest również jakoś wydrukowanych zdjęć. Nasze robione były zwykłą cyfrówką, a w wersji drukowanej nie mam im nic do zarzucenia.

Jeśli chodzi o samą obsługę Instadruku - jest to rzecz tak prosta, że nawet największy komputerowy laik sobie poradzi. I wcale nie trzeba mieć konta na Instagramie, bo równie dobrze można zamówić wydruk zdjęć wysłanych bezpośrednio z dysku naszego komputera. Jednym słowem - warto zwrócić uwagę na instadrukowe usługi. A ja chyba mam już pomysł na prezent, bo moi rodzice ramką są zachwyceni. Ciekawe, co będzie, gdy pokażę im całą resztę Insta-cudów, o których będziecie mogli poczytać na innych blogach współpracujących z Mamfią.




piątek, 7 marca 2014

Dzień Kobietek.

Tak, tak! W końcu dziewczynki to też kobiety... I też należy im się prezent z okazji jutrzejszego święta.

Ja zrobiłam Gabie niespodziankę już dzisiaj. Wypatrzyłam, że na naszym placu zabaw nareszcie wymienili huśtawki na takie, w których bez problemu można huśtać maluszki. No i poszłyśmy! Radość była. Wprawdzie nie był to wybuch, ale uśmiech nie schodził z małej dziewczęcej buźki.




Już nie mogę się doczekać prawdziwej wiosny i szaleństw na świeżym powietrzu. Małe nóżki tuptają coraz pewniej...i wcale nie chcą wozić się w wózku!

czwartek, 6 marca 2014

Dzieci to cyborgi.

- Dzieci to cyborgi. - rzekła niemrawo matka wpatrując się bezsilnym wzrokiem w filiżankę z trzecią tego dnia zimną kawą. W powietrzu unosiła się woń dziecięcej kupy. Atmosfera była już i tak nieznośnie nieznośna, a tu jeszcze dziecko musiało wsadzić rękę do nocnika i umazać się swoimi ekskrementami. Matka, wspominając moment, gdy zobaczyła uradowaną buźkę swej potomki przyozdobioną brązowym plackiem, opadła bezwiednie na fotel i bezgłośnie załkała.

Spojrzała pytająco na obrzydliwie słodką kawę zabieloną mlekiem modyfikowanym, ale ta ani myślała się odezwać. Powoli tylko kurczyła się w swej bezradności, całkowicie po chwili znikając.

- Trudno. - powiedziała matka. - Znajdę sobie inną przyjaciółkę.

Korzystając z chwili błogiej ciszy zakończonej trzygodzinnymi próbami uśpienia dziecka, matka przymknęła oczy i wygodniej ułożyła się w fotelu. Zasnęła dość szybko. W końcu cztery godziny snu w  nocy to jednak niekoniecznie dużo. 

Wtedy przed oczami pojawił się on. Był jeszcze przystojniejszy niż w tv, choć niższy i ogólnie drobniejszy. "No tak" - pomyślała. "Jednak legendy o tym,  jakoby telewizja miała pogrubiać nie są wcale przesadzone". Nie przeszkadzało jej to jednak. Podszedł do niej i bez zbędnego gadania przykrył polarowym kocem. Kazał odpoczywać. Zapewnił dziesięć razy, że naprawdę zajmie się dzieckiem. Przyniósł z kuchni herbatę z cytryną, pół kilo pierników i zarzekał się, że jak pójdzie jej w biodra, to może go zdzielić po pysku.
Uśmiechnęła się błogo, zamknęła oczy. On podszedł bliżej i dotkął jej twarzy. Jego skóra była tak miękka. Ciepła, delikatna, nieco obśliniona... 
Nagle poczuła, że ta ciepła dłoń zaczyna ją nieporadnie okładać po policzkach... szczypać w ucho..

Otworzyła oczy. Z odległości dziesięciu centymetrów patrzyły na nią pełne rozbawienia niebieskie ślepia.  Małe paluszki próbowały chwycić ją za włosy. Sczczerbata paszcza obśliniła czoło. 

Z gardła matki wydobył się jęk...





środa, 5 marca 2014

Krymskie wspomnienia.


Przedziwny czas nastał. Próbując przyswoić sobie jakiekolwiek wiadomości nie ma opcji, by nie został człowiek zaatakowany infrmacjami ze wschodu. Ukraina, Rosja, Kijów, Krym, Moskwa... Czający się pod skórą strach, groźba wojny...tak blisko. Relacje z kolejnych zbrojnych starć.. Niepokój jest tym większy, im bardziej znajoma jest sceneria, konkretne miasta, miejsca, ulice. 


Patrząc na to, co dzieje się na Krymie, nie jestem w stanie nie myśleć o naszych pierwszych wspólnych wakacjach. Wspominam, przeglądam fotografie... Byliśmy tam ze nieŚlubnym jeszcze w 2011 roku, zastaliśmy sielankową, leniwą, wakacyjną Ukrainę i życzliwych ludzi. Widoki - bajeczne.


























Jako środek transportu na Krym wybraliśmy kolej - z Kijowa do Symferopolu jechaliśmy około 20 godzin, na szczęście nocą ;-) Ukraińska (jak i ta transsyberyjska) kolej ma to do siebie, że lokomotywa ciągnie czasem kilkadziesiąt wagonów, a komfort podróży zależy od klasy przedziału, którą wykupimy.
I tak - klasy są cztery: luks czyli sypialny przedział luksusowy dwuosobowy, kupe - czteroosobowy przedział sypialny, plackartny - wagon sypialny bezprzedziałowy, w którym są jedynie ścianki działowe pomiędzy 6 łóżkami...i to w sumie tyle. Aha, jest jeszcze tzw. obszczyj...ale w pociągach dalekobieżnych raczej go nie uświadczymy. Na szczęście.








A tak wygląda wybitnie niewyspany pasażer kolei po kilkunastu godzinach podróży.

Wybraliśmy plackartny nie tylko ze względu na przystępne ceny - uznaliśmy, że może być to ciekawa przygoda i okazja do integracji z tubylcami. I nie pomyliliśmy się, w pociągu panowała atmosfera, której nie uświadczycie w naszych PKP. Każdy wagon ma swojego opiekuna rozdającego pościel, herbatę i kawę parzoną po turecku ( koniecznie w szklankach z metalowymi koszyczkami!), ale przede wszystkich pilnującego porządku i ciszy nocnej. Tak, tak! Po 22-ej zostało nam zgaszone światło a rozmawiać można było tylko szeptem.

I tak się nie wyspaliśmy, bo dostaliśmy górne łóżka - trzeba było mocno się trzymać, by nie spaść podczas hamowania!

Koktebel. 35 stopni Celsjusza w cieniu, a tu dwa kilometry do plaży. Jak widać - cienia w dalszej perspektywie ni chu się nie uświadczyło.

Zwierzyniec za to można było spotkać przeróżny na tym krymskim stepie. Co do pająka - nie pytajcie, nie mam pojęcia, co to za jeden. Zdjęcie zostało zrobione na oślep, gdy wracaliśmy już nocą z plaży i stwierdziliśmy, że coś nam łazi po stopach, po czym spiernicza do takich małych dziurek w glebie. No i... nie miałam ochoty już chodzić po zmroku. Bo to coś w rzeczywistości było trzy razy większe.

Więcej już nie gadam - lepiej tu opowiadać obrazem.





























Komu kwasu chlebowego??? Nigdy wcześniej i już nigdy później nie piłam tak smacznego napoju bezalkoholowego! Świetna alternatywa dla wyrobów piwnych ;-)























































Chciałoby się tam wrócić, ale czy będzie nam dane?

wtorek, 4 marca 2014

O siedmiu serialach, których nie obejrzałam do końca...

... bo zabrakło mi czasu. Albo zabrakło miejsca na darmowych serwerach. Były też takie, które zwyczajnie mnie nie wciągnęły, ale te należą do mniejszości, bo doprawdy - jestem serialową maniaczką. 


A nie, zaraz... Ja BYŁAM serialową maniaczką.
No bo teraz to... sami wiecie ;-)

Nie da się obejrzeć wszystkich seriali, które są tego warte, nawet jeśli ograniczymy się tylko do amerykańskich. Poza tym, badźmy szczerzy - siódmy czy dziesiąty sezon nie robi już na widzu takiego łał, jak 2-3 początkowe. Dlatego niezmiennie będę twierdzić, że o wiele lepsze wrażenie pozostawiają po sobie produkcje, których twórcy nie próbują przeciągać w nieskończoność na zasadzie "dobrze się sprzedaje, zróbmy tego więcej". I tak do znudzenia, choćby główny bohater miał trzy razy zmartwychwstać.
Mimo wszystko, większość z pozycji z poniższej listy chciałabym kiedyś obejrzeć do końca. I powiadam Wam, zrobię to. Choćby miało to być dopiero na emeryturze. 



1. Dexter

Ależ to był szał!! Krew sikała po ścianach, komponując najpiękniejsze czerwone abstrakcje, jakie nasze pokolenie widziało! Rudowłosy (?) spec od owej krwi, pracujący w departamencie policji, okazywał się seryjnym mordercą, który... ratował świat! Morderca - bohater, zabijał tylko innych, przebrzydle seryjnych i zdegenerowanych typów. "Dexter" był chyba pierwszym serialem stacji Showtime, który zdobył tak wielką popularność. Szalałam za nim i ja, ale tylko przez pierwsze trzy sezony. Szczerze mówiąc nie pamiętam, dlaczego przestałam oglądać kolejne odcinki. Żałuję i to bardzo!

A jeśli już jesteśmy przy Michaelu C. Hall'u.. Pamiętacie jeszcze jego bajeczną rolę homoseksualnego Davida - jednego z braci Fisher, prowadzących dom pogrzebowy? Według mnie był najbardziej wyrazistą postacią w Six Feet Under, choć to w Peterze Krause się podkochiwałam. Tematyka serialu była nietypowa jak na "tamte czasy" (2001-2005), bo traktowała głównie o śmierci... Nie pamiętam innej, tak odważnej produkcji, która powstałaby w tych latach.
Z tego, co pamiętam, nie udało mi się znaleźć ostatniego sezonu SFU, nad czym długo ubolewałam. Jakiś czas później niechcący przeczytałam zakończenie... No i sprawa się rypła. I było mi smutno.

3. Californication

Kolejny hit stacji Showtime i David Duchovny, w którym absolutnie do szaleństwa kochałam się jako nastolatka. W roli Hanka Moody'ego Duchovny rozwalił mnie całkowicie, w trakcie samego pierwszego sezonu straciłam przytomność z uwielbienia jakieś sto tysięcy razy, a potem coś (znowu nie wiem, co) się zadziało i kolejnych odcinków już nie obejrzałam. Łot e szejm!
Kiedyś do niego wrócę, nie tylko dla mojego ulubieńca, bo tu moją ulubioną postacią jest jednak Charlie i jego małżeńskie "perypetie".

4. Mentalista (The Mentalist)

Historia pewnego oszusta, który po stracie żony i córki postanawia dorwać mordercę. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, ale ów oszust przestaje oszukiwać, zatrudnia się w CBI (Kalifornijskie Biuro Śledcze) i mimo, że jest obłędnie inteligentny i przystojny, to żyje w celibacie.
Lubiłam. Wielbiłam. Kochałam. No ale, kurwa! Ile lat można szukać jednego Red Johna? Daję słowo, wnerwiłam się i rzuciłam Mentalistę po czwartym sezonie. Moje nerwy po prostu już tego nie wytrzymały. Przyznaję, wciąż jestem ciekawa rozwiązania zagadki i może kiedyś się pokuszę o dokończenie serialu, zwłaszcza, że prawda (podobno) wyszła już na jaw i moja ciekawość ma sporą szansę na zaspokojenie.

5. Dochodzenie (The Killing)

Najlepszy serial kryminalny, jaki kiedykolwiek widziałam. A widziałam cały jeden sezon. Nie pamiętam, co takiego się zdarzyło, że nie sięgnęłam po kolejne (skleroza?), ale mam nadzieję, że są równie mroczne i profesjonalnie zrealizowane. Serial opowiada o zabójstwie młodej dziewczyny i późniejszym śledztwie w tej sprawie, a mrocza atmosfera przenika widza do szpiku kości. Zresztą, najlepszą rekomendacją jest to, że w "The Killing" maczała palce Agnieszka Holland. Nie oglądajcie tego po ciemku.

6. Białe Kołnierzyki (White Collar)

W przypadku White Collar nie jest tak źle, bo w plecy mam tylko ostatni sezon i zamierzam go nadrobić, jak tylko me dziecko pójdzie do przedszkola lub wyjedzie na najbliższe kolonie.
Neal Caffrey jest absolutnie najbardziej charyzmatyczną serialową postacią w moim osobistym kobiecym rankingu. Błyskotliwy, przystojny, szarmancki i do tego piekielnie zdolny fałszerz dzieł sztuki współpracujący z FBI. To pierwszy powód, dla którego warto obejrzeć ten serial. Drugim powodem są świetnie napisane komiczne dialogi. W sumie trudno określić, czy to bardziej film akcji, czy dobra komedia.

7.  Homeland.

Zaczęłam oglądać, gdy TVP rozpoczęła emisję. Ale kolidował mi z innym serialem w TV ;-)))
W efekcie skończyło się na 6-7 odcinkach, ale daję słowo, że skonam, jeśli nie obejrzę. Mało który serial potrafił mnie tak zafascynować po jednym odcinku. I fantastyczna Claire Danes w roli głównej... Chyba mam już plan na najbliższy rok emerytury!

W trakcie pisania przypomniałam sobie jeszcze o co najmniej pięciu, ale dam już spokój z wydłużaniem listy. Tamte chyba nie były warte mojego cennego czasu - z ostatnimi sezonami LOST na czele. Prawda jest jednak taka, że z czasem tych tytułów będzie tylko przybywać. Nooo, chyba, że ktoś wyśle mnie na superdługie wakacje na bezludnej wyspie i podłączy mi tam zawrotnej szybkości WiFi!!






poniedziałek, 3 marca 2014

Nie do usłyszenia.

My, rodzice, mamy z reguły przegwizdane. Bezsenne noce, nieustająca troska, zbyt bujna wyobraźnia. Życzliwi mówią nam, żeby wyluzować. Zapewniają, że wszystko jest w porządku. Proszą, by dać sobie spokój z przewrażliwieniem, myśleć pozytywnie i nie dopatrywać się objawów niedomagań swej pociechy.


Mówią nam tak, bo wszyscy chcemy wierzyć, że dzieci nie mają prawa chorować. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że nieszczęście trafi akurat na najbliższe nam maleństwo. A najgorszym dla każdego koszmarem jest świadomość, że można było coś zrobić, zapobiec, przewidzieć.

O ironio, najczęściej złe wieści spadają jak grom z jasnego nieba.

Z Irkiem znamy się od dawna. Może nie jak łyse konie, ale dość dużo nocy zarwaliśmy, by opowiedzieć sobie całe biografie. Było to jeszcze przed erą naszych mężów, żon i dzieci. Teraz Irek jest tatą 4-letniego Michałka. Kilka dni temu zaczęliśmy rozmowę, pisaną. Zapytałam co słychać, licząc na typowe dla Irka żarty i wygłupy. Przeczytałam coś zupełnie innego.

- Zdrowie nam się w przedszkolu posypało. Michał słuch stracił. 

Zamarłam. Pozostawało mi tylko czytać dalej.

- Zauważyłem, że jak ja do niego mówię, to mnie słucha. Jak ryknę. A jak mówi K. to już nie.

Ufff. Jak zwykle żartuje. Wyluzowałam. Był to przejaw dość czarnego poczucia humoru, ale kamień spadł mi z serca. Dałam upust swemu rozbawieniu. I po chwili okazało się, jaką gafę popełniłam.

Michał, odkąd poszedł do przedszkola, nieustannie chorował. Angina, nieustający katar, powiększone migdały. Tydzień w przedszkolu, trzy tygodnie w domu. Taki standard jeśli chodzi o pierwsze miesiące w tego typu placówce. Każdy to przechodzi. Podczas mojego stażu w przedszkolu sama co kilka tygodni siedziałam na L4. Wszyscy zgodnie twierdzą, że trzeba przez to przejść, a potem minie. Trzymał się tego również Irek ze swoją żoną, gdy Michał po raz kolejny wracał do domu z katarem.

To, że dziecko w wieku przedszkolnym  nie reaguje, gdy się do niego mówi, nie jest czymś dziwnym. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z charakternym malcem. Michałek reagował jedynie, gdy się do niego krzyknęło. Mały urwis. Sama taka byłam, mogłam ignorować powtarzane mi prośby i zakazy do skutku, czyli do pierwszego podniesienia głosu przez mamę.

Rodzice Michała zorientowali się, że przyczyną braku reakcji może być coś innego niż ignorancja, dopiero po pewnym czasie. I to zupełnym przypadkiem. W ramach eksperymentu.
Podczas rozmowy z synkiem Irek zakrył kartką swoje usta. Mały nie zrozumiał mówionych do niego zdań. Okazało się, że już od jakiegoś czasu zamiast słyszeć słowa, wyczytuje je z ruchu warg.

Nie wiadomo, co tak naprawdę spowodowało niedosłuch u dziecka. Prawdopodobnie cholerny katar, który zdarza się większości maluchów. Od tego już niedaleko do ropnego zapalenia uszu. Niestety, mimo leczenia farmakologicznego, potrzebna jest operacja. Czas oczekiwania to okrągły rok. A miesięczne leczenie wynosi około 1000 zł. Na szczęście leczenie przynosi skutki, Michał robi postępy, bywają lepsze i gorsze dni. Szansa na wyleczenie jest duża, bo rodzice zareagowali w samą porę. 

Cała ta historia szalenie jednak mną wstrząsnęła. Katar. Zwykły katar. Jak bardzo trzeba być uważnym, jak dokładnie obserwować dziecko. Nawet takie, które potrafi powiedzieć, że boli je ręka, ząb lub głowa. 
Trzeba mówić, słuchać i patrzeć.

Bo ono nie powie, że nie słyszy. 

niedziela, 2 marca 2014

Share Week po mojemu.

Share Week to wspaniała inicjatywa Andrzeja Tucholskiego z jestKultura.pl, który co roku poleca swoim czytelnikom najlepsze jego zdaniem blogi i vlogi. Co więcej, Andrzej zachęca czytelników, aby przyłączyli się do akcji i polecali strony swoich ulubionych blogerów. I ja wybrałam moje najukochańsze.

Mam nadzieję, że wybaczycie mi brak opisu - ciekawych odsyłam do wpisu "Moje" miejsca w blogosferze, ponieważ cztery z pięciu poniższych blogów znalazły się i w tamtym zestawieniu, wraz z krótkimi opisami właśnie.


Oto moja Gorąca Piątka:


















Jeśli macie ochotę, możecie przyłączyć się do akcji - na własnych blogach lub w komentarzach. Zostawcie namiary na Wasze ulubione miejsca w blogosferze! Niech dowie sie o nich Świat!

sobota, 1 marca 2014

11 miesięcy!

Waga: ok. 10 kg
Wzrost: jedna wielka niewiadoma!
Rozmiar ubranek: 80-86
Zęby: 3



To był piękny miesiąc. Sporo się zdarzyło, zaskoczyło, sprawiło radość. Za nami chwile tęsknoty, łzy radości, pierwsze tak długie rozstanie związane z naszą podróżą do Izraela. Co ciekawe, Gaba zniosła tę rozłąkę o wiele lepiej niż ja, a na nasz powrót zareagowała tak entuzjastycznie, że postawiła jedne z pierwszych samodzielnych kroków.
Pięknie ustabilizował nam się rozkład dnia, pory spania i jedzenia. Drzemka w ciągu dnia obowiązuje jedna, w przedziale czasowym 11-14 (najczęściej jest to ok.1,5 godz.), nocne spanie od 20 do 7 i pięć posiłków w ciągu dnia. Nie będę ukrywać, że ogromna jest w tym zasługa gabrysiowej Babci, która podczas naszego wyjazdu wypracowała ten rytm. Dzięki za to, Mamo! ;-)
Pozytywnym zaskoczeniem jest też nagły przypływ maksymalnie pogodnego usposobienia naszej pociechy. Mała maruda zrobiła sobie wakacje, i bardzo dobrze - niech nie wraca zbyt szybko!


A oto nasze lutowe hity:

  • Chodzenie! Za rączki dwie, za rączkę jedną i w końcu całkowicie samodzielnie. Z każdym dniem coraz dalej, coraz dłużej - w chwili obecnej Gabi udaje się przejść przez cały pokój.
  • Jedzenie chlebka. Najlepiej z masłem i koniecznie z całej kromki. Nasza mała smakoszka sprawia to wielką radośćszaleje za pieczywem, a trzy ząbki doskonale radzą sobie z jego rozdrabnianiem. 
  • Nocnikowanie. Dość regularne, w 90%-ach z oczekiwanym skutkiem. Najlepszy towarzysz nocnika to książka lub gazeta ;-)
  • Dzieci i psy. Dwa obiekty wielkiej fascynacji naszego szkraba. Spacery nie obędą się bez pisków radości, gdy w pobliżu znajduje się jakiś maluch lub spacerujący psiak. Radość na maxa!

Dziś wkraczamy w ostatni miesiąc niemowlęctwa Gaby. Za chwilę zapłonie na torcie pierwsza świeczka. Magiczne uczucie we mnie kiełkuje, gdy o tym myślę...