Po ponad siedmiu miesiącach od urodzenia Gaby postanowiłam maksymalnie się zmobilizować i pozałatwiać wszystkie sprawy urzędowe, do których średnio mi się spieszyło z powodów przeróżnych. Przede wszystkim był to brak czasu na wyjście z domu bez dziecka "pod pachą", ale wtórowała mu również zwyczajna niechęć do wizyt w urzędach wszelakich. Ponieważ pod koniec ubiegłego roku zmieniłam również stan cywilny, nazwisko i adres zamieszkania, tych spraw było znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Zmiana dowodu osobistego i adresu zameldowania były dopiero początkiem zmagań z papierologią...
Zmuszona byłam oczywiście odwiedzić wydział komunikacji w związku ze zmianą dowodu rejestracyjnego pojazdu oraz prawa jazdy. Wyszłam lżejsza o prawie 300 zł. Zabolało. Jednak oprócz wysokiej opłaty, na jakiekolwiek inne trudności nie napotkałam. Schody zaczęły się dopiero, gdy postanowiłam w końcu złożyć wniosek o tzw. "becikowe".

