wtorek, 18 marca 2014

A Ty ile zębów mi pokażesz? Konkurs!

Czas mija zbyt szybko - powie to z przekonaniem własny rodzic, patrząc jak dzieci rosną, uczą się, rozwijają, zaskakują każdego dnia. 
Za kilkanaście dni Gaba będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny. Urodziny podwójnie radosne - bo 1 kwietnia to data pozytywna sama w sobie. Aby było jeszcze weselej, postanowiłyśmy z wraz z Jubilatką zorganizować dla Was primaaprillisową zabawę z super nagrodami!

Konkurs fotograficzny "Z uśmiechem za pan brat!"

Do naszego dream-teamu postanowili dołączyć:

 oraz


i to właśnie dzięki nim będziemy mogły nagrodzić Was w naszym konkursie i wywołać uśmiechy na Waszych twarzach.


A teraz konkrety, czyli wszystko to, co musicie wiedzieć, aby wziąć udział w konkursie!


1. Klikamy Lubię to! na fanpage'ach sponsorów - w końcu to oni Wam zrobią dobrze ;-))





i nas też polubcie... jeśli jeszcze nie lubicie:




2. Klikamy Lubię to! pod plakatem konkursowym na FB (o tu!), udostępnienie będzie bardzo mile widziane, choć obowiązkowe nie jest.

3. A teraz coś megaprzyjemnego - wybieramy sobie nagrody! 
Jak to zrobić?

4. Piszemy maila na adres: kingamak.p@gmail.com, a w mailu powinny znaleźć się:

  • Imię i nazwisko zgłaszającego
  • Nagrody, które wybraliście
  • Fotografia konkursowa na temat "Z uśmiechem za pan brat!". Pokażcie nam, jak pięknie potraficie się śmiać! Mogą być to uśmiechy Wasze, Waszych dzieci albo rodzinne, w gronie przyjaciół - ciepłe, subtelne, szalone, ogniste... Wszystko zależy od Waszej wizji! 

5. Przesyłając zgłoszenie konkursowe wyrażacie zgodę na publikację zdjęcia na blogu oraz Facebooku.

6. Konkurs trwa od 18 do 28 marca 2014 do godz. 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu w ciągu 3 dni od zakończenia konkursu.

7. Zastrzegamy sobie prawo do subiektwnej oceny zdjęć biorących udział w konkursie i wyrażamy nadzieję, że nikt się nie obrazi, jeśli nie wygra. Potraktujcie to proszę jak dobrą zabawę!

8. Wysyłka nagród odbywa się na terenie Polski, a uczestnikami konkursu mogą być tylko osoby pełnoletnie!

No to... do dzieła!




_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

poniedziałek, 17 marca 2014

Bądź łobuzem, to nie grzech.

Bywają dni, że przyglądam się szalejącej po mieszkaniu Gabie z wielkim rozczuleniem. Są to chwile niezwykłe, chwile, w których rzeczywistość przestaje istnieć. Woda nie wycieka z przewróconego wazonu, garnki nie wysypują się przez otwarte drzwiczki kuchennej szafki. To są te momenty, w których obserwuje moje dziecko i jestem dumna z jej uporu, wytrwałości w pokonywaniu przeszkód, siły przekonywania. 


Pod krzesełkiem do karmienia jest najlepszy domek ever!! ;-)


Moja córka jest małym łobuzem. Inteligentnym, niesamowicie spostrzegawczym, ale łobuzem i wiercipiętą. A ja coraz częściej przypominam sobie, że będąc w ciąży modliłam się o tak silny charakter dla małej Gabrysi.

Jest taka scena z mojego dzieciństwa, której nigdy nie zapomnę.

Przedszkole, sala gimnastyczna, przygotowania do imprezy z okazji Dnia Matki. I ja czteroletnia, już wtedy kochająca muzykę,  uwielbiająca śpiewać, tańczyć. Pani rytmiczka szuka ochotnika do zaśpiewania piosenki o ogrodniczce. Solo, absolutnie solo przed całym audytorium. Chcę. Tak bardzo chcę, by mnie wybrała. Żeby wyciągnęła mnie z tego kącika, w którym stoję i krzyknęła "Magda, śpiewaj!". Ale trzeba podnieść rękę... a to wymaga odwagi. I przełamania wstydu. W końcu zgłasza się taka mała zezowata Monika. Idzie jej kiepsko, bo jąka się i zapomina tekstu, ale jest jedyną chętną, więc dostaje tę piosenkę.

Do tej pory pamiętam cały tekst Ogrodniczki i bardzo często śpiewam ją Gabie do snu. Lubi jej słuchać, szybko zasypia. Mnie natomiast  owa piosenka nie  pozwala zapomnieć, jak bardzo chcę, by ta mała łobuziara nie odziedziczyła mamusinej nieśmiałości i braku odwagi, by pokazać się światu. Trzydzieści lat temu można jeszcze było przetrwać będą szarą, cichą myszką. Teraz jest o wiele trudniej...

Nie trafiają do mnie przykazy "bądź cicho!", "bądź grzeczna!", "nie dotykaj, bo nie!". Jeśli mam nie dotykać, pytam - "dlaczego?" I chcę, by moje dziecko też pytało. Jak najwięcej, do znudzenia. Do porzygania nawet. Chcę, by umiało pytać i miało odwagę mówić. Głośno przy obcych ludziach, a nie tylko mamie na ucho. By nie zrażało się, że powie źle. By nie bało się, że zostanie wyśmiane.

Problem w tym, że jestem debiutantką. Mamą bardzo początkującą, taką jak wiele z Was. Nie mam fakultetu z wychowywania dzieci. Mam tylko dobre chęci i ogrom miłości w serduchu. Mam swój rozsądek, który strzeże mnie przed tym, by nie przegiąć w żadną stronę. I w końcu mam swoją wrażliwość, która czasem prowadzi mnie na manowce.
Nie wiem, czy to wystarczy, by wychować szczęśliwego, pewnego siebie człowieka. Myślicie, że jestem przygotowana? W co się jeszcze zaopatrzyć?

_______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

piątek, 14 marca 2014

Pospiesz się, Albercie!

Czy znacie serię przygód Alberta? Ja nie znałam, jednak kilka tygodni temu w moich rękach wylądowała jedna z książek tej serii. A wszystko dzięki naszej Mafii Mam i sympatycznej współpracy z Wydawnictwem Zakamarki.




Pozycja, którą otrzymałam to "Pospiesz się, Albercie!". Muszę przyznać, że pierwszy rzut oka na książkę nie wiązał się ze szczególnym entuzjazmem. Mimo, że jest różowa ;-) Ilustracje są specyficzne, trzeba się do nich przyzwyczaić. Gaba, czyli najlepsza recenzentka, jaką znam, nie miała natomiast absolutnie żadnych obiekcji - od razu spodobał jej się chłopiec o okrągłej buzi i niezbyt bujnej czuprynie. Szczególną uwagę zwróciła też na zegar pojawiający się na co drugiej stronie - fantastyczny element łączący całą opowieść.



Młoda czytelniczka niestety będzie musiała jeszcze trochę poczekać, by zrozumieć sens opowiedzianej w ksiażce historii o Albercie. Ale gdy już będzie na to gotowa, bardzo chętnie jej tę opowieść przeczytam. rzekła mnie bowiem w całości - od A do Z. Nie tylko dlatego, że traktuje o braku punktualności i o tym, że przed wyjściem z domu jest zawsze sto pilnych rzeczy do zrobienia.

Gunilla Bergström "Pospiesz się, Albercie!"
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2012.

Albert "kupił" mnie nieszablonowym podejściem do relacji rodzic - dziecko. Ostatnie stron jasno dają czytelnikowi do zrozumienia, że rodzic nie jest nieomylny ani perfekcyjny i ulega czasem podobnym pokusom, co dzieci. I to jest fajne! 


***

Zapraszam do wypełnienia ankiety dotyczącej Drugiego etatu! ;-)


czwartek, 13 marca 2014

Mama na szóstkę!

Wczoraj Ania Przewijka wytypowała mnie, bym w ramach akcji "mama na szóstkę" opowiedziała o sześciu gadżetach, dzięki którym jestem supermamą. Myślę sobie "cholera, taż ja totalnie antygadżetowa jestem, biedna ta moja latorośl". No ale, że zaprzyjaźnionym blogerom się nie odmawia, myślałam intensywnie, czym mogę Was uraczyć. I oto olśniło mnie! I powiadam Wam: moje gadżety pobiją wszystkie inne!

No to zaczynamy!


1. Dwie Paczałki.


Do patrzenia, oglądania, podglądania, obserwowania i sprawdzania. Świetna sprawa! Można dzięki nim dostrzec, co dziecko robi, czy nie zdjęło sobie przypadkiem pampersa, albo nie zjadło mojej ulubionej szminki. Paczałki bardzo się przydają, gdy Gaba zaczyna się przemieszczać. Ponieważ wierzę w zabobony i uwielbiam wszelkiej maści przysłowia, z niecierpliwością czekam na kolejną, dodatkową parę. Z tyłu głowy oczywiście.


2. Dwa nosidło-bujadła.


Najlepsza zabawka i jednocześnie środek transportu dla mojej córki. Choć powoli wysiadają im łożyska, są numerem jeden wśród wszystkich matczynych gadżetów, jeśli chodzi o wielofunkcjność. Funkcja transportowo-zabawowa nie jest ich jedyną domeną - warto wspomnieć chociażby o talencie kulinarnym, oraz trybie myjąco-piorącym.


3. Dwa biegadła.

Źródło
Wybaczcie mi zdjęcie znalezione w internetach, ale swoich Wam nie pokażę. Mimo wszystko dbam o pewien poziom estetyki na tym blogu... 
Biegadła mają przede wszystkim za zadanie nadążyć za dzieckiem. Pełnią więc rolę asekuracyjną do spóły z nosidłami oraz paczałkami. Mogą także pomagać w dostarczeniu  na czas rozkrzyczanemu maluchowi wszystkiego, czego w danej chwili potrzebuje. W wolnych chwilach zdarza im się serwować dzieciu rozrywkę w formie "patataj". Dzięki biegadłom Gaba jest szybciej nakramiona, przebrana lub złapana, zanim nabije sobie poważnego guza.


4. Jedno wielkie kochadło.



Czy muszę to komentować? Kochadło po prostu kocha.


5. Jedno mówidło.



Mówidło pilnuje, by rozwijać mowę i słuch Gaby. Powtarza setki tysięcy słów dziennie, dostarczając informacji, rozrywki i zakazów. Mówidło stara się uczyć, uspokoić, rozśmieszyć, ostrzec lub wywołać dziką radość. Czasem także, (nie)stety, śpiewa. Często jest nadeksploatowane, ale wyjątkowo szybko się regeneruje.


6. YouTube.


I masz babo placek. YouTube?? Tak... Bo gdy żaden z powyższych gadżetów nie daje rady okiełznać dziecia, albo po prostu siadają mi baterie, na ratunek przychodzi rybka Mini Mini. Hipnotyzuje mi dziecko i jest spokój. Na całe 4 minuty...
... choć zawsze można wcisnąć repeat ;-)


A do zabawy zapraszam:

AlinęDobrawę
Matkę Debiutującą
Matkę Browar
Góralską Mamę

Z necierpliwością czekam na opisy Waszych gadżetów ;-)


wtorek, 11 marca 2014

Ty mieszczuchu!

Gdy chodziłam do szkoły, największą obelgą, jaką można było usłyszeć było "ty wieśniaku" - w wersji damskiej "ty wieśniaro" lub "ty wsiuro". Wtedy jeszcze dzieciaki wychowujące się na wsi wstydziły się swojego pochodzenia. Dziś największą zniewagą (i kłamstwem) byłoby nazwanie mnie mieszczuchem.


Dla dorastającej dziewczyny mieszkanie kilkanaście kilometrów od miasta  nie było wcale łatwe. Zwłaszcza, że prywatnego środka lokomocji zwanego samochodem nie dane było nam uświadczyć. Trzeba więc było polegać na pożal się Boże transporcie publicznym i prywatnych przewoźnikach. Znaczy się - po godz. 20-tej żadnego dojazdu do domu. W dodatku przez wiele lat na przystanek autobusowy maszerowało się nieutwardzoną drogą. Żadne, choćby najlepiej wyczyszczone, buty nie miały szans - błoto czaiło się na każdym kroku. Kilkanaście dobrych lat marzyłam, by móc przeprowadzić się do miasta i mieszkać w bloku. Tak, to było moje marzenie! Które zresztą spełniło się, a wtedy... Szybko okazało się, że duszy mieszczucha nigdy mieć nie będę.


Życie w mieście, owszem, jest wygodniejsze - szereg sklepów dwa kroki od domu, ośrodki kultury, place zabaw, transport miejski. Nie trzeba martwić się o ogrzewanie, ciepłą wodę i o to, że dach przecieka. Życie w mieście jest też tańsze - wystarczy sprawdzić koszt tony węgla lub porównać, jaką marżę narzucają wiejskie sklepiki na każdy z towarów. Nie trzeba odśnieżać podwórka, nie trzeba grabić liści...
Ale wyobraźcie sobie, że jest słoneczny majowy/lipcowy/wrześniowy poranek. Zaraz po wstaniu z łóżka, jeszcze w pidżamie, otwieracie szeroko drzwi wejściowe i z filiżanką kawy w dłoni wychodzicie do ogrodu. Rozsiadając się na ławce łapiecie pierwsze promienie słoneczne, słuchacie śpiewu ptaków i szumu drzew z pobliskiego lasu. Na obiad gotujecie dziecku warzywa absolutnie ekologiczne, samochodzielnie zasiane i zebrane. Na spacery chodzicie nie do usłanego psimi kupami parku, ale do prawdziwego lasu. Fakt, koła wózka, dziecięce buciki,a także Wasze ulubione adidasy będą uwalone w błocie, ale co z tego? 

Nie zaaklimatyzowałam się w mieście. Nie znoszę korków, duszę się w małym mieszkaniu, irytuje mnie balkon o szerokości metra. Do kina i tak chodzę raz na ruski rok. Szczerze? Mam cichą nadzieję, że kiedyś uda nam się zamieszkać w domu z ogrodem, choćby przy megabłotnistej drodze.

Nie mówcie więc do mnie per "ty mieszczuchu", bo się obrażę i basta! 



poniedziałek, 10 marca 2014

Teren podminowany, czyli bez kija nie podchodź.

Czy zdarza Wam się czasem wstać lewą nogą i od rana mieć wyjątkowo podły nastrój? Jeśli nie - musicie być szczęściarzami. Ja od samiutkiego ranka (mimo, że noc przespana do 8-ej) byłam dziś w trybie "bez kija nie podchodź". Mina grobowa, ciało bezwiednie snuje się po domu, ego litościwie użala się nad swym losem. Masakra totalna. 



Taka sytuacja jest niezdrowa i dla samego podminowanego, i dla otoczenia. W dodatku dzieć, choć młody i niedoświadczony, odczuwa negatywne wibracje wyjątkowo dotkliwie, o czym pisałam niedawno tutaj ---> To nie jest dziecko na nasze nerwy. Trzeba się jak najszybciej i najskuteczniej ogarnąć. Tylko jak?

Naiwnie wierzę, że nie tylko ja jestem zmienna jak sinusoida, dlatego przygotowałam Wam kilka propozycji na poprawę nastroju. W wersji totalnie zminimalizowanej, żeby grymaśna niczym pogoda w marcu baba nie mogła nawymyślać, że "tak się nie da, bo..".
Da się. No bo jak to... Tobie miałoby się nie udać? Tobie??? Weź się Kobieto ogarnij!


1. Wypłacz się. 
No co? Przecież to pomaga! Jeśli czujesz, że sam płacz to za mało, możesz coś nawet popsuć, zniszczyć, spalić albo potłuc. Tylko potem nie żałuj! Faceci tak robią i jakoś żyją bez dozgonnych wyrzutów sumienia.

2. Wygadaj się.
Zadzwoń do mamy/siostry/przyjaciółki i wylej swe żale. Hurtem. Bez zahamowań. Pamiętaj tylko, by nie dzwonić do osoby, która najbardziej Ci podpadła, bo cała sprawa może skończyć się jeszcze większą aferą. Aha, jeśli masz problem z facetem, nie wygaduj się innemu. Nikt w tej sprawie nie zrozumie Cię tak dobrze, jak druga kobieta. 

3. Zjedź coś.
Nie od dziś wiadomo, że jedzenie poprawia humor. Ale...stop! Na Boga, niech to będzie bomba witaminowa, nie kaloryczna! Po tej drugiej będziesz mieć jeszcze większe wyrzuty sumienia. Witaminy pochodzące z czekolady z orzechami się nie liczą!
Nawet, gdy pozornie nie ma nic w lodówce, mądra kobieta zawsze coś wykombinuje. Ja znalazłam sałatę lodową, czerwoną fasolę i jajka. Była pyszna sałatka! Choć wyglądała obrzydliwie, bo fasola pływała w sosie chilli.

4. Umyj i uczesz włosy.
No ej, nie śmiejcie się... To wcale nie jest takie oczywiste, gdy ma się roczną zajrzydziurę w domu...

5. Zrób sobie makijaż.
I to taki, żebyś mogła na siebie patrzeć nie jęcząc z rozpaczy nad swym marnym żywotem. Codzienny spacer też sprawi Ci wtedy więcej radości. No i ludzie nie będą przed Tobą uciekać. 
Nie masz czasu na makijaż? Dziecko zjadło Ci wszystkie tusze i błyszczyki? Kup sobie czerwoną szminkę. Podobno ten jeden kosmetyk nałożony na usta sprawia, że cała twarz wygląda bardziej promiennie i wyraziście. Czerwień przyciąga spojrzenie, więc nikt nie zauważy Twoich pryszczy i cieni pod oczami po kolejnej nieprzespanej nocy.

6. Zagadaj do kogoś.
Jesteś już na spacerze, prawda? Jesteś wypłakana, najedzona, masz czyste pachnące włosy i choćby szczątkowy makijaż. Pogadaj sobie z kimś! Może sąsiadka wyszła na spacer ze swoją pociechą albo jakiś przystojniak prowadzi na smyczy psa, za którym Twe dziecię szaleje. Co Ci szkodzi nawiązać rozmowę?
Jeśli już kompletnie nie możesz nikogo spotkać, albo masz zdolność przyciągania do siebie samych dziwnych typów, wejdź do jakiegoś osiedlowego sklepiku, w którym świeci pustkami. Tam zazwyczaj panie tak się nudzą, że żadnemu klientowi nie przepuszczą dziesięciominutowej pogawędki.

7. Przytul się i pobaw z dzieckiem.
Prawda jest taka, że najlepszy poprawiacz nastroju masz cały czas przy sobie. Bardzo, bardzo blisko. Czasem nawet tak blisko, że nieustannie wisi na Twoich rękach lub szyi. Przytul dziecia. Zrób z nim barana, noski-noski, idzie rak nieborak, pohuśtaj na nodze, zrób karuzelę i ciesz się razem z maluchem. Popatrz, jak się śmieje. Zróbcie razem coś totalnie szalonego. W sumie dlaczego nie możnaby porzucać się niedojedzoną kaszką? Ubranie się wypierze, a pole walki sprzątnie.

A jeśli to wszystko Ci nie pomoże to znaczy, że ten dzień po prostu musiał być tak beznadziejny. Mam dobrą wiadomość - jutro będzie kolejny. Lepszy i pełen cudów. Uwierz w to, bo dobre nastawienie to najlepszy klucz do sukcesu!

niedziela, 9 marca 2014

Nie mam się w co ubrać!

Wielkimi krokami zbliża się koniec mego macierzyńskiego. Wracam więc do pracy. Ożeszku.. włoski! Znów cały świat stanie na głowie, a tytuł bloga w końcu będzie miał swe odniesienie do rzeczywistości. 


Trochę nawet się cieszę. Przez ostatni rok spędziłam w naszym mieszkaniu tyle czasu, że aż mi obrzydł mój ukochany kolor zielony. A praca? To coś jakby....wolność.
Zaistniał jednak problem. Duży. Ogromny, niczym me szlachetne cztery litery. No bo... nie mam się w co ubrać!

Źródło

Znacie to? Haha! Pewnie, że znacie. Ale nie myślcie sobie, że to kokieteria, którą zwykle uskuteczniamy wobec swych mężów i kochanków. Nie, nie... Teraz NAPRAWDĘ nie mam się w co ubrać.
No... dresy, para jedna. Legginsy, par dwie, w tym jedne z dziurą. Jeansów pary trzy, ale jedne są za duże i sprane, a drugie to niskie biodrówki i cały pociążowy balast wygląda w nich jak kiepskiej jakości baleron. Trzecie są jasne (bardzo jasne) i pogrubiają. No. Mam wymieniać dalej?

Skompletowanie garderoby w pierwszych miesiącach po porodzie zwyczajnie sobie odpuściłam. Z premedytacją. Wymówkę miałam przednią - przecież niedługo schudnę i znów trzeba będzie mniejsze kupować. A poza tym w przedciążowe się zmieszczę. W końcu czeka ich na mnie pełna szafa i dwie komody.

Czy schudłam? No schudłam... Ale tylko połowę z tych czternastu. Trudniej niż zwykle było poćwiczyć i te ciastka takie smaczne... A kawa bez słodkiego przecież nie istnieje! To co, że dziennie wypijam ich cztery.
Wymówkę zawsze jakąś mieć trzeba.

Chodzę więc po sklepach. Szukam. Oglądam. Przymierzam. Nie ma nic. A jak coś jest, to drogo. Do jednej bluzki w Mohito robiłam trzy podejścia. Najpierw nie było mojego rozmiaru. Potem przy kasie okazało się, że poszłam na zakupy bez karty (o gotowce już nie wspomnę), za trzecim razem jakoś się udało. Ale jedna bluzka to za mało. A za każdym razem, gdy wybieram się do CH, wracam z jakimś dziecięcym ciuchem. Tak, jakbym w akcie totalnego szaleństwa wymyśliła sobie, że zmieszczę się w niemowlęce 86.

A może do pracy da się chodzić w piżamie? O! Mam taką ładną, zieloną, z jakimiś kotami.. Troczek ma pod biustem i falbankę na dole. Może się nie zorientują, że to ciuch do spania?


sobota, 8 marca 2014

Mania fotografowania!

Foty, fotki, foteczki - która mama przyzna się, że stroni od robienia zdjęć swojemu maleństwu? Nawet, jeśli to "maleństwo" jest już całkiem całkiem duże... Mnie do fotografowania ciągnie już od jakiegoś czasu, przyznaję, że z różnym skutkiem i faktyczrnie o wiele więcej zdjęć wyprodukowałam przez ponad dziesięć miesięcy życia Gaby, niż w ciągu całego swojego wcześniejszego życia ;-) Pięćdziesiąt uśmiechów dziennie, pierwsza marchewka, pierwszy soczek, pierwsze chwile na czworaka i dwóch nóżkach. Takie chwile warto utrwalić, by do nich wracać po tygodniach, miesiącach, latach..

Przyznaję jednak, że największym sentymentem darzę fotografie wakacyjne. Wyjazdowe. Lub też okolicznościowe, robione w domu w świątecznej atmosferze. Czasem udaje się magię chwili zatrzymać dzięki szybkiemu pstryknięciu aparatu.



Dlatego właśnie do fotoramki Instadruku w ramach współpracy Ma(m)fijnej wybrałam 4 zdjęcia upamiętniające chwile dla mnie niezwykłe. Pierwsze dwa przedstawiają mnie i Ślubnego podczas wakacji 2012 w Maroko - Gaba tez już była z nami, od 5 tygodni w moim brzuszku ;-)




Kolejna fotografia do nasza córa podczas spaceru po Białowieży w sierpniu 2013. Ostatnie zdjęcie przedstawia całą naszą trójkę w dzień Chrztu Św. Gaby. Każdy ze wspomnianych momentów był wyjątkowy. A dzięki fotoramce nasze uśmiechnięte twarze mogą nam towarzyszyć każdego dnia i przypominać o słonecznych dniach, nawet w środku zimy.

Ramka ma wymiary 30x30 i jest przepięknej urody. To połączenie popularnej antyramy z tradycyjną ramką na zdjęcia. Tyle, że zamiast jednej fotki, można ich mieć w jednym miejscu nawet 9!! Białe tło i rama doskonale pasują do każdego wnętrza, na pochwałę zasługuje również solidne wykonanie - twarda płyta i metalowe elementy. Wygląda na to, że ramka posłuży nam przez długie lata.


Plusem jest również jakoś wydrukowanych zdjęć. Nasze robione były zwykłą cyfrówką, a w wersji drukowanej nie mam im nic do zarzucenia.

Jeśli chodzi o samą obsługę Instadruku - jest to rzecz tak prosta, że nawet największy komputerowy laik sobie poradzi. I wcale nie trzeba mieć konta na Instagramie, bo równie dobrze można zamówić wydruk zdjęć wysłanych bezpośrednio z dysku naszego komputera. Jednym słowem - warto zwrócić uwagę na instadrukowe usługi. A ja chyba mam już pomysł na prezent, bo moi rodzice ramką są zachwyceni. Ciekawe, co będzie, gdy pokażę im całą resztę Insta-cudów, o których będziecie mogli poczytać na innych blogach współpracujących z Mamfią.




piątek, 7 marca 2014

Dzień Kobietek.

Tak, tak! W końcu dziewczynki to też kobiety... I też należy im się prezent z okazji jutrzejszego święta.

Ja zrobiłam Gabie niespodziankę już dzisiaj. Wypatrzyłam, że na naszym placu zabaw nareszcie wymienili huśtawki na takie, w których bez problemu można huśtać maluszki. No i poszłyśmy! Radość była. Wprawdzie nie był to wybuch, ale uśmiech nie schodził z małej dziewczęcej buźki.




Już nie mogę się doczekać prawdziwej wiosny i szaleństw na świeżym powietrzu. Małe nóżki tuptają coraz pewniej...i wcale nie chcą wozić się w wózku!

czwartek, 6 marca 2014

Dzieci to cyborgi.

- Dzieci to cyborgi. - rzekła niemrawo matka wpatrując się bezsilnym wzrokiem w filiżankę z trzecią tego dnia zimną kawą. W powietrzu unosiła się woń dziecięcej kupy. Atmosfera była już i tak nieznośnie nieznośna, a tu jeszcze dziecko musiało wsadzić rękę do nocnika i umazać się swoimi ekskrementami. Matka, wspominając moment, gdy zobaczyła uradowaną buźkę swej potomki przyozdobioną brązowym plackiem, opadła bezwiednie na fotel i bezgłośnie załkała.

Spojrzała pytająco na obrzydliwie słodką kawę zabieloną mlekiem modyfikowanym, ale ta ani myślała się odezwać. Powoli tylko kurczyła się w swej bezradności, całkowicie po chwili znikając.

- Trudno. - powiedziała matka. - Znajdę sobie inną przyjaciółkę.

Korzystając z chwili błogiej ciszy zakończonej trzygodzinnymi próbami uśpienia dziecka, matka przymknęła oczy i wygodniej ułożyła się w fotelu. Zasnęła dość szybko. W końcu cztery godziny snu w  nocy to jednak niekoniecznie dużo. 

Wtedy przed oczami pojawił się on. Był jeszcze przystojniejszy niż w tv, choć niższy i ogólnie drobniejszy. "No tak" - pomyślała. "Jednak legendy o tym,  jakoby telewizja miała pogrubiać nie są wcale przesadzone". Nie przeszkadzało jej to jednak. Podszedł do niej i bez zbędnego gadania przykrył polarowym kocem. Kazał odpoczywać. Zapewnił dziesięć razy, że naprawdę zajmie się dzieckiem. Przyniósł z kuchni herbatę z cytryną, pół kilo pierników i zarzekał się, że jak pójdzie jej w biodra, to może go zdzielić po pysku.
Uśmiechnęła się błogo, zamknęła oczy. On podszedł bliżej i dotkął jej twarzy. Jego skóra była tak miękka. Ciepła, delikatna, nieco obśliniona... 
Nagle poczuła, że ta ciepła dłoń zaczyna ją nieporadnie okładać po policzkach... szczypać w ucho..

Otworzyła oczy. Z odległości dziesięciu centymetrów patrzyły na nią pełne rozbawienia niebieskie ślepia.  Małe paluszki próbowały chwycić ją za włosy. Sczczerbata paszcza obśliniła czoło. 

Z gardła matki wydobył się jęk...