czwartek, 23 stycznia 2014

Co mi w duszy gra(ło)...

Nie pamiętam, by w moim życiu istniał jakiś rozdział bez muzyki.

Podobno już w życiu płodowym mój słuch był bombardowany przez ówczesne hity w wykonaniu osobistej mamy, może więc z przysłowiowymi słuchawkami na uszach po prostu się urodziłam?

Różna była ta muzyka, która towarzyszyła mi od dziecięcych lat. Oprócz Fasolek, Puszka Okruszka, piosenek z Tik Taka i przeróżnych bajek, w odtwarzaczu kasetowym królowała Majka Jeżowska.
Potem przyszedł czas na... niechlubne disco polo. O tak, słuchało się tego... Disco Relax co niedzielę. Dwunastolatce nie przeszkadzały wołające o pomstę do nieba swoją stylistyką i przekazem, teksty. Była fascynacja Piaskiem, Rickym Martinem, Backstreet Boys...Co za czasy! ;-)

Przełomem okazały się trzynaste urodziny i boom box - odtwarzacz kaset i płyt CD wraz z dobrze działającym radiem, który dostałam w prezencie. Trafiłam wtedy, niby przypadkiem, na pierwsze w Łodzi komercyjne radio - Radio Manhattan, dziś już nieistniejące, wspominane za to przez byłych jego pracowników i słuchaczy z wielkim sentymentem po dziś dzień. To właśnie dzięki "manhattanowej" muzyce rozpoczęła się moja, trwająca już wiele lat, miłość do rocka. Dobrego rocka.
Śmiało mogę też przyznać, że mój gust muzyczny niemal kompletnie został ukierunkowany przez najbliższego mojej duszy Radiowca, Bisiora, który obecnie jest kojarzony głównie z Eską Rock. W latach 90-tych Marcin prowadził w Radio Manhattan listę przebojów "20 i 1" - od tamtej pory jest moim autorytetem w każdej muzycznej sprawie. I chyba zawsze już będzie.

Zaliczyłam taki etap, w którym sama poszukiwałam tego, co nowe, dobre i  nieznane. W internetowych czeluściach (dzięki YT i Last FM) wynajdywałam dźwięki, których nigdy nie słyszałam w polskim eterze. Wielokrotnie odsłuchiwałam soundtracki do poszczególnych odcinków amerykańskich seriali (choćby "Grey's Anatomy", który kocham za muzykę) i dzięki temu piosenki z pierwszych list przebojów znałam na długo przed ich pojawieniem się w radio. Tak było chociażby z Adele czy Florence and The Machine ;-).

Wiosną 2013 roku coś się jednak zmieniło. Nagle, ku mojemu ogromnemu smutkowi, muzyka przestała być obecna z naszym domu. Starałam się, próbowałam o nią walczyć...ale wygrały karuzelkowe melodyjki i gadające pluszaki. Wraz ze zwiększeniem się mobilności Gaby, pozostawienie włączonego komputera bez opieki stało się niemożliwe. Zresztą, marudzenie, gaworzenie i radosne piski skutecznie zagłuszają próby zatopienia się w kojących dla ucha dźwiękach. 
Cierpię z tego powodu!!! Cały czas jednak mam ogromną nadzieję, że  zczasem uda się przywrócić dawny stan rzeczy i zaszczepić w latorośli miłość do rocka.Za to z Wami już teraz chciałabym podzielić się kilkoma utworami szczególnie bliskimi mojemu sercu.

Coldplay - Trouble

Danger Mouse & Sparklehorse - Revenge

Strachy Na Lachy feat. Natalia Fiedorczuk - Dziewczyna o chłopięcych sutkach

Kyte - Boundaries

Foo Fighters - Walking After You

A jeśli częstowałabym Was na blogu moimi muzycznymi odkryciami, byłby ktoś chętny, by to czytać/tego słuchać? ;-)

niedziela, 19 stycznia 2014

Co ty robisz, macierzyństwo?

Urodziłaś dziecko. Nieważne, czy stało się to tydzień temu, czy może dzień porodu zaciera się już w twojej pamięci wraz z upływającymi latami. Z dnia na dzień stałaś się Matką i powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Dziś możesz powiedzieć ( a może stwierdzisz to dopiero po jakimś czasie?), że nie jesteś już taka sama jak "przed". Do góry nogami przewrócił się nie tylko świat wokół, ale i Twój system wartości. 
"Macierzyństwo, co ty ze mną robisz?", chciałoby się zapytać. A odpowiedzi nie ma jednoznacznej. Z mojego punktu widzenia pewnym jest jednak, że macierzyństwo łączy, dzieli i zmienia perspektywę.

Macierzyństwo łączy

Pierwsza zmiana, jaką zauważyłam u siebie po urodzeniu dziecka to taka, że nareszcie zaczęłam rozumieć moją Mamę. Mamę - nie boję się tego powiedzieć - nieco nadopiekuńczą. Teraz, nie dość, że przybyło nam wspólnych tematów do rozmowy, to wcześniejsza irytacja wywoływana ciągłą troską o mnie odeszła gdzieś w kąt i nie zamierza wrócić. Nawet te najczarniejsze scenariusze, dotyczące faktu "gdzie jestem i co robię" wydały mi się mniej irracjonalne, gdy po raz pierwszy oddaliłam się od córki na 3 godziny do miejsca, w którym nie należy używać telefonów (czyli do teatru). Uwierzcie mi, że nic nie pamiętam z tego spektaklu! Tyle tylko, że siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się, czy moje kilkutygodniowe dziecko nie umiera z tęsknoty za mamuśką. 
Dlatego właśnie śmiem twierdzić, że macierzyństwo potrafi łączyć. Nie tylko matki i córki, ale ogólnie dzieciate kobiety. Ogrom blogów parentingowych tylko to potwierdza. Fora internetowe o tematyce ciążowo-dzieciowej pękają w szwach. W końcu nikt nie zrozumie matki tak dobrze, jak druga matka. 
Nawet znajomości ze szkolnych lat potrafią się reaktywować, bo dwie, kiedyś niezbyt lubiące się koleżanki ze szkoły, mają maluchy w tym samym wieku. I nagle nagadać się nie mogą. Bo macierzyństwo to przecież temat bez dna...

Macierzyństwo dzieli

Jest jednak i tak, że będąc matkami skazane jesteśmy na pewnego rodzaju ostracyzm, domową izolację. No bo nie dość, że z takim maluchem nie da się prowadzić życia towarzyskiego, jak do tej pory, to jeszcze to karmienie piersią i inne matczyne powinności... Zdarza się, że dotychczasowi znajomi tylko na początku są zachwyceni naszą pociechą, a potem i wizyty stają się sporadyczne, i nagle nasz numer telefonu znika z ich "top listy"... Jako matki stajemy się niewygodne towarzysko. I choć początkowo może nam to nie przeszkadzać, to z czasem okazuje się, że nie ma już z kim wyjść wieczorem, spotkać się przy piwie (herbatce) lub ponarzekać na facetów..
A jeśli już o mężczyznach mowa... Związki damsko-męskie po pojawieniu się dziecka (najczęściej pierwszego) zazwyczaj nie mają się najlepiej.  Nie mówię, że jest tak w każdym przypadku. Nie twierdzę też, że ten kryzys jest niezmienny i na zawsze, bo najczęściej po jakimś czasie mija. A jeśli nie, to związek się rozpada. Twierdzę natomiast, że płaczący, nie potrafiący mówić, budzący się kilkanaście razy w nocy noworodek jest czasem poważnym wyzwaniem dla obojga partnerów - nie tylko pod względem zrozumienia nowego członka rodziny, ale i zrozumienia siebie nawzajem. Nieprzespane noce, narastająca frustracja, ambicje, by być idealnym rodzicem - tyle wystarczy, by podzielić dwoje kochających się ludzi. Nie jest łatwo żadnej ze stron...
A jeszcze trudniej bywa, gdy frustracji dostarcza nam nadgorliwa babcia/ciocia/teściowa/koleżanka, która "wszystko wie najlepiej". Oczywiście, uważa się za autorytet w kwestii wychowania i pielęgnacji dzieci (w końcu swoich ma kilkoro) i za punkt honoru postawiła sobie uświadomienie młodej mamy w jej powinnościach, z naciskiem na karygodne błędy, jakie popełnia każdego dnia. W takich sytuacjach miarka może się przebrać. Skrytykowany "autorytet" potrafi obrazić się na całe miesiące, a nawet i lata.

Macierzyństwo zmienia perspektywę

I wtedy zastanawiamy się, jak to się stało, że potrafiłyśmy takiej nachalnej, powiedzmy, cioci, wygarnąć co o niej myślimy. Bo kiedyś to nie pisnęłybyśmy słówka, żeby nie zaczynać awantury. Ale macierzyństwo każe nam patrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Nie walczymy już dla siebie. Walczymy dla dziecka. I wtedy rosną nam zęby i ostrzą się pazury ;-)))
Z drugiej jednak strony miękną nam serca. Widok chorego dziecka, wiadomość o kolejnym opłakiwanym maluszku, którego nie udało się uratować przez ludzką głupotę... Tyle wystarczy, by łzy płynęły z oczu przez cały wieczór, by mieć w głowie tylko i wyłącznie myśl o niesprawiedliwości tego świata.
Jako matki patrzymy na ludzi, dom, otoczenie przede wszystkim z perspektywy bodyguarda naszego malucha. Stoły, krzesła i szafki stają się zagrożeniem, ekologiczna żywność - największym sprzymierzeńcem, mimo, że wcześniej nie przyszło nikomu do głowy, by czytać etykiety produktów spożywczych. Dni, tygodnie, miesiące i lata planujemy, licząc najpierw wiek dziecięcia, zastanawiając się, co wtedy będzie się w jego młodym życiu działo ("może ząbkowanie to nienajlepszy moment na wakacyjny wyjazd?"). Na wiadomość o grasującym w okolicy bandycie wpadamy w panikę, choć jeszcze jakiś czas temu było nam wszystko jedno...

Jak sobie poradzić z tak nagłą zmianą, często o sto osiemdziesiąt stopni? Jak w tym wszystkim odnaleźć siebie? Ja zadaję sobie te pytania dość często. Potraficie na nie odpowiedzieć?
Myślę, że najważniejsze, to nie zgubić swojego "ja". Zostawić trochę przestrzeni w tym miękkim, matczynym sercu, przestrzeni tylko i wyłącznie dla siebie. Tego jednak musimy się czasem nauczyć. A i tak, mimo wszystko, dziecko (dzieci) będą dla nas najważniejsze...


piątek, 17 stycznia 2014

Kilka słów o "Nimfomance".

Postanowiliśmy ze Ślubnym zaszaleć. Ponieważ ostatnio poziom naszego "ukulturalnienia" niemalże sięgnął dna (powód z pewnością znacie), postanowiliśmy szaleństwem uznać sobotni wypad do kina. 
Wybór filmu był dość trudny, bo ostatnio sporo wartościowych premier zaistniało na ekranach. Nie zastanawialiśmy się jednak zbyt długo, gdyż zwykle decydujemy się na to, co najbardziej kontrowersyjne. Padło więc na "Nimfomankę" Larsa von Triera, film budzący kontrowersje od chwili, w której reżyser upublicznił zamiar jego stworzenia. W mediach zawrzało, pojawiły się spekulacje o tym, że będzie to soft porno, że aktorzy będą uprawiać seks na planie itp itd. Jakiś czas temu atmosferę dodatkowo podkręciła seria filmowych plakatów:


Seans  pierwszej części "Nimfomanki" znaleźliśmy tylko w jednym kinie studyjnym w naszym mieście. O dziwo, okazało się, że nie gra go żaden multipleks, a sala, w której film wyświetlano, liczy jedynie czterdzieści kilka miejsc. Przy kasach gigantyczne kolejki. Przekrój wiekowy widowni bardzo szeroki, zdominowany przez osoby w wieku raczej dojrzałym. Czuliśmy się jak szczyle ;-))) 

Nie ukrywam, że nieco bałam się tego filmu. Von Trier jest specyficznym reżyserem, a po "Antychryście" doskonale wiedziałam, do czego jest w swej twórczości zdolny. Było jednak o wiele lepiej niż się spodziewałam. Przywitał mnie przepięknie pokazany deszcz padający w ciemnym miejskim zaułku. Sfilmowana została wędrówka każdej kropli - od nieba aż po bruk. Potem muzyka Rammstein, która rozładowała nieco napiętą atmosferę. Fantastycznie prowadzona narracja w formie rozmowy Joe i Seligmana, która chwilami sprowadzała opowieść tytułowej nimfomanki do granic absurdu - trywialnej wyliczanki, czy też próby akademickiego usystematyzowania wspominanych przeżyć. Było więc sporo śmiechu, choć raczej gorzkiego. Film jest bowiem przerażająco smutny, a to dopiero wstęp do wydarzeń z części drugiej, która wchodzi na ekrany pod koniec miesiąca.

Sceny seksu? Były, oczywiście. W końcu film traktuje o kobiecie od tego dobra uzależnionej. Ilość scen erotycznych na szczęście nie przytłacza, jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba, aby Joe mogła płynnie snuć swą opowieść. Wbrew opinii niektórych, do porno tym scenom jednak daleko. I dobrze, bo kontrowersje też powinny mieć swoje granice.
Być może zapytacie mnie, czy mogę Wam "Nimfomankę, cz.1" polecić. Nie polecam. Ale i nie odradzam. Moim zdaniem Lars von Trier zrobił dobry, naprawdę dobry film. Jednak decyzję o zobaczeniu go każdy musi podjąć dam, ponieważ ta historia zostaje w pamięci na długo. Przeżywa się ją po wyjściu z kina, myśli o tym, co będzie dalej, próbuje zrozumieć bohaterkę. Jeśli masz słabe nerwy i nie lubisz mocnego kina, nie oglądaj. Bo po obejrzeniu pierwszej części chce się koniecznie zobaczyć ciąg dalszy, a już same zapowiedzi drugiej "Nimfomanki" budzą we mnie wątpliwości, czy będę w stanie tę historię emocjonalnie przetrwać do końca...



środa, 15 stycznia 2014

"Moje" miejsca w blogosferze.

A jednak - publikacja przemyśleń na temat blogosfery utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje odczucia nie są wcale odosobnione, a temat, który poruszyłam, nieustannie wzbudza emocje wśród piszących i czytających.
Jeśli macie ochotę na więcej socjologiczno-blogowych spostrzeżeń, zachęcam Was do przeczytania wpisu "Co Ty wiesz o blogowaniu?" autorstwa Marty W. Genialnie napisany tekst, zawarte jest w nim wszystko to, o czym ja zapomniałam, albo wolałam pominąć..

Dziś chciałabym przedstawić Wam te blogi, które są popularne, mega popularne, szalenie popularne, czy też w końcu - są klasykami. I może słowo "przedstawić" brzmi tu nieadekwatnie, bo większość poniższych pozycji jest znana niemal każdemu, kto orientuje się, co w trawie piszczy ( uświadomcie mnie, jesli się mylę).
W każdym bądź razie wybrałam tych polskich autorów, którzy, moim skromnym zdaniem, cały czas są wierni sobie, autentyczni, robią to, co do nich należy. Te miejsca w Sieci uwielbiam, systematycznie odwiedzam i podziwiam za każdym razem, gdy jest mi dane popatrzeć i poczytać.

(* wszystkie obrazki są własnością twórców opisywanych blogów, zostały podlinkowane i prowadzą do poszczególnych stron www.)

1. Wawrzyniec Prusky.

Młodsi blogerzy mogą WP nie kojarzyć, ponieważ przestał regulanie pisać w 2009 roku. Wawrzyniec Prusky to bodajże pierwszy polski bloger, który wydał książkę z fragmentami opowieści, dostępnej pod powyższym adresem. W czasach, gdy zaczynałam przygodę z pisaniem, ten koleś był swoistym guru. I słusznie. Blog czyta sie jak powieść, a jedynym grożącym na tej stronie niebezpieczeństwem jest notoryczne opluwanie monitora. Ze śmiechu. Co więcej - WP można nazwać jednym z pierwszych blogerów "parentingowych" - mimo, że wtedy jeszcze nikt tej nazwy nie używał.


2. Matka Sanepid.




MS to moje osobiste guru, jeśli chodzi o pisanie o dzieciach. Jest bezbłędna, jej poczucie humoru trafia do mnie w stu, a może nawet dwustu procentach - poprawia nastrój, pozwala złapać dystans do problemów dnia codziennego, szczególnie tych związanych z macierzyństwem. 


3. Moje Wypieki.



To juz zupełnie inna kategoria - kulinarna. Z dokonań Pani Doroty korzystam, gdy chcę upiec coś, co da mi stuprocentową pewność, że:
- uda się
- będzie smaczne.
I nigdy się nie zawiodłam. Podziwiam jej talent kulnarny. Podziwiam te cuda, które wychodzą spod jej ręki i czasem po prostu przeglądam poszczególne strony, aby nasycić oczy. Dla mnie ewenement! Prawdziwy diament!


4.  One Little Smile.




Blog zupełnie inny od poprzednich - lifestylowy. Paula pisze o wszystkim, co ją interesuje - począwczy od przeglądu nowości w znanych sieciówkach, przez przepisy kulinarne, po tworzenie prostej grafiki wektorowej. Zresztą sama grafika bloga jest tak wysmakowana, że koi moje oczy i powoduje uśmiech na twarzy. U Pauli lubię to, że bloguje z ogromną pasją. I to naprawdę widać!


5. Kantorek Katjuszki.
Muszę przyznać, że początkowo bardzo nieufnie podeszłam do Katjuszki i jej Kantorka. Zajrzałam z ciekawości, potem jeszcze i jeszcze raz... No i się zakochałam. Zewsząd bije fotograficzne piękno. Ten blog jest dowodem na to, że nie trzeba wiele pisać, by opowiedzieć o emocjach. 

Istnieje oczywiście jeszcze wiele, wiele innych... Nie byłabym w stanie wymienić i opisać wszystkich. Ciekawa jestem natomiast Waszych ulubionych miejsc w blogosferze, takich "naj", takich, których odwiedzanie sprawia Wam wyjątkową przyjemność. Piszcie! ;-)




wtorek, 14 stycznia 2014

Bloger kontra bloger.

Niewielu z Was, Moi Drodzy Czytelnicy, wie, że pięć lat przypadających na naukę w szkole wyższej spędziłam, wgłębiając się w socjologiczne zawiłości. No cóż, przynajmniej próbowałam się w nie zagłębić, bo ogrom teorii czasem mnie po prostu przerastał i przegrywał z sennością lub zwyczajną nudą. Pisałam jednak dwie prace dyplomowe. Jedna dotyczyła świadomości ówczesnych nastolatków na temat HIV/AIDS, druga - zachowań seksualnych studentek :-) W socjologii bowiem najfajniejsze jest to, że można napisać o wszystkim - byle dotyczyło ludzi. 

Dziś jednak wybrałabym zupełnie inny temat. Napisałabym o Was, o nas, o nich... O blogosferze. Bo to popularne w ostatnich latach zjawisko zaczęło się dość niepostrzeżenie zmieniać. 
A może nie? Może to, o czym myślę, istniało już dawno? Ciemna strona tej społeczności. Oczywiście pierwsze, co przychodzi na myśl to hejterstwo, ostatnimi czasy wszechobecne. Podobno ilością hejterów mierzy się nawet popularność blogera i jego twórczości. Choć w walce z takim hejt-uparciuchem nie ma najmniejszej nawet frajdy.

Jest jednak coś, co ostatnio rzuca się w me oczy ze zdwojoną siłą. Chodzi o podziały w blogosferze, na tych 'lepszych' i 'gorszych', na 'zwykłych' i tych 'wow'. Na piszących z przyjemnością i pasją oraz tych zaciekle walczących o popularność.  Oczywiście, istnieje wiele MEGApopularnych blogów, które są tworzone sercem i napisane tak, że ja sama mogłabym jedynie pomarzyć o podobnej lekkości pióra i płodności literackiej. Jednak pewna część blogosfery ewoluuje w niebezpieczną stronę swoistego 'celebryctwa'. Czy przesadzę, jeśli wspomnę też o pewne rodzaju sprzedajności? 

Czy mi to przeszkadza? Nieszczególnie, bo czytam to, co lubię. Na to, czego nie toleruję, czasem zerkam z ciekawości. Jednak smuci mnie taki obrót sprawy, bo z pisaniem w sieci identyfikuję się już od prawie dekady. I jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł zbadania obiektu mej irytacji i opisania tego choć paranaukowo, to ja bardzo proszę o jeden egzemplarz na własność. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Życiowa rozbieżność.

    Trochę dziwnie się zrobiło. No bo powiedzmy sobie szczerze - pozytywne myślenie i wielkie plany to jedno, a rzeczywistość - drugie. Te dwa powyższe znacznie się między soba różnią. Prawda? A może to ja jestem taką pesymistką z natury?

Szybko okazało się, że nie można mieć i robić wszystkiego. Z czegoś zdecydowanie muszę zrezygnować. 
Na razie ciało zdecydowało za mnie i wyśmiało chęć powrotu do aktywności fizycznej. Kolano boli przy najmniejszym dotyku, domaga się lekarza. Fitnessować się zatem nie będę. Przynajmniej na razie. A szkoda, bo zrobić coś dla siebie jestem w stanie właściwie tylko poza domem. Będąc w zasięgu rąk i wzroku Gaby, tworzenie czegokolwiek bez jej udziału stało się kompletnie niemożliwe. Do komputera też pannę ciągnie niemiłosiernie. Zastanawiam się nawet, czy kiedykolwiek doczyszczę monitor ;-))

Nie chcę rezygnować z bloga. Niestety, Projekt Samo_się od 2-3 tygodni odbywa się już bez mojego wkładu, całość ogarnia Przewijka, bo mój czas skurczył się do minimum. Muszę wybierać - albo napisać post, albo poczytać blogi, albo powrzucać linki z Waszymi relacjami na fb, albo poczytać, co dzieje się na świecie. Dzieć sypia w dzień około godziny. W porywach do półtorej. Spać chodzi poiędzy 22 a północą. Gdy kilka  razy G. padła po 20-tej po braku drzemki w dzień, robiła nam miłe pobudki po północy. A potem usypianie trwało 2-3 godziny... I gdzie tu sens, gdzie logika?

Szukam sposobu, by ogarnąć tę rzeczywistość. Pełną marzeń, ambicji, wyznaczonych celów. Jednak mycie zębów i robienie śniadania z dzieckiem na ręku nieco utrudnia ten pozytywny start. Budzi się zwątpienie. Dam radę? Kurczę, jest jakakolwiek szansa, że dam radę??
Potrzebuję rady, wskazówki, jakiegoś pozytywnego rozwiązania. Jakie są Wasze sposoby na ogarnięcie rzeczywistości? Jakim cudem wyrabiacie się z życiem i blogiem? Wiem, że jakiś czas temu Kobieta mzik pytała o to samo, więc chyba nie ja jedna mam taki problem.
Piszcie, pomóżcie! ;-)



wtorek, 7 stycznia 2014

Urzędowo z dzieckiem.

Plan, o którym pisałam w poprzednim poście, zaczynam wcielać w życie. Szczerze? Emocjonalnie nie jest mi łatwo - do podróżowania i bywania z dzieckiem w różnych miejscach trzeba się przyzwyczaić. Muszę jednak przyznać, że dzisiejszy start był niesamowicie udany. I przyniósł tak naprawdę samo dobre.

Koło południa, po drugim śniadaniu (mój mały "nocny marek" po wczorajszym szaleństwie do północy obudził się dziś o .... 9.40!!), zapakowałam dziecię do auta i ruszyłam w drogę. Pierwszym punktem na mapie był Urząd Miasta - a właściwie Wydział ds. Świadczeń Socjalnych. Tak, nareszcie udało mi się zebrać wszystkie potrzebne dokumenty, aby złożyć wniosek o becikowe. O biurokracji, która przerosła moje pojęcie, pisałam już jakiś czas temu ----> Becikowe zmagania.
Na miejscu okazało się, że muszę wypełnić jeszcze kilka oświadczeń: 
- o braku dochodów z gospodarstwa rolnego i innych źródeł (stypendia);
- o tym, że oboje z mężem jesteśmy od kilku lat niezmiennie zatrudnieni w tych samych firmach;
- o tym, że mąż nie składał analogicznego wniosku dot. naszego dziecka.
Na szczęście obyło się bez czekania w kolejce, a Gaba cały ten czas przesiedziała na moich kolanach bez najmniejszego problemu. Pani urzędniczka aż zapytała z niedowierzaniem, czy dzieć zawsze taki spokojny.
O nie, proszę pani.. To taki wyjątek dziś zrobiła...

Jednym słowem - jak do urzędu, to tylko z dzieckiem. Przynajmniej tym moim, bo i stoicki spokój zachowuje, i urzędników oczarować potrafi. A w razie czego w długiej kolejce matka z dzieckiem przecież czekać nie może... ;-)
Potem jeszcze odwiedziłyśmy moją firmę, gdzie panna rozdawała uśmiechy na prawo i lewo (aż byłam w szoku, że tak jej humor dopisywał), a w drodze powrotnej zasnęła w aucie. Musiała być zmęczona tym nadmiarem wrażeń, bo nie obudziło ją nawet rozbieranie z kurtki, spodni i swetra. Spała dobrą godzinę.

Macie pojęcie, jak jestem zadowolona z dzisiejszego dnia? Już dawno nie było tak fajnie. Jutro pewnie zrobimy sobie dzień domowy, ale jak tylko warunki zewnętrzne będą sprzyjające, to znacznie częściej będziemy tak podróżować. Bo fajnie jest aktywnie spędzać czas z maluchem! Nawet jeśli są to sprawy urzędowe ;-)


niedziela, 5 stycznia 2014

Uspołecznić się.

Źródło
Mimo, że właściwie przeszliśmy już do porządku dziennego nad faktem, iż mamy rok 2014 i o świąteczno-noworocznych  baletach zaczynamy zapominać, ja chciałam dziś wrócić na chwilę pamięcią do sylwestrowej nocy. Nocy, która dość nieoczekiwanie z kolejnej spędzonej w domu przed TV zmieniła się w szampańską zabawę i stała się fantastyczną inspiracją do zmian na lepsze.

"Co się stało?" - zapytacie. Może Was trochę rozczaruję. Bo tak naprawdę żaden przełom nie nastąpił, prócz tego w mojej głowie. Wyszłam z mężem na imprezę. Do znajomych. Jego znajomych, bo ja tak naprawdę wszystkich zobaczyłam po raz pierwszy. A po kwadransie czułam się jak ryba w wodzie.

Spotkałam ludzi, z rozmowy z którymi czerpałam prawdziwą przyjemność. Z panią domu piłam szampana w kuchni, po ciemku, oglądając sypiące się za oknem fajerwerki. Już dawno nie było mi tak dobrze. I szybko zdałam sobie sprawę, że to brak kontaktu z ludźmi tak mnie ostatnio depresyjnie nastroił. Pozbawił tej pozytywnej energii, której przecież zawsze miałam w nadmiarze. Po raz kolejny potwierdza się, że to drugi człowiek motywuje i inspiruje najbardziej. 

Dlatego obiecałam sobie, że zwalczę bariery ciężkiego wózka, czy lęku przed podróżowaniem autem po centrum miasta (remonty, remonty...i wieczne korki), pokonam wewnętrzne ograniczenia i będzie mnie więcej wśród ludzi, choćby z dzieciem pod pachą. I kosztem mniejszej (jeszcze mniejszej?) obecności online. W końcu czas, by na nowo się zsocjalizować, uspołecznić i powoli szykować do zawodowej reaktywacji... 
Trochę boję się tej zmiany, ale i cieszę z niej jednocześnie. Bo człowiek jest jednak istotą społeczną. Tak przynajmniej uczyli mnie na studiach, a ja się z tym stuprocentowo zgadzam. I pozwolę sobię na ten luksus bycia z ludźmi i dla ludzi, bo w czterech ścianach najzwyczajniej się duszę....

piątek, 3 stycznia 2014

9 miesięcy!

Waga: ok. 9000g
Wzrost: ok.74cm
Rozmiar ubranek: 80
Zęby: 1 (nareeeeszcie!)

Świąteczno-noworoczne tematy zdominowały ostatnio moje posty, a tu przecież główna bohaterka Drugiego etatu skończyła 1 stycznia całe okrągłe 9 miesięcy. Ten miesiąc nie był dla nas łatwy jeśli chodzi o okoliczności przyrody i inne czynniki zewnętrzne, jednak Gaba zachwycała, zaskakiwała i powodowała, że na naszych twarzach co i rusz malowało się zdumienie. 

Dyskomfort związany z wyżynaniem się pierwszego ząbka nie zniechęcił dziecia do coraz intensywniejszego rozwoju i eksplorowania świata. Pierwsze nieśmiałe kroczki przy meblach czy w łóżeczku były ważne, ale zostały jednak zepchnięte na drugi plan przez niesamowity rozwój pamięci i zdolności kojarzenia. Jednym słowem, dziecko nasze zaczęło być inteligentne! I to jest coś, co przepełnia prawdziwą dumą i szczęściem ;-))

A w telegraficznym skrócie - dziewiąty miesiąc przyniósł, co następuje:
  • "Mamamamamma" ciągle jest hitem, jeśli chodzi o rozmowy. Tak naprawdę wszystko może być nazwane teraz "mamama", ewentualnie "ooooo" albo "uuuu".
  • Nadal też najaktywniejszy jest palec wskazujący ręki prawej. Paluszek ten wskazuje wszystko, co w danej chwili się dziecku podoba ;-)
  • Pięknie idzie nam kojarzenie nazw z osobami i przedmiotami. Gaba potrafi pokazać paluszkiem, gdzie jest mama, tata, babcia, dziadek, piesek, miś, czy choinka. Bezbłędnie wie, gdzie w pokoju znajduje się "światełko" i gdzie to światełko należy włączyć lub zgasić. 
  • Stoi właściwie wszędzie gdzie się da, najczęściej przytrzymując się czegoś (lub kogoś) jedną ręką. Nieśmiało też próbuje się przemieszczać w łóżeczku lub przy meblach - a raczkując, niemal biega...
  • Tańczy, gdy usłyszy muzykę... 
  • Za to z dwóch drzemek w dzień zrobiła nam się praktycznie już jedna. Ewentualnie dwie bardzo krótkie. A czasem bywa to jedynie 40-50 minut dziennie...
  • No i nauczyła się pluć jedzeniem. I to akurat fajne nie jest!

Powiem Wam, że obserwowanie Gaby i codzienny kontakt z nią sprawia mi coraz więcej przyjemności. Codziennie jestem w szoku, że taki mały człowiek potrafi już tak wiele. Dlatego z zapartym tchem czekam na kolejny miesiąc. 

czwartek, 2 stycznia 2014

Nowy Roku!


Nareszcie jesteś. Nie będę udawać - czekałam na Ciebie z nieśmiałą nadzieją, że będziesz lepszy od 2013, który był wprawdzie totalnie wyjątkowy, ale nie należał do najłatwiejszych. 
Mam co do Ciebie pewne plany... Nie wiem, czy uda mi się zrealizować choć połowę, ale na pewno będę się starać. 

Chcę abyś był dla mnie rokiem samorealizacji i próbą pogodzenia pracy zawodowej z radosnym macierzyństwem. Chcę, abyś był rokiem spełnienia, nowych pomysłów i wytężonej pracy, ale także przyjemności, zdrowia i urody. Co zamierzam?

1. Zadbać o siebie i swoje potrzeby - o zdrowe i piękne ciało, nową garderobę.. Ale także o komfort psychiczny i emocjonalny.
2. Znaleźć pomysł na siebie w tym całym bałaganie. Tak, bym mogła poczuć, że realizuje siebie. 
3. Uporządkować otoczenie i swoje wnętrze. Poczuć spójność z samą sobą oraz z otaczajacymi mnie ludźmi, przedmiotami i wnętrzami. I dążyć do tego, by tworzyć pozytywną energię i taką też się otaczać.
4. Nauczyć się traktować życie jako jeden wielki proces twórczy. 
5. Być dobrą matką, dobrą żoną, dobrą córką, dobrą przyjaciółka, dobrym pracownikiem i dobrym człowiekiem.

Tak, wiem, zaśmiejesz się teraz, że planować mogę sobie choćby lot na Księżyc. Podejrzewam, że nie do końca we mnie wierzysz. Ale za to ja mocno wierzę w Ciebie i siebie. Niech nam się powiedzie ten ambitny plan! Choćby dla odrobiny własnej satysfakcji. Dobranoc.