sobota, 3 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
piątek, 25 kwietnia 2014
Kinga Mak.
Nadejszła wiekopomna chwila.
Uciekłyśmy z Gabą do zupełnie własnego miejsca.
I Was tam zapraszamy - wpadnijcie, będzie fajnie (mamy dobry sernik;-)!!
Wystarczy kliknąć na obrazek ;-))
wtorek, 22 kwietnia 2014
Zielona przestrzeń.
Zieleń. Wszędzie zieleń. Ostatnie dni przyniosły nam istną eksplozję wiosny. Nieskazitelnie niebieskie niebo, niemal letnie temperatury...
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święta w szpitalu.
Rok temu Wielkanoc była dla mnie czasem szczególnym. Innym niż dotychczas - dla całej naszej rodziny. Wydaje mi się, że niejedna kobieta znajdująca się w moim położeniu w tamtym czasie mogłaby złapać wielki dół. Przepłakiwać noce, chodzić smutna i obrażona na cały świat. I ja nie skakałam z radości na wieść o tym, że na święta zostanę w szpitalu, jednak spokój i pozytywne myślenie sprawiły, że Wielkanoc 2013 wcale nie była taka straszna.
Święta w szpitalu to chyba jedna z najgorszych rzeczy, jaka może się człowiekowi zdarzyć. Tak przynajmniej wielu z nas myśli, biorąc pod uwagę chorobowe przyczyny takiego pobytu. Oddział przedporodowy to jednak zupełnie inna bajka - tutaj nie czeka się na wyzdrowienie, nie walczy się z chorobą, a oczekuje na nowe życie. I codziennie kilka takich cudów można na własne oczy zobaczyć. Sama byłam jedną z pierwszych osób, zaraz po lekarzach i położnych, która widziała maleństwo wywożone z sali operacyjnej po cesarskim cięciu. Takie przeżycie przywraca wiarę w sens istnienia, dodaje sił i pewności, że warto cierpliwie czekać.
To może dziwne, ale dla mnie ciekawe było takie doświadczenie. Spojrzenie na świat z nieco innej perspektywy - przecież nie wszyscy spędzają święta w domu, w rodzinnej atmosferze. Mogłam zobaczyć i poczuć coś innego niż dotychczas. I najbardziej szkoda było mi... dyżurujących położnych. W świąteczną niedzielę opiekowały się nami te najbardziej sympatyczne, więc i życzenia przyszły złożyć, i porozmawiały dłużej niż zwykle. A przecież w domu czekały na nie rodziny, mężowie, dzieci, może wnuki nawet. I nie wiadomo, które to już święta z kolei przyszło im spędzić w podobny sposób. Bo taka praca. Na kogo wypadnie, na tego bęc. A nawet przez chwilę nie odczułam, że nie na rękę im ten dyżur - akurat wtedy, gdy 90% ludzi cieszy się zajączkiem, barankiem i jajeczkiem.
Wielkanocny pobyt w szpitalu był dla mnie wspaniałym czasem. Naprawdę. Nigdy, przenigdy tych świąt nie zapomnę. Zwłaszcza, że w poniedziałek spędziłam i tak z najukochańszymi dla mnie osobami. Byliśmy już we trójkę - czego chcieć więcej?
sobota, 19 kwietnia 2014
Stylowo i z jajami.
Kochani!
Odpoczywajcie, cieszcie się sobą, Słońcem, ciepłem i chwilami pełnymi radości.
My życzymy Wam błogiego lenistwa, promiennych uśmiechów...
... i oby w Dyngusa woda nie lała się z nieba!
A radosną twórczość matki proszę przyjąć bezkrytycznie ;-))
_______
Polub nas na Facebooku! ;-)
piątek, 18 kwietnia 2014
Ubieram się od zera.
Zanim na świecie pojawiła się Gaba, do mojego stroju przywiązywałam dużą wagę. Może nie podążałam ślepo za tym, co modne w danym sezonie, ale lubiłam modowe nowinki, przeglądy kolekcji moich ulubionych sieciówek, a buszowanie po second handach mogłabym sobie nawet wpisać sobie w cv w rubryce "pasje i zainteresowania".
Ciąża wiele pod tym względem zmieniła. Rosnący brzuszek i stale powiększający się obwód bioder (bo tyłam "całą sobą") zniechęcał do jakichkolwiek modowych szaleństw. Odpuściłam zainteresowanie najnowszymi trendami, postawiłam na rozciągliwe tuniki i legginsy. A gdy dziecko pojawiło się na świecie... Same wiecie, jak trudno się w takich chwilach ogarnąć. Co więcej, ubrania sprzed ciąży wciąż są na mnie o 1-2 rozmiary za małe.
Przychodzi jednak moment, w którym po prostu nie ma wyjścia - musisz wyjść do ludzi i przyzwoicie wyglądać. W moim przypadku taka sytuacja łączy się z kompletowaniem garderoby niemal od zera. Z jednej strony jest to spore wyzwanie, z drugiej - sytuacja bardzo komfortowa.
Zapragnęłam stworzyć sobie taki zestaw ubrań, aby osiągnąć pewną spójność i już nigdy nie dopuścić do sytuacji, że mając w szafie wiele ciuchów, nie mieć co na siebie włożyć. Wszystko ma być przemyślane, dopasowane do siebie i.... do mnie.
Szukając inspiracji natknęłam się na fantastyczny blog o tematyce modowej. Zwykle nie śledzę regularnie wpisów na tego typu stronach, jednak tu zrobiłam wyjątek... i zakochałam się na amen. Ubierajsięklasycznie.pl prowadzi Maria - stylistka. Znajdziecie u niej dokładną analizę kolorystyczną, porady, jak dobrać bazę do typu urody, analizuje style, pokazuje przepiękne połączenia kolorów... Jednym słowem, warto do Marii zajrzeć, jeśli poszukujecie inspiracji do zmian lub zastanawiacie się, w czym tak naprawdę będzie Wam do twarzy.
Ja mam nadzieję pokazać Wam za jakiś czas efekty mojego romansu z Ubieraj się klasycznie. Nareszcie przyszła pora, by zrobić coś totalnie dla siebie. Mario, dzięki! ;-)
_______ Polub nas na Facebooku! ;-)
środa, 16 kwietnia 2014
Deszczowy poradnik zabawowy.
Kwiecień w naszym pięknym kraju zazwyczaj wygląda tak, jak w popularnym przysłowiu - pogoda przeplatana, w kratkę totalną. Bywają dni, że nie sposób wyjść z dzieckiem na dłuższy niż półgodzinny spacer. A wtedy popołudniowe godziny potrafią dłużyć się w nieskończoność.
Ponieważ ostatni tydzień charakteryzował się bardzo zmienną pogodą, zmuszona byłam w trybie natychmiastowym wymyślać zabawy, które zaciekawią moją roczną wiercipiętę. Nie było to wcale łatwe - Gaba niespecjalnie interesuje się swoimi zabawkami. Nawet te interaktywne nudzą ją po 5-10 minutach. Dlatego inwencja matki została wystawiona na ciężką próbę. W ruch poszły wszystkie zachomikowane w pudłach skarby, resztki wspomnień z własnego (odległego już) dzieciństwa... i voila! Udało mi się stworzyć listę zajęć na deszczowe dni.
Czym zająć roczniaka, gdy pada deszcz??
Zabawa w chowanego.
Pamiętacie to z dzieciństwa? Jedna osoba zakrywała oczy, czekała aż pozostali się schowają... a potem następowała główna część programu, czyli szukanie delikwentów.
Roczne dziecko nie będzie się bawić z nami w ten sposób, ale bardzo chętnie schowa się pod stołem, albo przykryje dużą poduszką i... samo pokaże się nam, gdy będziemy udawać, że nie możemy go znaleźć. Potem role można odwrócić, bo malec równie dobrze będzie szukał rodzica ukrytego za fotelem czy nawet zwykłą pufą. A gdy już znajdzie... kupa śmiechu gwarantowana!
Niezbędne jest tu oczywiście pełne zaangażowanie obu stron. Zabawa w chowanego potrafi jednak zająć dziecku trochę czasu - u nas trwa to co najmniej pół godziny.... i zwykle to ja męczę się pierwsza ;-)
Zabawa w pudle.
Dzieciaki uwielbiają małe przestrzenie. Dlatego, gdy postawiłam na środku pokoju wielkie pudło z zabawkami, te wyfrunęły na podłogę w tempie ekspresowym. W pudle znalazła się za to sama Gaba, z entuzjazmem oglądająca drobiazgi, wśród których posadziła pupę. Dobrym zagraniem taktycznym jest włożenie do takiego pudła jak największej ilości drobnych zabawek - nawet, jeśli każda z nich będzie w rękach malucha 10 sekund, to policzcie sobie, ile w sumie zyskacie czasu ;-)) Wszak każdy drobiazg trzeba dokładnie obejrzeć, nawet, gdy jest to grzechotka z odległych już czasów wczesno-niemowlęcych.
Piłeczki.
Wspaniały patent na dobrą zabawę, skradziony z tak popularnych sal zabaw dla dzieci. Najlepszym sposobem na frajdę dla maluszka jest zakupienie dużej ilości piłeczek i wrzucenie ich do kojca. Albo choćby takiego pudła na zabawki, jak w punkcie wyżej. Można nawet wykorzystać do tego celu duuuuży karton - po czymkolwiek.
My jeszcze (jeszcze!) nie mamy ogromu piłeczek. Przypadkiem znalazłam dwie w zestawie dużych, plastikowych klocków, którymi Gaba ewidentnie pogardziła. I to był strzał w 10-tkę! Rzucanie, kopanie, turlanie, odbijanie od podłogi... Zaciesz totalny. W tej zabawie muszę uczestniczyć bardzo aktywnie, bo tylko wtedy młoda jest zainteresowana. Gdy pojawiają się pierwsze oznaki znudzenia, angażuję do zabawy nawet miśki i lalki - one też potrafią kopać piłkę, przy ogromnym entuzjazmie mego dziecia.
Klocki małe i duże.
Od razu uprzedzam - u nas te duże to totalna klapa. Służą jedynie do tego, by nimi rzucać. Ewentualnie - można po nich chodzić i co chwilę się przewracać. Dlatego właśnie czekają na swe złote czasy ukryte w specjalnym schowku.
Ogromnym zainteresowaniem Gaby cieszą się natomiast te najzwyklejsze drewniane układanki. Nieważne, że nie potrafi jeszcze nic ułożyć! Chodzi o te małe elementy, kolorowe kwadraty, przeróżne kształty i wgłębienia na ich dopasowanie. Najlepsza zabawa w łóżeczku, a ja mam kwadrans na kawę. Zwłaszcza, gdy klocki i układanki połączę z kolejnym punktem...
Książeczki. Dużo, dużo książeczek.
Czasem śmiejemy się ze Ślubnym, że to jedyna rzecz, która jest w stanie zając naszą córkę na dłużej niż 10 minut. Najlepiej przeglądanie książeczek sprawdza się, gdy Gaba jest wyciszona - zaraz po przebudzeniu, albo przed snem. Ostatnio pobiła nawet swój rekord - zaczytała się do tego stopnia, że całą godzinę spędziła sama w pokoju. A potem... położyła głowę na poduszce i spała całą noc. Oto zbawienna moc literatury!
I tym sposobem przeczekałyśmy deszczowy czas. Na szczęście prognozy obiecują, że dziś ostatni tak chłodny dzień w naszym województwie. Od jutra znów 15 stopni... więc nawet z parasolem można ruszyć na wojaże.
A jak to jest u Was, gdy za oknem kiepska pogoda? W co się bawicie? Jak umilacie sobie czas z dzieckiem? Podzielcie się, może i ja podłapię jakiś nowy patent!
wtorek, 15 kwietnia 2014
Jak wygląda matka na rozmowie o pracę?
Tak się czasem życie układa, że matki poszukują pracy. W czasie popołudniowej drzemki latorośli piszą listy motywacyjne, między karmieniem a zmianą pieluchy przeglądają oferty, przychodzi więc taki moment, że Potencjalny Pracodawca oddzwania i zaprasza matkę na rozmowę. Zazwyczaj człowiek ów jest bardzo zainteresowany spotkaniem i krótką pogawędką, nie wie bowiem jeszcze z kim ma do czynienia.
Matka oczywiście się zgadza. Podskakuje nawet z radości. Dopiero po chwili dociera do niej powaga sytuacji.
Pierwsza myśl: "O boszzz, z kim zostawię dziecko?".
Druga myśl: "O boszzz, nie mam się w co ubrać!".
Panika sięga więc zenitu, jednak zaprawiona w boju kobieta mierzy się z wyzwaniem i organizuje małej wiercipięcie opiekę na dwie godziny. Oczywiście PP (Potencjalny Pracodawca) wymyśla sobie, że rozmowa powinna się odbyć albo wcześnie rano, albo w środku dnia, więc o wspomnianą opiekę wcale nie jest łatwo.
Druga myśl: "O boszzz, nie mam się w co ubrać!".
Panika sięga więc zenitu, jednak zaprawiona w boju kobieta mierzy się z wyzwaniem i organizuje małej wiercipięcie opiekę na dwie godziny. Oczywiście PP (Potencjalny Pracodawca) wymyśla sobie, że rozmowa powinna się odbyć albo wcześnie rano, albo w środku dnia, więc o wspomnianą opiekę wcale nie jest łatwo.
Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w chwili, gdy otwierają się drzwi szafy. Tak tak, kombinować nad doborem stroju można cały wieczór,a skutek i tak będzie opłakany.
Jak więc wygląda matka na rozmowie kwalifikacyjnej?
![]() |
| Źródło |
1. Sukienka.
Tak, motywem przewodnim jest sukienka. I to jaka! Kiecka pamięta czasy piękne, przedciążowe, czyli 10 kg mniej temu. Grunt, że jest rozciągliwa! Ponieważ musi okryć trochę więcej ciała, niż to wcześniej bywało, automatycznie staje się krótsza. No nic, może nie zauważą odkrytego kolanka...
2. Rajstopy.
Rzecz ważna i poważna. Jeśli będą w tym samym kolorze, co rzeczona sukienka, to faktycznie jest szansa, że odkrytego kolanka nie będzie widać. Jeśli nie ma wystarczającej ilości czasu na hmmm.. ugładzenie nóg , całkiem nieźle sprawdzają się rajstopy kryjące. Jest pięknie. A właściwie byłoby, jednak po wyjściu z domu prawie zawsze leci oczko, albo robi się w nich jakaś inna, potężna dziura.
Rzecz ważna i poważna. Jeśli będą w tym samym kolorze, co rzeczona sukienka, to faktycznie jest szansa, że odkrytego kolanka nie będzie widać. Jeśli nie ma wystarczającej ilości czasu na hmmm.. ugładzenie nóg , całkiem nieźle sprawdzają się rajstopy kryjące. Jest pięknie. A właściwie byłoby, jednak po wyjściu z domu prawie zawsze leci oczko, albo robi się w nich jakaś inna, potężna dziura.
3. Coś pod/na sukienkę.
Chodzi o bluzkę, sweterek lub żakiet. Oczywiście matka stara się ukryć niedoprane lub niedoprasowane mankiety i kołnierzyk, większy problem stanowi guzik, który nagle zaczął odpadać - najlepszy dowód na to, że nieużywane ubrania zjadają szafowe mole!
Chodzi o bluzkę, sweterek lub żakiet. Oczywiście matka stara się ukryć niedoprane lub niedoprasowane mankiety i kołnierzyk, większy problem stanowi guzik, który nagle zaczął odpadać - najlepszy dowód na to, że nieużywane ubrania zjadają szafowe mole!
3. Buty.
Nawet, jeśli będą to najlepsze buty z całej garderoby to i tak się okazuje, że zostały wymalowane kredkami, albo nakarmione brokułem. W wersji light znajdzie się w nich tylko jakiś klocek albo tona piasku. Paniki nie ma. Sytuacja w całości do opanowania.
Nawet, jeśli będą to najlepsze buty z całej garderoby to i tak się okazuje, że zostały wymalowane kredkami, albo nakarmione brokułem. W wersji light znajdzie się w nich tylko jakiś klocek albo tona piasku. Paniki nie ma. Sytuacja w całości do opanowania.
4. Makijaż.
Perfekcyjnie rozprowadzony fluid, delikatnie zaznaczona linia brwi, podmalowane oko. Rozmazane tu i ówdzie po soczystym buziaku dziecia na "do widzenia".
Perfekcyjnie rozprowadzony fluid, delikatnie zaznaczona linia brwi, podmalowane oko. Rozmazane tu i ówdzie po soczystym buziaku dziecia na "do widzenia".
W przypadku lęku separacyjnego "rozmazane tu i ówdzie" należy rozszerzyć na całą twarz oraz górną cześć garderoby...
5. Włosy.
Również perfekcyjnie... rozwiane.
6. Dłonie.
Szału to tutaj nie ma, zwłaszcza, gdy akurat zmywacz do paznokci "wyszedł" z domu. Na szczęście rekruter zwykle siedzi po drugiej stronie stołu, więc dość łatwo jest ukryć niedociągnięcia.
Również perfekcyjnie... rozwiane.
6. Dłonie.
Szału to tutaj nie ma, zwłaszcza, gdy akurat zmywacz do paznokci "wyszedł" z domu. Na szczęście rekruter zwykle siedzi po drugiej stronie stołu, więc dość łatwo jest ukryć niedociągnięcia.
Całości dopełniają:
rozbiegany wzrok, nieodłączny telefon ("jak sobie radzicie???") oraz "gdzie jest ta kartka z nazwiskiem Potencjalnego Pracodawcy". W torebce znajdziemy kilka kredek świecowych, niemowlęce skarpetki, opakowanie nawilżanych chusteczek lub zapas chrupek kukurydzianych - oczywiście w okruszkach.
Tak właśnie prezentuje się matka na rozmowie o pracę.
Zgadzacie się, że Potencjalny Pracodawca ma twardy orzech do zgryzienia?
rozbiegany wzrok, nieodłączny telefon ("jak sobie radzicie???") oraz "gdzie jest ta kartka z nazwiskiem Potencjalnego Pracodawcy". W torebce znajdziemy kilka kredek świecowych, niemowlęce skarpetki, opakowanie nawilżanych chusteczek lub zapas chrupek kukurydzianych - oczywiście w okruszkach.
Tak właśnie prezentuje się matka na rozmowie o pracę.
Zgadzacie się, że Potencjalny Pracodawca ma twardy orzech do zgryzienia?
______ Polub nas na Facebooku! ;-)
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Blog jak psychoterapia.
Kilka lat temu wybrałam się do psychoterapeuty. Miałam dość uciążliwy problem, z którym już od dłuższego czasu nie potrafiłam sobie poradzić, zaczęłam więc szukać fachowej pomocy. Na wizytę jechałam z niekrytą ciekawością - w końcu wiele lat temu sama marzyłam, by zostać terapeutką. Teraz miałam okazję zobaczyć, jak praca na przysłowiowej kozetce wygląda. I czy ta kozetka w ogóle tam stoi.
![]() |
| welna.wordpress.com |
Dobrze zbudowana kobieta po 50-ce w długiej do kostek spódnicy i ze sporej wielkości kajetem słuchała mnie z miną taką, jakbym miała być największą porażką w jej karierze. Przez godzinę nie dowiedziałam się o sobie niczego nowego, a jedyną zmianą jaka w tym czasie zaszła był stan mojego konta - uboższy o 100 zł, co dla samodzielnie utrzymującej się studentki było dość dotkliwą karą.
Wróciłam do domu, włączyłam komputer i reaktywowałam zawieszony kilka miesięcy wcześniej blog. Jeden, drugi, trzeci wpis... Nagle okazało się, że wcale nie straciłam czytelników, a znajomi blogerzy od razu zaważyli mój powrót on-line. Zrobiło mi się dobrze. Bez wychodzenia z domu i całkowicie za darmo.
Myśleliście kiedyś o blogowaniu właśnie w ten sposób? Ja - od dość dawna. W końcu jest to pewnego rodzaju psychoterapia. Nawet, jeśli nie opisujesz ze szczegółami swojego życia, nie żalisz się na męża, teściową czy narastające poczucie smutku, w każdym wpisie wyrażasz siebie. Pokazujesz wyraźnie: "O tego, tego nie toleruję! Płakać mi się chce, gdy myślę o...". Budujesz nowe relacje, rozwijasz empatię, poszerzasz horyzonty, nabierasz pewności siebie... Nawet jeśli wydaje Ci się, że nie jesteś typem ekshibicjonisty, od czasu do czasu odsłaniasz przed nami duszę. I bardzo dobrze, bo to pomaga.
Blogowanie powinno się przepisywać na receptę! Oferty domen mogłyby stać w aptecznych gablotkach, zaraz obok syropu na kaszel. Taka terapia jest bardziej skuteczna i tańsza, choć nie pozbawiona skutków ubocznych. I wbrew pozorom, wbrew wszelkim stereotypom, jest to terapia innymi ludźmi.
Polub nas na Facebooku! ;-)
piątek, 11 kwietnia 2014
Ogranicza mnie wyobraźnia.
Jeszcze nie tak dawno temu, gdy regularnie medytowałam, czytywałam dziesiątki publikacji o samorozwoju i marzyłam, by kiedyś pomagać w duchowym spełnieniu innym, każdego dnia powtarzałam sobie, że nic nie dzieje się bez powodu.
Teraz, w gonitwie codzienności, dość często o tym zapominam. Jednak zawsze, ZAWSZE te słowa wracają do mnie w obliczu wielkich zmian. Przypominam je sobie i teraz, gdy domysły stały się faktem, gdy nadszedł czas, by przygotować się na NOWE.
Może się zdziwicie, ale nie jestem zła, nie jestem rozżalona. Już przed zajściem w ciążę czułam, że moja kariera totalnie wyhamowała, a ja zaczynam zwyczajnie męczyć się i popadać w rutynę. Teraz, gdy wiem, że to koniec, czuję coś dziwnego. Odetchnęłam. Odżyłam. Wiem, że mogę śmiało działać, że ogranicza mnie jedynie wyobraźnia.
A może taka reakcja to szok pourazowy? ;-)
Coraz częściej myślę o tym, by się odważyć i być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. By nie musieć nikomu zdawać raportów, tłumaczyć niepowodzeń. Myślę o tym, by samej sobie szefować. Tak bardzo nie lubię ograniczeń, tak kocham wyzwania.
Dlatego nawet przez sen zadaję sobie pytania "co?", "gdzie?", "jak?". Teraz mam potrójną motywację do tego, by NOWE równało się LEPSZE.
czwartek, 10 kwietnia 2014
I tak mi poszło w tyłek!
Szczerze mówiąc, jestem trochę aspołeczna. Nie lubię imprez, zwłaszcza rodzinnych. Tak już mam, od zawsze - i coś mi się wydaje, że wcale nie jestem w tym swoim "nielubieniu" odosobniona.
Tym razem było trochę inaczej, bo pod pretekstem szykowania imprezowych potraw miałam okazję uciec z domu zupełnie sama, bez małoletniej córki, na całe 6 godzin! Ponieważ urodzinowe przyjęcie organizowaliśmy u moich rodziców (Dlaczego? Bo mają stół! My nie mamy ;), udałam się na szybkie zakupy i popędziłam pichcić samo dobre w maminej kuchni.
Kulinarnie postawiłyśmy na ryby. I lekkość na talerzu. Było dużo łososia, sałatek, lekkich przekąsek. Jeśli chodzi o smakowe wariacje, zrobiłam pastę z surimi podawaną na krakersach, a także hummus, którego smakiem zachwyciłam się w Jerozolimie. Na deser, obok urodzinowego tortu znalazło się ciasto szpinakowe autorstwa pewnej domorosłej cukierniczki. Prawdziwa bomba! I to wcale nie kaloryczna, bo nawet pianka była leciutka jak chmurka.
Gaba oczywiście biegała przez całe popołudnie i wieczór wokół stołu, buszowała także pod nim i naprawdę nie dała nam chwili wytchnienia ;-)) Co więcej - do snu ułożyła się dopiero, gdy pojechali wszyscy goście, czyli grubo po 22. A za dnia spała jedynie w aucie, może 30-40 minut. Na pewno ten dzień był dla niej mocno męczący i tak naprawdę niewiele miała z niego frajdy, oprócz baloników i kilku fajnych figurek na torcie.
Czuję lekki niedosyt, bo to jednak jubilatka powinna mieć uciechę z imprezy. Pocieszam się jednak, że organizowanie urodzin dla zadowolenia dziecka dopiero przed nami i, że będę miała jeszcze serdecznie dość balonów, serpentyn, skocznej muzyczki i biegających dokoła młodocianych gości. Większość moich urodzin wspominam właśnie w ten sposób, nie zamieniłabym tych wspomnień na żadne inne. A tort pieczony przez mamę - taki na biszkopcie, z truskawkami zalanymi galaretką.... Mmmmm... To chyba najpiękniejsze chwile dzieciństwa.
_______
Polub nas na Facebooku! ;-)
środa, 9 kwietnia 2014
Twoje problemy rozwiążemy od ręki.
Stara życiowa mądrość głosi, że czasem lepiej zostawić sprawy swojemu biegowi, a wtedy rozwiązanie przyjdzie samo. I faktycznie - tym razem gro problemów spędzających mi sen z powiek zostało rozwiązanych w okamgnieniu, wraz z jednym wypowiedzianym w moim kierunku zdaniem.
Czy to nie spełnienie marzeń każdej uciemiężonej matki? Nagle ktoś podaje Ci pomocną dłoń, otwiera usta, a Ty - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki możesz się przestać zamartwiać się o kilka kluczowych w Twoim życiu spraw:
1. Co zrobić z dzieckiem?
Bo każdy przecież wie, że żłobek to nie jest rozwiązanie idealne. Dziecko zapisuje się do żłobka wtedy, gdy istnieje tego najwyższa konieczność, a innych rozwiązań po prostu brak. Mamy taką placówkę dosłownie "za miedzą", z miejscem też nie byłoby problemu. Jednak po małym wywiadzie środowiskowym na osiedlowym placu zabaw (tak, żłobek to świetny temat, aby zacząć rozmowę z innymi, bardziej doświadczonymi mamuśkami), skutecznie sobie ten pomysł wybiłam z głowy. Krótko mówiąc placówka nie cieszy się dobrą sławą. No i problem zorganizowania dnia dzieciu pozostał...
2. Kompletowanie garderoby.
Takiej wyjściowej, w której można się ludziom pokazać. Pisałam nawet o tym w "Nie mam się w co ubrać!". Tworzenie garderoby od "zera" jest i czasochłonne i kosztowne, niemożliwe do wykonania w ciągu 2-3 miesięcy. No bo, wiecie, 60% mojego wynagrodzenia, które dostawałam przez ostatnie pół roku jako zasiłek macierzyński to naprawdę żadne kokosy...
3. Czas na blog.
Kwestia, która targała mną niczym halny na Giewoncie. "Dam radę? Nie dam rady? Teraz i tak czasu mało, a potem tylko noce zostaną...". Miałam już tysiąc myśli na ten temat, łącznie z zawieszeniem, zamknięciem, skasowaniem, albo kupieniem sobie dobrego ekspresu parzącego mega mocną kawę. Wszak każdy bloger wie, że prowadzenie takiej stronki to nie bułka z masłem, gdy ma się męża, dzieci i pracę...
"I jak ja to wszystko ogarnę?" - myślałam. A od tego myślenia opadało mi wszystko, co podlega sile grawitacji. Praca, dziecko, dom, mąż, pasja... a jeszcze do tego miałam kiedyś taki skromny plan, by wrócić do aktywności fizycznej. Dobre sobie. To całe połączenie zwiastowało mi jedną wielką masakrę.
Po czym nadszedł dzień wczorajszy. Ciepły, słoneczny, zapowiadający niezłą burzę.
"Wolisz normalny czy skrócony okres wypowiedzenia?" - usłyszałam.
Tak, w tym momencie rozwiązały się wszystkie powyższe problemy. I narodziły kolejne, nowe - jeśli wiecie, co mam na myśli...
_____
Polub nas na Facebooku! ;-)
sobota, 5 kwietnia 2014
Dlaczego na bank mam przechlapane?
Wszyscy ją ostrzegali, wszyscy. Ale, że matka jest najmądrzejsza, to upierała się przy swoim. Myśl kiełkowała w jej głowie od dawna. W końcu jednak zmęczyło ją dalsze czekanie i wstrzymywanie się o kolejne tygodnie. Któregoś dnia po prostu to zrobiła. Przekroczyła próg sklepu papierniczego i ... kupiła dziecku kredki...
Wiecie, po jakim czasie od wręczenia dziecku świecówek pożałowałam swojej decyzji? Tak, po czasie krótkim. BARDZO krótkim. Bo okazało się, że roczna Gaba wcale nie jest zainteresowana tworzeniem kolorowych malowideł na białych kartach bloku technicznego. Nie jest ani trochę zachwycona ich kolorami, tajemniczymi właściwościami, ani możliwością rozwijania swojego talentu plastycznego! Z kredkami bowiem najlepiej biega się po mieszkaniu, nieopatrznie zostawiając grube krechy na ścianach, meblach i wykładzinie.. Fenomenalnym zajęciem jest również rzucanie kredek na podłogę, gdy siedzi się w wysokim krzesełku, przeznaczonym nie tylko do karmienia. Ale o dziwo bawi ją również wkładanie świecówek do pudełka.. by ponownie wyjąc i zacząć rzucać na podłogę ;-))
Dość szybko dziecię me zaczęło samo domagać się kredek i papieru. Pokazuje paluszkiem na półkę z kolorowym pudełeczkiem i nieustępliwie krzyczy, co ma chyba oznaczać, że "chce". Nieporadnie kreśli pierwsze punkty na kartce, ale kredkę trzyma w ręku prawidłowo, jak dorosła. Cieszy się, gdy zobaczy śmieszną postać narysowaną przez matkę. Ogląda, próbuje złamać, posmakować... i rzuca, rzuca, rzuca... Jak kiedyś Ślubny przyjrzy się ścianie przy której stoi krzesełko, to się za głowę złapie.. Ojojoj....
Ale dla takiego widoku można przecież poświecić kilka minut i trochę zielonej farby... No zobaczcie sami!
_______ Polub nas na Facebooku! ;-)
piątek, 4 kwietnia 2014
O baśniowych grach językowych.
Stanisław Grochowiak to jeden z moich ulubionych poetów. Od czasów szkolnych cenię jego styl, bo brzydota jest czymś, co ulubiłam sobie w poezji. Pamiętam, że wiersze Grochowiaka robiły na mnie szczególne wrażenie, wyróżniały się na tle mdłej romantycznej papki, która wychodziła mi uszami. Oczywiście, były to utwory dość kontrowersyjne, dlatego zdziwiłam się, gdy dzięki Wydawnictwu Festina Lente do moich rąk trafiła... baśń dla dzieci napisana przez tegoż autora.
Grochowiak napisał tę baśń dla swoich własnych dzieci. Pisał ją przez kilka lat - i czytał im na dobranoc.
| Stanisław Grochowiak: Żyjątko, Biedajstwo i Ci inni ilustracje Maria Sołtyk Wydawnictwo Cartalia Press |
"Żyjątko, Biedajstwo i Ci inni" nosi podtytuł "Zabawa literacka przeznaczona w zasadzie dla dzieci" i jest to bardzo trafne przedstawienie tego, co na kartach książki możemy znaleźć. Gry językowe widnieją tu na każdym kroku, wprowadzają nas w nieco zwariowany świat, który bawi, dziwi, skłania do chwili zastanowienia. To pozycja dla zdecydowanie starszych czytelników niż najmłodsze dzieci. Dorośli również znajdą tu coś dla siebie, ponieważ zabawa słowem wciąga i ciekawi, dając pole do popisu nieograniczonej wyobraźni.
Wzrok przyciągają ilustracje Marii Sołtyk, która niezwykle trafie zobrazowała klimat baśni. Dziś to przede wszystkim tę część książki mogłam Gabi pokazać, choć niektóre z obrazków są zdecydowanie zbyt mroczne jak dla rocznego dziecka. Dlatego pan Grochowiak musi poczekać cierpliwie na jednej z półek naszej biblioteczki. A gdy nadejdzie dla niej ten właściwy czas, z radością podam dziecku książkę i zachęcę do zagłębienia się w świat Żyjątka, Biedajstwa... i Tych innych również!
_______
Polub nas na Facebooku! ;-)
środa, 2 kwietnia 2014
Wózkowa cwaniara, czyli o tym, jak ułatwić sobie życie.
Stało się to, co nieuchronne i nieodwracalne. Od wczoraj nie mam w domu niemowlaka. Czy oddycham z ulgą? Nie zauważyłam. Czy jest mi smutno? Niekoniecznie. Czy się boję? O tak, jak co miesiąc - boję się, co moje dziecię wymyśli w kolejnym.
Kiedyś przeczytałam w jakimś mądrym rodzicielskim piśmie, że pierwszy rok jest najtrudniejszy. Dla dziecka, dla rodziców i tak ogólnie - w życiowym przetrwaniu. Co do tego nie mam jeszcze zdania. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że od dzisiaj będzie łatwiej ;-))
Żal mi jednego - tych wymówek, na które mogłam sobie pozwolić będąc matką niemowlaka. Mając chodzące i zaczynające mówić dziecko nie wypada ich już używać. Chlip chlip... Będę tęsknic.. Ale może któraś z Was ma jeszcze czas, by móc je wykorzystać! Uwierzcie, że czasem się przydają ;-)
![]() |
| Źródło |
Spanie, to zaraz po blogowaniu, moje ulubione zajęcie. Od zawsze. Od zarania dziejów. A urlop macierzyński był ostatnio jedynym czasem, kiedy mogłam sobie pozwolić na godzinną drzemkę w dzień. Przecież nikt nie musi wiedzieć, że to nie absolutna potrzeba, a zwykła chęć przytulenia się do poduszki wygrywa czasem ze stertą niewyprasowanych ubrań. Noce z niemowlakiem w jednym domu są w końcu tak wyczerpujące!!
2. Chodzenie po świecie bez makijażu.
Szczerze i otwarcie przyznaję, że po urodzeniu Gaby wrzuciłam na luz, jeśli chodzi o wygląd mojej twarzy. Przedtem wszystko musiało wyglądać w niej perfekcyjnie, a w połogu nawet spuchnięta twarz i nieprzeciętnie duże cienie pod oczami nie robiły na mnie większego wrażenia. Dziecko u boku usprawiedliwiało mnie przed przypadkowo spotkanymi ludźmi. Jestem matką, mam prawo być brzydka! Przynajmniej tymczasowo...
3. Omijanie kolejki w przychodniach, urzędach, marketach.
Wiem, że w większości przypadków pierwszeństwo matki z dzieckiem to tylko pobożne życzenie. Dlatego trzeba o swoje prawo walczyć i zwyczajnie się "wpychać". Można też spróbować podejść do zagadnienia bardziej przebiegle. Moje sprawdzone sposoby? Na zakupach dobrze jest wyglądać DOBRZE. A już przy kasach poszukać tej, gdzie w kolejce jest najwięcej facetów. Najczęściej któryś się orientuje i jesteśmy chociaż o 2 minuty "do przodu" ;-)
Na bardzo opornych interesantów w kolejce do urzędu lub lekarza najlepiej sprawdza się wybuch płaczu. Matki, nie dziecka. Jest to wyższa szkoła jazdy, ale przetestowałam - działa perfekcyjnie!
4. Bałagan w domu.
Najczęściej jest wynikiem punktu 1, ale znowu - nikt nie musi o tym wiedzieć! Przecież małe dziecko tak strasznie bałagani... No i właściwie jest to jedyna wymówka, którą mogę nadal stosować... :-)
5. Kiepski nastrój.
A jak można mieć dobry nastrój, gdy non stop siedzi się z dzieckiem w domu, bo jest np. zima albo leje deszcz?? Albo dziecko chore? Albo upał 35 stopni i nie da się wyjść przez 3/4 dnia??? Depresja gwarantowana! I wcale nie trzeba tłmaczyc się bólem głowy.
6. Ulatnianie się z rodzinnych imprez.
Ten punkt lubię najbardziej, zwłaszcza, gdy atmosfera na rodzinnym spotkaniu zaczyna robić się niezdrowa. Mając niemowlaka zawsze jest powód, żeby wyjść - choćby do drugiego pokoju. Karmienie, przewijanie, przebieranie, usypianie... Te czynności mogą trwać nawet całą wieczność, jeśli nie mamy ochoty na powrót do gości!
A Wy macie swoje macierzyńskie wymówki i sposoby na ułatwienie sobie życia? Chętnie poznam inne, szczególnie takie, które nadal będę mogła stosować ;-)) W końcu w życiu chodzi o to, żeby je sobie maksymalnie ułatwiać, a nie rzucać kłody pod nogi. Prawda?
Polub nas na Facebooku! ;-)
wtorek, 1 kwietnia 2014
... nie patrz, bo się pomylisz!
Dokładnie rok temu w godzinach przedpołudniowych dostałam od mojej kumpeli Kati smsa, który brzmiał mniej więcej tak: "Tylko nie pisz mi dziś, że rodzisz, bo i tak Ci nie uwierzę!"
Pech (?) chciał, że siedziałam właśnie wtedy na porodowej piłce z około sześciocentymetrowym rozwarciem i ni chu nie było mi do śmiechu. Napisałam więc kilka niecenzuralnych słów o porodzie, bólu i tym podobnych sprawach, na co odpowiedź dostałam przewidywalną. Śmiech na sali. Jak dobrze, że chociaż Ślubny uwierzył mi, że rodzę, gdy zadzwoniłam do niego w środku nocy...
Tego dnia moje ulubione święto bezkarnych żartów i wkręcania wszystkich wkoło nabrało nowego, zupełnie innego wymiaru. Dziś znów mamy Prima Aprillis, ale kluczowe jest to, że świętujemy pierwsze urodziny Gabrieli Marianny - naszej największej miłości. Dziewczynki, która wywróciła całe nasze życie do góry nogami, nauczyła jazdy bez trzymanki i pokazała, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Jest potwornie bystra, choć nadzwyczaj uparta. Chodzi, biega, śmieje się do rozpuku, zaczyna mówić i z pasją całuje fajnych facetów z okładek "Życia na gorąco". Kominka na okładce "Bloga" też wycałowała. Naprawdę nie wiem, po kim odziedziczyła tę swoją kochliwość...
Dziś nie jestem w stanie pojąc, jakim cudem w tak krótkim czasie bezbronna kruszynka stała się małą charakterną panną. To tylko 365 dni, a jednak zmienia tak wiele.
Życzę Ci pięknego życia, Gabulcu mój kochany! :*
_______ Polub nas na Facebooku! ;-)
poniedziałek, 31 marca 2014
Z uśmiechem za pan brat - wyniki konkursu!
Ale mi daliście popalić! Nie spodziewałam się, że będę mieć tak wielki problem z wyborem zwycięzców. Wprawdzie z pomocą przyszedł mi Ślubny i z zachwytem wskazał swoje typy.... ale to i tak nie rozwiązało ostatecznie mojego problemu. No kurczę, następnym razem robię zwykłe losowanie :P
Dziękuję Wam wszystkim za udział w konkursie. Po raz kolejny powtórzę - każde pojedyncze zgłoszenie jest fantastyczne i miałam twardy orzech do zgryzienia. Najchętniej podzieliłabym te nagrody na 49 kawałków i każdemu wysłała po odrobince...Ale czy ktoś z Was cieszyłby się wtedy?
Dlatego niejednogłośny werdykt jury w składzie Kinga Mak, Ślubny i Kinga Mak (bo baba zawsze ma głos x2) brzmi następująco:
Wybraną nagrodę od Mulliculli (krab) otrzymuje Ewelina Sochaczewska.
Wybraną nagrodę od Instadruku (memoprinty) otrzymuje Agnieszka Kempna.
Nagrodę - niespodziankę (która nadal pozostaje niespodzianką) od "Drugiego etatu" za największą liczbę głosów na Facebooku otrzymuje Dawid Rudy.
Wyróżnienia - nagrody od Instadruku w postaci 50% rabatu na printy otrzymują
Ania Jackowska
Ilona Kowalczyk
Gratuluję Wam bardzo serdecznie! Nagrody od Instadruku zostaną przekazane w formie kodu rabatowego drogą e-mailową. Ewelinę Sochaczewską proszę o kontakt ze sponsorem przez profil na FB w celu ustalenia wysyłki.
Szkoda, że to już koniec... naprawdę będzie mi brakować Waszych maili z tymi cudnymi uśmiechami. Na szczęście galeria na FB zostaje i gdy będzie mi naprawdę ponuro, popędzę pooglądać Was i Wasze dzieciaczki po raz kolejny i kolejny...
______ Polub nas na Facebooku! ;-)
niedziela, 30 marca 2014
Jak zaliczyć wpadkę, zakupy i dwie imprezy.
Wczorajszy dzień upłynął matce wyjątkowo imprezowo. Już kilka tygodni wcześniej wiedziałam, co się święci, więc padła szybka decyzja o pozbyciu się dziecia. Bezczelnie oddałam. Zrobiłam "papa" na pożegnanie i w nogi. Dziecko miało za to pół dnia na huśtawce pod jabłonką. I chyba wszyscy byli zadowoleni.
Zanim przybyłam do Manufaktury na spotkanie z Blogującymi Mamami, szybko wpadłam do domu, żeby się przebrać. No bo, wiecie, stwierdziłam, że w dresach to tak nie wypada do ludzi. Pierwsze wrażenie i te sprawy.... ;-) Oczywiście, jak na złość, wszystkie ubrania zdolne do noszenia "przy ludziach" były albo brudne, albo nagle zrobiły się o rozmiar za duże. Jednak permanentne mdłości, które odczuwam od jakichś dwóch tygodni, zrobiły swoje. Nie tylko na wadze widać efekt.
Ale o mdłościach wpis będzie osobny. Bo opowieść zatrzymała się w momencie, w którym z rozpaczą stwierdziłam.... co? "Aaaaaaaaaa, nie mam co na siebie włożyć!!!!" Musiałam więc mocno kombinować. W końcu udało się i Blogujące Matki zobaczyły mnie w wersji de luxe. A po drodze jeszcze zdążyłam sobie kieckę kupić.
Na samym spotkaniu nie dane mi było pozostać zbyt długo z powodu rodzinnej imprezy, na której obecność była dla mnie obowiązkowa. Spędziłam z dziewczynami jedynie dwie godziny, ale był to czas szalenie miły, w klimatycznym miejscu i przy smacznej, zimnej coli. Szkoda tylko, że zdjęcia nie mam z Wami żadnego - tego żałuję najbardziej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja, by się spotkać i móc porozmawiać na spokojnie. W końcu nikt nie zrozumie matki blogerki tak dobrze jak... druga matka blogerka ;-)))
Ciacha właśnie pochłonęłam - były przepyszne!! A teraz biegnę na kolejne urodzinowe obżarstwo - w końcu muszę trochę przytyć do tych zbyt dużych sukienek, co to w szafie wiszą nie noszone...
_______ Polub nas na Facebooku! ;-)
piątek, 28 marca 2014
Nic konkretnego, a pięknie.
Czy wiecie, że jeszcze tylko niecałe trzy godziny pozostały do zakończenia konkursu zorganizowanego wraz z Instadrukiem i Mulliculli?? Tylko teraz macie ostatnią szansę, by dołączyć do grona potencjalnych zwycięzców! ;-)) O zasadach oraz przecudnej urody nagrodach można poczytać we wpisie konkursowym.
A tymczasem....
Wiosna w pełni. Zieleń już powoli zaznacza swą obecność, kwitnie mirabelka przed naszym blokiem... a ja poczułam, że najwyższy czas, by wyciągnąć z szafy aparat i zabrać się za fotografowanie. Takie "pełną gębą". O!
Gdy o tym myślę, od razu mam przed oczami obrazy z mojej rodzinnej miejscowości, pełne zieleni, kwiatów, dzikiej zwierzyny. Nie umiem i nie lubię fotografować miasta, natomiast przyroda nieustannie mnie pod tym kątem inspiruje. Wiem, że daleko mi jeszcze do perfekcji, popełniam wiele błędów, a i sprzęt nie jest najdoskonalszy. Najważniejsza jest jednak przyjemność...
Poniżej kilka kadrów z przepięknego, słonecznego dnia, jakich wiele było ostatniej jesieni. Uwielbiam tę atmosferę, kolory... Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.
A już jutro wczesnym popołudniem będę z ogromną przyjemnością Was poznawać. Wreszcie i Łódź doczeka się blogowego spotkania! Ja już niecierpliwie przebieram nóżkami! Zwłaszcza na myśl o spotkaniu z "...by cieszyć się życiem" i "Tosinkowe Opowieści" ;-))
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.png)








