czwartek, 10 kwietnia 2014

I tak mi poszło w tyłek!

Szczerze mówiąc, jestem trochę aspołeczna. Nie lubię imprez, zwłaszcza rodzinnych. Tak już mam, od zawsze - i coś mi się wydaje, że wcale nie jestem w tym swoim "nielubieniu" odosobniona.


Tym razem było trochę inaczej, bo pod pretekstem szykowania imprezowych potraw miałam okazję uciec z domu zupełnie sama, bez małoletniej córki, na całe 6 godzin! Ponieważ urodzinowe przyjęcie organizowaliśmy u moich rodziców (Dlaczego? Bo mają stół! My nie mamy ;), udałam się na szybkie zakupy i popędziłam pichcić samo dobre w maminej kuchni.

Kulinarnie postawiłyśmy na ryby. I lekkość na talerzu. Było dużo łososia, sałatek, lekkich przekąsek. Jeśli chodzi o smakowe wariacje, zrobiłam pastę z surimi podawaną na krakersach, a także hummus, którego smakiem zachwyciłam się w Jerozolimie. Na deser, obok urodzinowego tortu znalazło się ciasto szpinakowe autorstwa pewnej domorosłej cukierniczki. Prawdziwa bomba! I to wcale nie kaloryczna, bo nawet pianka była leciutka jak chmurka.









Gaba oczywiście biegała przez całe popołudnie i wieczór wokół stołu, buszowała także pod nim i naprawdę nie dała nam chwili wytchnienia ;-)) Co więcej - do snu ułożyła się dopiero, gdy pojechali wszyscy goście, czyli grubo po 22. A za dnia spała jedynie w aucie, może 30-40 minut. Na pewno ten dzień był dla niej mocno męczący i tak naprawdę niewiele miała z niego frajdy, oprócz baloników i kilku fajnych figurek na torcie. 


Czuję lekki niedosyt, bo to jednak jubilatka powinna mieć uciechę z imprezy. Pocieszam się jednak, że organizowanie urodzin dla zadowolenia dziecka dopiero przed nami i, że będę miała jeszcze serdecznie dość balonów, serpentyn, skocznej muzyczki i biegających dokoła młodocianych gości. Większość moich urodzin wspominam właśnie w ten sposób, nie zamieniłabym tych wspomnień na żadne inne. A tort pieczony przez mamę - taki na biszkopcie, z truskawkami zalanymi galaretką.... Mmmmm... To chyba najpiękniejsze chwile dzieciństwa.



_______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

środa, 9 kwietnia 2014

Twoje problemy rozwiążemy od ręki.

Stara  życiowa mądrość głosi, że czasem lepiej zostawić sprawy swojemu biegowi, a wtedy rozwiązanie przyjdzie samo. I faktycznie - tym razem gro problemów spędzających mi sen z powiek zostało rozwiązanych w okamgnieniu, wraz z jednym wypowiedzianym w moim kierunku zdaniem. 





Czy to nie spełnienie marzeń każdej uciemiężonej matki? Nagle ktoś podaje Ci pomocną dłoń, otwiera usta, a Ty -  jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki możesz się przestać zamartwiać  się o kilka kluczowych w Twoim życiu spraw:

1. Co zrobić z dzieckiem?

Bo każdy przecież wie, że żłobek to nie jest rozwiązanie idealne. Dziecko zapisuje się do żłobka wtedy, gdy istnieje tego najwyższa konieczność, a innych rozwiązań po prostu brak. Mamy taką placówkę dosłownie "za miedzą", z miejscem też nie byłoby problemu. Jednak po małym wywiadzie środowiskowym na osiedlowym placu zabaw (tak, żłobek to świetny temat, aby zacząć rozmowę z innymi, bardziej doświadczonymi mamuśkami), skutecznie sobie ten pomysł wybiłam z głowy. Krótko mówiąc placówka nie cieszy się dobrą sławą. No i problem zorganizowania dnia dzieciu pozostał...

2. Kompletowanie garderoby.

Takiej wyjściowej, w której można się ludziom pokazać. Pisałam nawet o tym w "Nie mam się w co ubrać!". Tworzenie garderoby od "zera" jest i czasochłonne i kosztowne, niemożliwe do wykonania w ciągu 2-3 miesięcy. No bo, wiecie, 60% mojego wynagrodzenia, które dostawałam przez ostatnie pół roku jako zasiłek macierzyński to naprawdę żadne kokosy...

3. Czas na blog. 

Kwestia, która targała mną niczym halny na Giewoncie. "Dam radę? Nie dam rady? Teraz i tak czasu mało, a potem tylko noce zostaną...". Miałam już tysiąc myśli na ten temat, łącznie z zawieszeniem, zamknięciem, skasowaniem, albo kupieniem sobie dobrego ekspresu parzącego mega mocną kawę. Wszak każdy bloger wie, że prowadzenie takiej stronki to nie bułka z masłem, gdy ma się męża, dzieci i pracę...

"I jak ja to wszystko ogarnę?" - myślałam. A od tego myślenia opadało mi wszystko, co podlega sile grawitacji. Praca, dziecko, dom, mąż, pasja... a jeszcze do tego miałam kiedyś taki skromny plan, by wrócić do aktywności fizycznej. Dobre sobie. To całe połączenie zwiastowało mi jedną wielką masakrę. 

Po czym nadszedł dzień wczorajszy. Ciepły, słoneczny, zapowiadający niezłą burzę.

"Wolisz normalny czy skrócony okres wypowiedzenia?" - usłyszałam.

Tak, w tym momencie rozwiązały się wszystkie powyższe problemy. I narodziły kolejne, nowe - jeśli wiecie, co mam na myśli...

_____ Polub nas na Facebooku! ;-)

sobota, 5 kwietnia 2014

Dlaczego na bank mam przechlapane?

Wszyscy ją ostrzegali, wszyscy. Ale, że matka jest najmądrzejsza, to upierała się przy swoim. Myśl kiełkowała w jej głowie od dawna. W końcu jednak zmęczyło ją dalsze czekanie i wstrzymywanie się o kolejne tygodnie. Któregoś dnia po prostu to zrobiła. Przekroczyła próg sklepu papierniczego i ... kupiła dziecku kredki...



Wiecie, po jakim czasie od wręczenia dziecku świecówek pożałowałam swojej decyzji? Tak, po czasie krótkim. BARDZO krótkim. Bo okazało się, że roczna Gaba wcale nie jest zainteresowana tworzeniem kolorowych malowideł na białych kartach bloku technicznego. Nie jest ani trochę zachwycona ich kolorami, tajemniczymi właściwościami, ani możliwością rozwijania swojego talentu plastycznego! Z kredkami bowiem najlepiej biega się po mieszkaniu, nieopatrznie zostawiając grube krechy na ścianach, meblach i wykładzinie.. Fenomenalnym zajęciem jest również rzucanie kredek na podłogę, gdy siedzi się w wysokim krzesełku, przeznaczonym nie tylko do karmienia. Ale o dziwo bawi ją również wkładanie świecówek do pudełka.. by ponownie wyjąc i zacząć  rzucać na podłogę ;-))

Dość szybko dziecię me zaczęło samo domagać się kredek i papieru. Pokazuje paluszkiem na półkę z kolorowym pudełeczkiem i nieustępliwie krzyczy, co ma chyba oznaczać, że "chce". Nieporadnie kreśli pierwsze punkty na kartce, ale kredkę trzyma w ręku prawidłowo, jak dorosła. Cieszy się, gdy zobaczy śmieszną postać narysowaną przez matkę. Ogląda, próbuje złamać, posmakować... i rzuca, rzuca, rzuca... Jak kiedyś Ślubny przyjrzy się ścianie przy której stoi krzesełko, to się za głowę złapie.. Ojojoj....

Ale dla takiego widoku można przecież poświecić kilka minut i trochę zielonej farby... No zobaczcie sami!











_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

piątek, 4 kwietnia 2014

O baśniowych grach językowych.

Stanisław Grochowiak to jeden z moich ulubionych poetów. Od czasów szkolnych cenię jego styl, bo brzydota jest czymś, co ulubiłam sobie w poezji. Pamiętam, że wiersze Grochowiaka robiły na mnie szczególne wrażenie, wyróżniały się na tle mdłej romantycznej papki, która wychodziła mi uszami. Oczywiście, były to utwory dość kontrowersyjne, dlatego zdziwiłam się, gdy dzięki Wydawnictwu Festina Lente do moich rąk trafiła... baśń dla dzieci napisana przez tegoż autora.


Grochowiak napisał tę baśń dla swoich własnych dzieci. Pisał ją przez kilka lat - i czytał im na dobranoc.

Stanisław Grochowiak: Żyjątko, Biedajstwo i Ci inni
ilustracje Maria Sołtyk
Wydawnictwo Cartalia Press

"Żyjątko, Biedajstwo i Ci inni" nosi podtytuł "Zabawa literacka przeznaczona w zasadzie dla dzieci" i jest to bardzo trafne przedstawienie tego, co na kartach książki możemy znaleźć. Gry językowe widnieją tu na każdym kroku, wprowadzają nas w nieco zwariowany świat, który bawi, dziwi, skłania do chwili zastanowienia. To pozycja dla zdecydowanie starszych czytelników niż najmłodsze dzieci. Dorośli również znajdą tu coś dla siebie, ponieważ zabawa słowem wciąga i ciekawi, dając pole do popisu nieograniczonej wyobraźni.





Wzrok przyciągają ilustracje Marii Sołtyk, która niezwykle trafie zobrazowała klimat baśni. Dziś to przede wszystkim tę część książki mogłam Gabi pokazać, choć niektóre z obrazków są zdecydowanie zbyt mroczne jak dla rocznego dziecka. Dlatego  pan Grochowiak musi poczekać cierpliwie na jednej z półek naszej biblioteczki. A gdy nadejdzie dla niej ten właściwy czas, z radością podam dziecku książkę i zachęcę do zagłębienia się w świat Żyjątka, Biedajstwa... i Tych innych również!




_______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

środa, 2 kwietnia 2014

Wózkowa cwaniara, czyli o tym, jak ułatwić sobie życie.

Stało się to, co nieuchronne i nieodwracalne. Od wczoraj nie mam w domu niemowlaka. Czy oddycham z ulgą? Nie zauważyłam. Czy jest mi smutno? Niekoniecznie. Czy się boję? O tak, jak co miesiąc - boję się, co moje dziecię wymyśli w kolejnym.



Kiedyś przeczytałam w jakimś mądrym rodzicielskim piśmie, że pierwszy rok jest najtrudniejszy. Dla dziecka, dla rodziców i tak ogólnie - w życiowym przetrwaniu. Co do tego nie mam jeszcze zdania. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że od dzisiaj będzie łatwiej ;-)) 
Żal mi jednego - tych wymówek, na które mogłam sobie pozwolić będąc matką niemowlaka. Mając chodzące i zaczynające mówić dziecko nie wypada ich już używać. Chlip chlip... Będę tęsknic..  Ale może któraś z Was ma jeszcze czas, by móc je wykorzystać! Uwierzcie, że czasem się przydają ;-)

Źródło
1. Spanie w dzień po ciężkiej nocy.
Spanie, to zaraz po blogowaniu, moje ulubione zajęcie. Od zawsze. Od zarania dziejów. A urlop macierzyński był ostatnio jedynym czasem, kiedy mogłam sobie pozwolić na godzinną drzemkę w dzień. Przecież nikt nie musi wiedzieć, że to nie absolutna potrzeba, a zwykła chęć przytulenia się do poduszki wygrywa czasem ze stertą niewyprasowanych ubrań. Noce z niemowlakiem w jednym domu są w końcu tak wyczerpujące!!

2. Chodzenie po świecie bez makijażu.
Szczerze i otwarcie przyznaję, że po urodzeniu Gaby wrzuciłam na luz, jeśli chodzi o wygląd mojej twarzy. Przedtem wszystko musiało wyglądać w niej perfekcyjnie, a w połogu nawet spuchnięta twarz i nieprzeciętnie duże cienie pod oczami nie robiły na mnie większego wrażenia. Dziecko u boku usprawiedliwiało mnie przed przypadkowo spotkanymi ludźmi. Jestem matką, mam prawo być brzydka! Przynajmniej tymczasowo...

3. Omijanie kolejki w przychodniach, urzędach, marketach.
Wiem, że w większości przypadków pierwszeństwo matki z dzieckiem to tylko pobożne życzenie. Dlatego trzeba o swoje prawo walczyć i zwyczajnie się "wpychać". Można też spróbować podejść do zagadnienia bardziej przebiegle. Moje sprawdzone sposoby? Na zakupach dobrze jest wyglądać DOBRZE. A już przy kasach poszukać tej, gdzie w kolejce jest najwięcej facetów. Najczęściej któryś się orientuje i jesteśmy chociaż o 2 minuty "do przodu" ;-)
Na bardzo opornych interesantów w kolejce do urzędu lub lekarza najlepiej sprawdza się wybuch płaczu. Matki, nie dziecka. Jest to wyższa szkoła jazdy, ale przetestowałam - działa perfekcyjnie!

4. Bałagan w domu.
Najczęściej jest wynikiem punktu 1, ale znowu - nikt nie musi o tym wiedzieć! Przecież małe dziecko tak strasznie bałagani... No i właściwie jest to jedyna wymówka, którą mogę nadal stosować... :-)

5. Kiepski nastrój.
A jak można mieć dobry nastrój, gdy non stop siedzi się z dzieckiem w domu, bo jest np. zima albo leje deszcz?? Albo dziecko chore? Albo upał 35 stopni i nie da się wyjść przez 3/4 dnia??? Depresja gwarantowana! I wcale nie trzeba tłmaczyc się bólem głowy.

6. Ulatnianie się z rodzinnych imprez.
Ten punkt lubię najbardziej, zwłaszcza, gdy atmosfera na rodzinnym spotkaniu zaczyna robić się niezdrowa. Mając niemowlaka zawsze jest powód, żeby wyjść - choćby do drugiego pokoju. Karmienie, przewijanie, przebieranie, usypianie... Te czynności mogą trwać nawet całą wieczność, jeśli nie mamy ochoty na powrót do gości!


A Wy macie swoje macierzyńskie wymówki i sposoby na ułatwienie sobie życia? Chętnie poznam inne, szczególnie takie, które nadal będę mogła stosować ;-)) W końcu w życiu chodzi o to, żeby je sobie maksymalnie ułatwiać, a nie rzucać kłody pod nogi. Prawda? 

______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

wtorek, 1 kwietnia 2014

... nie patrz, bo się pomylisz!

Dokładnie rok temu w godzinach przedpołudniowych dostałam od mojej kumpeli Kati smsa, który brzmiał mniej więcej tak: "Tylko nie pisz mi dziś, że rodzisz, bo i tak Ci nie uwierzę!"


Pech (?) chciał, że siedziałam właśnie wtedy na porodowej piłce z około sześciocentymetrowym rozwarciem i ni chu nie było mi do śmiechu. Napisałam więc kilka niecenzuralnych słów o porodzie, bólu i tym podobnych sprawach, na co odpowiedź dostałam przewidywalną. Śmiech na sali. Jak dobrze, że chociaż Ślubny uwierzył mi, że rodzę, gdy zadzwoniłam do niego w środku nocy...

Tego dnia moje ulubione święto bezkarnych żartów i wkręcania wszystkich wkoło nabrało nowego, zupełnie innego wymiaru. Dziś znów mamy Prima Aprillis, ale kluczowe jest to, że świętujemy pierwsze urodziny Gabrieli Marianny - naszej największej miłości. Dziewczynki, która wywróciła całe nasze życie do góry nogami, nauczyła jazdy bez trzymanki i pokazała, co tak naprawdę jest w życiu ważne. Jest potwornie bystra, choć nadzwyczaj uparta. Chodzi, biega, śmieje się do rozpuku, zaczyna mówić i z pasją całuje fajnych facetów z okładek "Życia na gorąco".  Kominka na okładce "Bloga" też wycałowała. Naprawdę nie wiem, po kim odziedziczyła tę swoją kochliwość...

Dziś nie jestem w stanie pojąc, jakim cudem w tak krótkim czasie bezbronna kruszynka stała się małą charakterną panną. To tylko 365 dni, a jednak zmienia tak wiele.

Życzę Ci pięknego życia, Gabulcu mój kochany! :*










_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

poniedziałek, 31 marca 2014

Z uśmiechem za pan brat - wyniki konkursu!

Ale mi daliście popalić! Nie spodziewałam się, że będę mieć tak wielki problem z wyborem zwycięzców. Wprawdzie z pomocą przyszedł mi Ślubny i z zachwytem wskazał swoje typy.... ale to i tak nie rozwiązało ostatecznie mojego problemu. No kurczę, następnym razem robię zwykłe losowanie :P




Dziękuję Wam wszystkim za udział w konkursie. Po raz kolejny powtórzę - każde pojedyncze zgłoszenie jest fantastyczne i miałam twardy orzech do zgryzienia. Najchętniej podzieliłabym te nagrody na 49 kawałków i każdemu wysłała po odrobince...Ale czy ktoś z Was cieszyłby się wtedy? 

Dlatego niejednogłośny werdykt jury w składzie Kinga Mak, Ślubny i Kinga Mak (bo baba zawsze ma głos x2) brzmi następująco:

Wybraną nagrodę od Mulliculli (krab) otrzymuje Ewelina Sochaczewska.




Wybraną nagrodę od Instadruku (memoprinty) otrzymuje Agnieszka Kempna.




Nagrodę - niespodziankę (która nadal pozostaje niespodzianką) od "Drugiego etatu" za największą liczbę głosów na Facebooku otrzymuje Dawid Rudy.




Wyróżnienia - nagrody od Instadruku w postaci 50% rabatu na printy otrzymują

Ania Jackowska



Ilona Kowalczyk



Gratuluję Wam bardzo serdecznie! Nagrody od Instadruku zostaną przekazane w formie kodu rabatowego drogą e-mailową. Ewelinę Sochaczewską proszę o kontakt ze sponsorem przez profil na FB w celu ustalenia wysyłki. 

Szkoda, że to już koniec... naprawdę będzie mi brakować Waszych maili z tymi cudnymi uśmiechami. Na szczęście galeria na FB zostaje i gdy będzie mi naprawdę ponuro, popędzę pooglądać Was i Wasze dzieciaczki po raz kolejny i kolejny... 



______ Polub nas na Facebooku! ;-)

niedziela, 30 marca 2014

Jak zaliczyć wpadkę, zakupy i dwie imprezy.

Wczorajszy dzień upłynął matce wyjątkowo imprezowo. Już kilka tygodni wcześniej wiedziałam, co się święci, więc padła szybka decyzja o pozbyciu się dziecia. Bezczelnie oddałam. Zrobiłam "papa" na pożegnanie i w nogi. Dziecko miało za to pół dnia na huśtawce pod jabłonką. I chyba wszyscy byli zadowoleni.


Zanim przybyłam do Manufaktury na spotkanie z Blogującymi Mamami, szybko wpadłam do domu, żeby się przebrać. No bo, wiecie, stwierdziłam, że w dresach to tak nie wypada do ludzi. Pierwsze wrażenie i te sprawy.... ;-) Oczywiście, jak na złość, wszystkie ubrania zdolne do noszenia "przy ludziach" były albo brudne, albo nagle zrobiły się o rozmiar za duże. Jednak permanentne mdłości, które odczuwam od jakichś dwóch tygodni, zrobiły swoje. Nie tylko na wadze widać efekt.
Ale o mdłościach wpis będzie osobny. Bo opowieść zatrzymała się w momencie, w którym z rozpaczą stwierdziłam.... co? "Aaaaaaaaaa, nie mam co na siebie włożyć!!!!" Musiałam więc mocno kombinować. W końcu udało się i Blogujące Matki zobaczyły mnie w wersji de luxe. A po drodze jeszcze zdążyłam sobie kieckę kupić. 

Na samym spotkaniu nie dane mi było pozostać zbyt długo z powodu rodzinnej imprezy, na której obecność była dla mnie obowiązkowa. Spędziłam z dziewczynami jedynie dwie godziny, ale był to czas szalenie miły, w klimatycznym miejscu i przy smacznej, zimnej coli. Szkoda tylko, że zdjęcia nie mam z Wami żadnego - tego żałuję najbardziej. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja, by się spotkać i móc porozmawiać na spokojnie. W końcu nikt nie zrozumie matki blogerki tak dobrze jak... druga matka blogerka ;-)))

Do domu wróciłam z cudnymi kurkami stworzonymi przez Lenę i  ciachami autorstwa Szminki.


Ciacha właśnie pochłonęłam - były przepyszne!! A teraz biegnę na kolejne urodzinowe obżarstwo - w końcu muszę trochę przytyć do tych zbyt dużych sukienek, co to w szafie wiszą nie noszone...


_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

piątek, 28 marca 2014

Nic konkretnego, a pięknie.

Czy wiecie, że jeszcze tylko niecałe trzy godziny pozostały do zakończenia konkursu zorganizowanego wraz z Instadrukiem i  Mulliculli?? Tylko teraz macie ostatnią szansę, by dołączyć do grona potencjalnych zwycięzców! ;-)) O zasadach oraz przecudnej urody nagrodach można poczytać we wpisie konkursowym.


A tymczasem....

Wiosna w pełni. Zieleń już powoli zaznacza swą obecność, kwitnie mirabelka przed naszym blokiem... a ja poczułam, że najwyższy czas, by wyciągnąć z szafy aparat i zabrać się za fotografowanie. Takie "pełną gębą". O!
Gdy o tym myślę, od razu mam przed oczami obrazy z mojej rodzinnej miejscowości, pełne zieleni, kwiatów, dzikiej zwierzyny. Nie umiem i nie lubię fotografować miasta, natomiast przyroda nieustannie mnie pod tym kątem inspiruje. Wiem, że daleko mi jeszcze do perfekcji, popełniam wiele błędów, a i sprzęt nie jest najdoskonalszy. Najważniejsza jest jednak przyjemność...

Poniżej kilka kadrów z przepięknego, słonecznego dnia, jakich wiele było ostatniej jesieni. Uwielbiam tę atmosferę, kolory... Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.









A już jutro wczesnym popołudniem będę z ogromną przyjemnością Was poznawać. Wreszcie i Łódź doczeka się blogowego spotkania! Ja już niecierpliwie przebieram nóżkami! Zwłaszcza na myśl o spotkaniu z "...by cieszyć się życiem" i "Tosinkowe Opowieści"  ;-))

Kulinarno - higieniczne rozważania.


Mniej mnie ostatnio na blogu - przyznaję bez bicia. Ostatnie dni dały nam się jednak mocno we znaki. Zaczęło się od wtorkowej gorączki u Gaby, nocnym szukaniu czynnej apteki, by móc podać w trybie natychmiastowym lek przeciwgorączkowy (była godz. 4 nad ranem).. Potem awaria komputera połączona ze wzmożoną bezsennością dziecia mego w czasie okołochorobowym... Ach, dużo by opowiadać.


Dziś mam dla Was recenzję produktów od BabyOno.

W ramach współpracy z Mamfią otrzymałyśmy z Gabą do przetestowania dwa produkty - bawełniane płatki kosmetyczne dla niemowląt oraz elastyczne łyżeczki do karmienia 6m+. Jakie są moje wrażenia?


Łyżeczka do karmienia.

Łyżeczka przeznaczona jest dla dzieci powyżej szóstego miesiąca życia, czyli właściwie dla wszystkich tych, które zjadają już choć w niewielkich ilościach pokarmy inne niż mleko. Kolorystyka zachęcająca - do nas trafiła łyżeczka zielona, a my lubimy zieleń pod każdą postacią;-). Dużym plusem jest elastyczność łyżeczki - doceni ją każdy ząbkujący maluch. Użyte materiały minimalizują możliwość urażenia delikatnego, obolałego dziąsełka, nie ma więc obaw, że podczas karmienia rozlegnie się płacz i nastąpi odmowa dalszej konsumpcji pokarmu ;-)
Pomimo to, korzystało mi się z tej łyżeczki raczej niewygodnie. Miałam wrażenie, że jest zbyt mała i płytka, a krótka rączka powodowała dość częste zatopienie w zupce lub kaszce. Byc może łyżeczka jest idealna dla półrocznych maluszków, ale moja mała smakoszka jest na nią już odrobinę za duża.

Płatki kosmetyczne.

Płatków kosmetycznych nie używamy zbyt często. Najlepiej sprawdzają się na wyjazdach, gdy potrzebne jest przemycie buzi i rączek w czasie podróży. Wtedy dobrze jest zmoczyć 2-3 duże płatki kosmetyczne i przemyć nimi malucha.
Wypróbowałyśmy płatki w warunkach domowych i moje wnioski są następujące. Jeśli chodzi o przemywanie "na mokro", sprawdzają się dobrze. Nie pozostawiają włókien, nie rozpadają się, świetnie wchłaniają wodę i po jej odciśnięciu również pozostają w dobrym stanie. Problem pojawił się, gdy chciałam osuszyć płatkiem zwilżoną buzię Gaby. Płatek momentalnie przykleił się do skóry, rozwarstwił i po jego odjęciu na buzi została połowa bawełny. Resztę trzeba było zdejmować po kawałku. 




Myślę, że warto kupić, spróbować, przetestować, zwłaszcza, że cena zachęca. Obu produktom wystawiłabym ocenę 4. A jeśli chcecie wiedzieć, jak BabyOno wypadło w testach innych mam, zapraszam na raport na Mamfii.


______
Polub nas na Facebooku! ;-)