Szczerze mówiąc, jestem trochę aspołeczna. Nie lubię imprez, zwłaszcza rodzinnych. Tak już mam, od zawsze - i coś mi się wydaje, że wcale nie jestem w tym swoim "nielubieniu" odosobniona.
Tym razem było trochę inaczej, bo pod pretekstem szykowania imprezowych potraw miałam okazję uciec z domu zupełnie sama, bez małoletniej córki, na całe 6 godzin! Ponieważ urodzinowe przyjęcie organizowaliśmy u moich rodziców (Dlaczego? Bo mają stół! My nie mamy ;), udałam się na szybkie zakupy i popędziłam pichcić samo dobre w maminej kuchni.
Kulinarnie postawiłyśmy na ryby. I lekkość na talerzu. Było dużo łososia, sałatek, lekkich przekąsek. Jeśli chodzi o smakowe wariacje, zrobiłam pastę z surimi podawaną na krakersach, a także hummus, którego smakiem zachwyciłam się w Jerozolimie. Na deser, obok urodzinowego tortu znalazło się ciasto szpinakowe autorstwa pewnej domorosłej cukierniczki. Prawdziwa bomba! I to wcale nie kaloryczna, bo nawet pianka była leciutka jak chmurka.
Gaba oczywiście biegała przez całe popołudnie i wieczór wokół stołu, buszowała także pod nim i naprawdę nie dała nam chwili wytchnienia ;-)) Co więcej - do snu ułożyła się dopiero, gdy pojechali wszyscy goście, czyli grubo po 22. A za dnia spała jedynie w aucie, może 30-40 minut. Na pewno ten dzień był dla niej mocno męczący i tak naprawdę niewiele miała z niego frajdy, oprócz baloników i kilku fajnych figurek na torcie.
Czuję lekki niedosyt, bo to jednak jubilatka powinna mieć uciechę z imprezy. Pocieszam się jednak, że organizowanie urodzin dla zadowolenia dziecka dopiero przed nami i, że będę miała jeszcze serdecznie dość balonów, serpentyn, skocznej muzyczki i biegających dokoła młodocianych gości. Większość moich urodzin wspominam właśnie w ten sposób, nie zamieniłabym tych wspomnień na żadne inne. A tort pieczony przez mamę - taki na biszkopcie, z truskawkami zalanymi galaretką.... Mmmmm... To chyba najpiękniejsze chwile dzieciństwa.
_______
Polub nas na Facebooku! ;-)

.png)










