wtorek, 14 stycznia 2014

Bloger kontra bloger.

Niewielu z Was, Moi Drodzy Czytelnicy, wie, że pięć lat przypadających na naukę w szkole wyższej spędziłam, wgłębiając się w socjologiczne zawiłości. No cóż, przynajmniej próbowałam się w nie zagłębić, bo ogrom teorii czasem mnie po prostu przerastał i przegrywał z sennością lub zwyczajną nudą. Pisałam jednak dwie prace dyplomowe. Jedna dotyczyła świadomości ówczesnych nastolatków na temat HIV/AIDS, druga - zachowań seksualnych studentek :-) W socjologii bowiem najfajniejsze jest to, że można napisać o wszystkim - byle dotyczyło ludzi. 

Dziś jednak wybrałabym zupełnie inny temat. Napisałabym o Was, o nas, o nich... O blogosferze. Bo to popularne w ostatnich latach zjawisko zaczęło się dość niepostrzeżenie zmieniać. 
A może nie? Może to, o czym myślę, istniało już dawno? Ciemna strona tej społeczności. Oczywiście pierwsze, co przychodzi na myśl to hejterstwo, ostatnimi czasy wszechobecne. Podobno ilością hejterów mierzy się nawet popularność blogera i jego twórczości. Choć w walce z takim hejt-uparciuchem nie ma najmniejszej nawet frajdy.

Jest jednak coś, co ostatnio rzuca się w me oczy ze zdwojoną siłą. Chodzi o podziały w blogosferze, na tych 'lepszych' i 'gorszych', na 'zwykłych' i tych 'wow'. Na piszących z przyjemnością i pasją oraz tych zaciekle walczących o popularność.  Oczywiście, istnieje wiele MEGApopularnych blogów, które są tworzone sercem i napisane tak, że ja sama mogłabym jedynie pomarzyć o podobnej lekkości pióra i płodności literackiej. Jednak pewna część blogosfery ewoluuje w niebezpieczną stronę swoistego 'celebryctwa'. Czy przesadzę, jeśli wspomnę też o pewne rodzaju sprzedajności? 

Czy mi to przeszkadza? Nieszczególnie, bo czytam to, co lubię. Na to, czego nie toleruję, czasem zerkam z ciekawości. Jednak smuci mnie taki obrót sprawy, bo z pisaniem w sieci identyfikuję się już od prawie dekady. I jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł zbadania obiektu mej irytacji i opisania tego choć paranaukowo, to ja bardzo proszę o jeden egzemplarz na własność. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Życiowa rozbieżność.

    Trochę dziwnie się zrobiło. No bo powiedzmy sobie szczerze - pozytywne myślenie i wielkie plany to jedno, a rzeczywistość - drugie. Te dwa powyższe znacznie się między soba różnią. Prawda? A może to ja jestem taką pesymistką z natury?

Szybko okazało się, że nie można mieć i robić wszystkiego. Z czegoś zdecydowanie muszę zrezygnować. 
Na razie ciało zdecydowało za mnie i wyśmiało chęć powrotu do aktywności fizycznej. Kolano boli przy najmniejszym dotyku, domaga się lekarza. Fitnessować się zatem nie będę. Przynajmniej na razie. A szkoda, bo zrobić coś dla siebie jestem w stanie właściwie tylko poza domem. Będąc w zasięgu rąk i wzroku Gaby, tworzenie czegokolwiek bez jej udziału stało się kompletnie niemożliwe. Do komputera też pannę ciągnie niemiłosiernie. Zastanawiam się nawet, czy kiedykolwiek doczyszczę monitor ;-))

Nie chcę rezygnować z bloga. Niestety, Projekt Samo_się od 2-3 tygodni odbywa się już bez mojego wkładu, całość ogarnia Przewijka, bo mój czas skurczył się do minimum. Muszę wybierać - albo napisać post, albo poczytać blogi, albo powrzucać linki z Waszymi relacjami na fb, albo poczytać, co dzieje się na świecie. Dzieć sypia w dzień około godziny. W porywach do półtorej. Spać chodzi poiędzy 22 a północą. Gdy kilka  razy G. padła po 20-tej po braku drzemki w dzień, robiła nam miłe pobudki po północy. A potem usypianie trwało 2-3 godziny... I gdzie tu sens, gdzie logika?

Szukam sposobu, by ogarnąć tę rzeczywistość. Pełną marzeń, ambicji, wyznaczonych celów. Jednak mycie zębów i robienie śniadania z dzieckiem na ręku nieco utrudnia ten pozytywny start. Budzi się zwątpienie. Dam radę? Kurczę, jest jakakolwiek szansa, że dam radę??
Potrzebuję rady, wskazówki, jakiegoś pozytywnego rozwiązania. Jakie są Wasze sposoby na ogarnięcie rzeczywistości? Jakim cudem wyrabiacie się z życiem i blogiem? Wiem, że jakiś czas temu Kobieta mzik pytała o to samo, więc chyba nie ja jedna mam taki problem.
Piszcie, pomóżcie! ;-)



wtorek, 7 stycznia 2014

Urzędowo z dzieckiem.

Plan, o którym pisałam w poprzednim poście, zaczynam wcielać w życie. Szczerze? Emocjonalnie nie jest mi łatwo - do podróżowania i bywania z dzieckiem w różnych miejscach trzeba się przyzwyczaić. Muszę jednak przyznać, że dzisiejszy start był niesamowicie udany. I przyniósł tak naprawdę samo dobre.

Koło południa, po drugim śniadaniu (mój mały "nocny marek" po wczorajszym szaleństwie do północy obudził się dziś o .... 9.40!!), zapakowałam dziecię do auta i ruszyłam w drogę. Pierwszym punktem na mapie był Urząd Miasta - a właściwie Wydział ds. Świadczeń Socjalnych. Tak, nareszcie udało mi się zebrać wszystkie potrzebne dokumenty, aby złożyć wniosek o becikowe. O biurokracji, która przerosła moje pojęcie, pisałam już jakiś czas temu ----> Becikowe zmagania.
Na miejscu okazało się, że muszę wypełnić jeszcze kilka oświadczeń: 
- o braku dochodów z gospodarstwa rolnego i innych źródeł (stypendia);
- o tym, że oboje z mężem jesteśmy od kilku lat niezmiennie zatrudnieni w tych samych firmach;
- o tym, że mąż nie składał analogicznego wniosku dot. naszego dziecka.
Na szczęście obyło się bez czekania w kolejce, a Gaba cały ten czas przesiedziała na moich kolanach bez najmniejszego problemu. Pani urzędniczka aż zapytała z niedowierzaniem, czy dzieć zawsze taki spokojny.
O nie, proszę pani.. To taki wyjątek dziś zrobiła...

Jednym słowem - jak do urzędu, to tylko z dzieckiem. Przynajmniej tym moim, bo i stoicki spokój zachowuje, i urzędników oczarować potrafi. A w razie czego w długiej kolejce matka z dzieckiem przecież czekać nie może... ;-)
Potem jeszcze odwiedziłyśmy moją firmę, gdzie panna rozdawała uśmiechy na prawo i lewo (aż byłam w szoku, że tak jej humor dopisywał), a w drodze powrotnej zasnęła w aucie. Musiała być zmęczona tym nadmiarem wrażeń, bo nie obudziło ją nawet rozbieranie z kurtki, spodni i swetra. Spała dobrą godzinę.

Macie pojęcie, jak jestem zadowolona z dzisiejszego dnia? Już dawno nie było tak fajnie. Jutro pewnie zrobimy sobie dzień domowy, ale jak tylko warunki zewnętrzne będą sprzyjające, to znacznie częściej będziemy tak podróżować. Bo fajnie jest aktywnie spędzać czas z maluchem! Nawet jeśli są to sprawy urzędowe ;-)


niedziela, 5 stycznia 2014

Uspołecznić się.

Źródło
Mimo, że właściwie przeszliśmy już do porządku dziennego nad faktem, iż mamy rok 2014 i o świąteczno-noworocznych  baletach zaczynamy zapominać, ja chciałam dziś wrócić na chwilę pamięcią do sylwestrowej nocy. Nocy, która dość nieoczekiwanie z kolejnej spędzonej w domu przed TV zmieniła się w szampańską zabawę i stała się fantastyczną inspiracją do zmian na lepsze.

"Co się stało?" - zapytacie. Może Was trochę rozczaruję. Bo tak naprawdę żaden przełom nie nastąpił, prócz tego w mojej głowie. Wyszłam z mężem na imprezę. Do znajomych. Jego znajomych, bo ja tak naprawdę wszystkich zobaczyłam po raz pierwszy. A po kwadransie czułam się jak ryba w wodzie.

Spotkałam ludzi, z rozmowy z którymi czerpałam prawdziwą przyjemność. Z panią domu piłam szampana w kuchni, po ciemku, oglądając sypiące się za oknem fajerwerki. Już dawno nie było mi tak dobrze. I szybko zdałam sobie sprawę, że to brak kontaktu z ludźmi tak mnie ostatnio depresyjnie nastroił. Pozbawił tej pozytywnej energii, której przecież zawsze miałam w nadmiarze. Po raz kolejny potwierdza się, że to drugi człowiek motywuje i inspiruje najbardziej. 

Dlatego obiecałam sobie, że zwalczę bariery ciężkiego wózka, czy lęku przed podróżowaniem autem po centrum miasta (remonty, remonty...i wieczne korki), pokonam wewnętrzne ograniczenia i będzie mnie więcej wśród ludzi, choćby z dzieciem pod pachą. I kosztem mniejszej (jeszcze mniejszej?) obecności online. W końcu czas, by na nowo się zsocjalizować, uspołecznić i powoli szykować do zawodowej reaktywacji... 
Trochę boję się tej zmiany, ale i cieszę z niej jednocześnie. Bo człowiek jest jednak istotą społeczną. Tak przynajmniej uczyli mnie na studiach, a ja się z tym stuprocentowo zgadzam. I pozwolę sobię na ten luksus bycia z ludźmi i dla ludzi, bo w czterech ścianach najzwyczajniej się duszę....

piątek, 3 stycznia 2014

9 miesięcy!

Waga: ok. 9000g
Wzrost: ok.74cm
Rozmiar ubranek: 80
Zęby: 1 (nareeeeszcie!)

Świąteczno-noworoczne tematy zdominowały ostatnio moje posty, a tu przecież główna bohaterka Drugiego etatu skończyła 1 stycznia całe okrągłe 9 miesięcy. Ten miesiąc nie był dla nas łatwy jeśli chodzi o okoliczności przyrody i inne czynniki zewnętrzne, jednak Gaba zachwycała, zaskakiwała i powodowała, że na naszych twarzach co i rusz malowało się zdumienie. 

Dyskomfort związany z wyżynaniem się pierwszego ząbka nie zniechęcił dziecia do coraz intensywniejszego rozwoju i eksplorowania świata. Pierwsze nieśmiałe kroczki przy meblach czy w łóżeczku były ważne, ale zostały jednak zepchnięte na drugi plan przez niesamowity rozwój pamięci i zdolności kojarzenia. Jednym słowem, dziecko nasze zaczęło być inteligentne! I to jest coś, co przepełnia prawdziwą dumą i szczęściem ;-))

A w telegraficznym skrócie - dziewiąty miesiąc przyniósł, co następuje:
  • "Mamamamamma" ciągle jest hitem, jeśli chodzi o rozmowy. Tak naprawdę wszystko może być nazwane teraz "mamama", ewentualnie "ooooo" albo "uuuu".
  • Nadal też najaktywniejszy jest palec wskazujący ręki prawej. Paluszek ten wskazuje wszystko, co w danej chwili się dziecku podoba ;-)
  • Pięknie idzie nam kojarzenie nazw z osobami i przedmiotami. Gaba potrafi pokazać paluszkiem, gdzie jest mama, tata, babcia, dziadek, piesek, miś, czy choinka. Bezbłędnie wie, gdzie w pokoju znajduje się "światełko" i gdzie to światełko należy włączyć lub zgasić. 
  • Stoi właściwie wszędzie gdzie się da, najczęściej przytrzymując się czegoś (lub kogoś) jedną ręką. Nieśmiało też próbuje się przemieszczać w łóżeczku lub przy meblach - a raczkując, niemal biega...
  • Tańczy, gdy usłyszy muzykę... 
  • Za to z dwóch drzemek w dzień zrobiła nam się praktycznie już jedna. Ewentualnie dwie bardzo krótkie. A czasem bywa to jedynie 40-50 minut dziennie...
  • No i nauczyła się pluć jedzeniem. I to akurat fajne nie jest!

Powiem Wam, że obserwowanie Gaby i codzienny kontakt z nią sprawia mi coraz więcej przyjemności. Codziennie jestem w szoku, że taki mały człowiek potrafi już tak wiele. Dlatego z zapartym tchem czekam na kolejny miesiąc. 

czwartek, 2 stycznia 2014

Nowy Roku!


Nareszcie jesteś. Nie będę udawać - czekałam na Ciebie z nieśmiałą nadzieją, że będziesz lepszy od 2013, który był wprawdzie totalnie wyjątkowy, ale nie należał do najłatwiejszych. 
Mam co do Ciebie pewne plany... Nie wiem, czy uda mi się zrealizować choć połowę, ale na pewno będę się starać. 

Chcę abyś był dla mnie rokiem samorealizacji i próbą pogodzenia pracy zawodowej z radosnym macierzyństwem. Chcę, abyś był rokiem spełnienia, nowych pomysłów i wytężonej pracy, ale także przyjemności, zdrowia i urody. Co zamierzam?

1. Zadbać o siebie i swoje potrzeby - o zdrowe i piękne ciało, nową garderobę.. Ale także o komfort psychiczny i emocjonalny.
2. Znaleźć pomysł na siebie w tym całym bałaganie. Tak, bym mogła poczuć, że realizuje siebie. 
3. Uporządkować otoczenie i swoje wnętrze. Poczuć spójność z samą sobą oraz z otaczajacymi mnie ludźmi, przedmiotami i wnętrzami. I dążyć do tego, by tworzyć pozytywną energię i taką też się otaczać.
4. Nauczyć się traktować życie jako jeden wielki proces twórczy. 
5. Być dobrą matką, dobrą żoną, dobrą córką, dobrą przyjaciółka, dobrym pracownikiem i dobrym człowiekiem.

Tak, wiem, zaśmiejesz się teraz, że planować mogę sobie choćby lot na Księżyc. Podejrzewam, że nie do końca we mnie wierzysz. Ale za to ja mocno wierzę w Ciebie i siebie. Niech nam się powiedzie ten ambitny plan! Choćby dla odrobiny własnej satysfakcji. Dobranoc.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

2013

Lubicie ten moment, gdy coś się kończy, coś zaczyna i wzbiera nadzieja na nowy lepszy czas? Koniec roku jest dla mnie zawsze pewnym przełomem, chwilą rozliczenia z tym, co było i próbą zrealizowania nowych planów.

Rok 2013 niewątpliwie minął mi dzieciowo. Mogłabym smęcić i zanudzać, albo wpadać w zachwyt nad istotą macierzyństwa. W obu przypadkach byłoby monotematycznie. Postanowiłam więc podsumować ten rok inaczej.
Nie robiąc tego. Bo tak naprawdę nie działo się w zasadzie nic, co byłoby niezwiązane z Gabą. Pisząc oodsumowanie powieliłabym tylko to, co na blogu już jest. Bo powiedzmy sobie szczerze - życie matki niemowlęcia jest pełne wyzwań i niespodzianek, ale patrząc na nie z  dystansem, nie dzieje się w tym życiu zbyt wiele. Pierwszy rok jest najważniejszy. Jest dla dziecka. Dopiero później można sobie pozwolić na odrobinę luzu...

Dlatego życzę sobie i wszystkim Kobietkom, które zostały mamami w tym kończącym się roku, abyśmy w 2014 mogły się realizować, prowadzić życie towarzyskie i bawić nie tylko klockami i grzechotkami. I byśmy nadal były przy tym cudownymi mamami. A wszystkim Wam życzę spełnienia. I pięknego rozkwitu w blogosferze.


sobota, 28 grudnia 2013

Wyprzedażowa masakra.

Jak co roku o tej porze zaczynają się poświąteczne wyprzedaże. Istny szał i masakra. Pewnie część z Was z zapałem biegnie do galerii handlowych, by w promocyjnych cenach obkupić nie tylko siebie, ale i całą rodzinę. I ja mam co roku taki zamiar. Dopóki nie znajdę się w jednym z przybytków zakupowej rozpusty.

Po raz kolejny stwierdzam, że tego typu atrakcje nie są dla mnie. Już wjeżdżając na parking robi mi się słabo. Wolnych miejsc brakuje do tego stopnia, że obstawione są wszystkie krawężniki i pasy zieleni. A potem jest już tylko gorzej.

piątek, 27 grudnia 2013

I po świętach.


Kochani! Ostatnie dni były tak szalone, że nie miałam nawet okazji, by złożyć Wam świąteczne życzenia. Zabiegana byłam chyba jeszcze bardziej niż w zwykły dzień roboczy ;-) Ale przynajmniej się nie objadłam... aż tak bardzo.. Teraz na szczęście jesteśmy już w domu, święta się kończą, dziecko padło ze zmęczenia i nadmiaru wrażeń, a w ciągu kilku dni mamy nadzieję powitać pierwszy ząbek. Skubaniec wybrał sobie akurat okołoświąteczny czas na bezlitosne wyżynanie. Ale nic to. Najgorsze już z nami.

A jak Wam minęło Boże Narodzenie? Ciekawa jestem, czy komuś powiększyła się w tym czasie rodzina... ;-)) Bo co do prezentów nie mam wątpliwości - połowa z Was pewnie śmiało mogłaby teraz otworzyć sklep zabawkami...

niedziela, 22 grudnia 2013

Wyniki konkursu!

Wiecie co? Nie spodziewałam się, że będzie aż tak trudno wybrać zwyciężczynie naszego konkursu. Uczestniczek było 16, a odpowiedzi tak chwytające za serce, że z prawdziwym bólem decydowałam, komu "się należy", a "komu nie". I tak - zamiast jednej czy dwóch, jest aż 5 nagrodzonych!

Czym się kierowałam? Wybaczcie, ale niczym obiektywnym... Po prostu wybrałam te odpowiedzi, które ujęły mnie najbardziej.