Niewielu z Was, Moi Drodzy Czytelnicy, wie, że pięć lat przypadających na naukę w szkole wyższej spędziłam, wgłębiając się w socjologiczne zawiłości. No cóż, przynajmniej próbowałam się w nie zagłębić, bo ogrom teorii czasem mnie po prostu przerastał i przegrywał z sennością lub zwyczajną nudą. Pisałam jednak dwie prace dyplomowe. Jedna dotyczyła świadomości ówczesnych nastolatków na temat HIV/AIDS, druga - zachowań seksualnych studentek :-) W socjologii bowiem najfajniejsze jest to, że można napisać o wszystkim - byle dotyczyło ludzi.
Dziś jednak wybrałabym zupełnie inny temat. Napisałabym o Was, o nas, o nich... O blogosferze. Bo to popularne w ostatnich latach zjawisko zaczęło się dość niepostrzeżenie zmieniać.
A może nie? Może to, o czym myślę, istniało już dawno? Ciemna strona tej społeczności. Oczywiście pierwsze, co przychodzi na myśl to hejterstwo, ostatnimi czasy wszechobecne. Podobno ilością hejterów mierzy się nawet popularność blogera i jego twórczości. Choć w walce z takim hejt-uparciuchem nie ma najmniejszej nawet frajdy.
Jest jednak coś, co ostatnio rzuca się w me oczy ze zdwojoną siłą. Chodzi o podziały w blogosferze, na tych 'lepszych' i 'gorszych', na 'zwykłych' i tych 'wow'. Na piszących z przyjemnością i pasją oraz tych zaciekle walczących o popularność. Oczywiście, istnieje wiele MEGApopularnych blogów, które są tworzone sercem i napisane tak, że ja sama mogłabym jedynie pomarzyć o podobnej lekkości pióra i płodności literackiej. Jednak pewna część blogosfery ewoluuje w niebezpieczną stronę swoistego 'celebryctwa'. Czy przesadzę, jeśli wspomnę też o pewne rodzaju sprzedajności?
Czy mi to przeszkadza? Nieszczególnie, bo czytam to, co lubię. Na to, czego nie toleruję, czasem zerkam z ciekawości. Jednak smuci mnie taki obrót sprawy, bo z pisaniem w sieci identyfikuję się już od prawie dekady. I jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł zbadania obiektu mej irytacji i opisania tego choć paranaukowo, to ja bardzo proszę o jeden egzemplarz na własność.







