![]() |
| Źródło |
Mimo, że właściwie przeszliśmy już do porządku dziennego nad faktem, iż mamy rok 2014 i o świąteczno-noworocznych baletach zaczynamy zapominać, ja chciałam dziś wrócić na chwilę pamięcią do sylwestrowej nocy. Nocy, która dość nieoczekiwanie z kolejnej spędzonej w domu przed TV zmieniła się w szampańską zabawę i stała się fantastyczną inspiracją do zmian na lepsze.
"Co się stało?" - zapytacie. Może Was trochę rozczaruję. Bo tak naprawdę żaden przełom nie nastąpił, prócz tego w mojej głowie. Wyszłam z mężem na imprezę. Do znajomych. Jego znajomych, bo ja tak naprawdę wszystkich zobaczyłam po raz pierwszy. A po kwadransie czułam się jak ryba w wodzie.
Spotkałam ludzi, z rozmowy z którymi czerpałam prawdziwą przyjemność. Z panią domu piłam szampana w kuchni, po ciemku, oglądając sypiące się za oknem fajerwerki. Już dawno nie było mi tak dobrze. I szybko zdałam sobie sprawę, że to brak kontaktu z ludźmi tak mnie ostatnio depresyjnie nastroił. Pozbawił tej pozytywnej energii, której przecież zawsze miałam w nadmiarze. Po raz kolejny potwierdza się, że to drugi człowiek motywuje i inspiruje najbardziej.
Dlatego obiecałam sobie, że zwalczę bariery ciężkiego wózka, czy lęku przed podróżowaniem autem po centrum miasta (remonty, remonty...i wieczne korki), pokonam wewnętrzne ograniczenia i będzie mnie więcej wśród ludzi, choćby z dzieciem pod pachą. I kosztem mniejszej (jeszcze mniejszej?) obecności online. W końcu czas, by na nowo się zsocjalizować, uspołecznić i powoli szykować do zawodowej reaktywacji...
Trochę boję się tej zmiany, ale i cieszę z niej jednocześnie. Bo człowiek jest jednak istotą społeczną. Tak przynajmniej uczyli mnie na studiach, a ja się z tym stuprocentowo zgadzam. I pozwolę sobię na ten luksus bycia z ludźmi i dla ludzi, bo w czterech ścianach najzwyczajniej się duszę....






