wtorek, 25 marca 2014

Eko-majty.

Od dawna pociąga mnie idea używania pieluszek wielorazowych. Nie dość, że są eko, nie zawierają substancji szkodliwych dla delikatnej skóry dziecka i nie wywołują podrażnień ani odparzeń, to jeszcze do tego fantastycznie wyglądaja na małej pupci. I choć od idei do codziennej praktyki daleka droga, to z radością przyjęłam propozycję przetestowania pieluszki MILA w ramach współpracy Mamfii z firmą Simed.






Nie jest to moje pierwsze spotkanie z pieluszkami wielorazowymi. Już jakiś czas temu zdarzyło mi się nabyć kilka egzemplarzy tego typu i do tej pory służą nam one jako "pieluszki awaryjne", gdy nagle skończą się zwykłe jednorazówki. Dlaczego nie zdecydowałam się, by skompletować wielorazówki i całkowicie odrzucić pampersy? Tylko i wyłącznie z lenistwa niestety... Jednak moje wrażenia z używania przez Gabi tych kolorowych dzieł sztuki są bardzo pozytywne. 


Od firmy Simed otrzymałyśmy przepiękny egzemplarz w różowe grochy - MILA z kieszonką PUL + 3 wkłady chłonne z mikrofibry.  Od razu zwróciłam uwagę na mikropolarkową warstwę po wewnętrznej stronie pieluszki - delikatna, milutka, wydała mi się bardziej praktyczna od zwykłego polarku, z którym miałam do czynienia do tej pory.

Gaba oczywiście nie wyraziła entuzjazmu przy zakładaniu pieluszki, ponieważ nadal nie znosi tego zabiegu, jednak nie zgłaszała żadnego sprzeciwu już podczas jej noszenia. Mnie pozytywnie zaskoczyła chłonność wkładu z mikrofibry - po 3 godzinach w dalszym ciągu nie było czuć wilgoci. Ośmielona pierwszymi testami postanowiłam zaryzykować i następnego dnia założyłam Milę na gabinową pupę chwilę przed wyjściem na spacer. Ten test również został pozytywnie zaliczony - nic nie przeciekło, spacerowy strój został nienaruszony ;-)


Na koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednym, niebagatelnym plusie, jakim jest regulacja zapięcia pieluchy. Rozmiar jest jeden uniwersalny, a szerokość i głębokość zapięcia reguluje się poprzez dobranie odpowiednio położonej napki, także z raz zakupionej "kieszonki" maluch na pewno Wam nie wyrośnie aż do wieku przedszkolnego.

A jeśli Was korci, by zobaczyć jak to jest być choć trochę eko, zapraszam na Mamfię - już dziś w godzinach popołudniowych zostanie opublikowany raport z naszych testów oraz konkurs, w którym do wygrania będzie.... No, zgadniecie, co takiego? ;-))





Polub nas na Facebooku! ;-)

poniedziałek, 24 marca 2014

TOP 7 w mojej kosmetyczce.

Prawdę mówiąc, właściwy tytuł powinien brzmieć "top 7 w mojej szafce z kosmetykami", bo niewielka torebka nie byłaby w stanie pomieścić nawet jednej trzeciej tego, czym staram się pielęgnować i upiększać. Bez bicia przyznaję, że mam duszę kosmetykowej kolekcjonerki i testerki - zawsze ciągnie mnie, by wypróbować nowy żel do twarzy, mascarę czy szampon. Nawet, jeśli to te poprzednie były dla mnie idealne. Czasem bywa też tak, że w szafce stoi 5 różnych balsamów do ciała, a ja mam ochotę kupić kolejny. I nie oznacza to wcale, że będzie użyty więcej niż 2-3 razy. No cóż... Ten typ tak ma ;-)


Są jednak takie produkty, do których wracam, a gdy aktualnie ich nie używam, zdarza mi się o nich myśleć ;-) Oto zestaw idealny dla kobiety o matowych włosach, mieszanej cerze twarzy i potrwórnie suchej skórze ciała:

1. Żele do mycia twarzy firmy Garnier.

Żele Garniera zachwycają mnie i moją twarz od dawna. Używałam czterech różnych, co do żadnego nie mam zastrzeżeń. Ostatnio jednak urzekł mnie ten z serii "Czysta skóra - Fruit Energy" z ekstraktem z grejpfruta i owocu granatu. Wspaniale oczyszcza moją bardzo niedoskonałą cerę, nie powodując jednocześnie suchości policzków. I ten zapach...mmmmmm....





2. Szampon Timotei with Jericho Rose.


Napiszę krótko - uwielbiam całą serię tych szamponów, choć najczęściej wybieram "lśniący blask". Natomiast Timotei Pure z ekstraktem z zielonej herbaty zachwalał nawet ślubny, twierdząc, że to doskonały szamponowy uniseks ;-)



3. Płyn do demakijażu Ziaja.

Bez tego kosmetyku nie jestem w stanie się obyć, bo zmywając mascarę żelem do twarzy 50% tuszu ląduje mi w oczach. A potem jest alergiczne podrażnienie, czerwone ślepia i pół nocy niespania. De-makijaż Ziaja jest dla mnie idealny bo:

  • jest skuteczny
  • jest niedrogi
  • ma niewielkie, poręczne opakowanie.
Może nie ma tu żadnej rewelacji, ale trzy powyższe cechy przemówiły do mnie na tyle, że Ziaja jest już od kilku lat obecna w moim kosmetycznym menu.


4. Kremy do twarzy Garnier Essentials Hydration.

Przyznam szczerze, że nie przywiązuję wagi do tego, czy krem jest przeznaczony na noc czy na dzień. Dlatego też nieopatrznie chwyciłam w drogerii ten, który nakłada się po wieczornej toalecie (z ekstraktem z jaśminu). Ale idealnie sprawdził się jako krem na dzień, nie "wałkował się" przy nakładaniu fluidu. Po nałożeniu go odczuwałam autentyczną ulgę. Od kilku dni testuję zupełnie inny krem, ale już tęsknię do tego Garniera ;-)


5. Żel + oliwka pod prysznic Lirene.

Cudo! Istne cudo! Ale jeśli będziecie chciały się kiedyś połasić na któryś kosmetyk z tej serii, weźcie różowy, z oliwką z ryżu. Zapach powala! Dla mnie absolutna rewelacja wśród żeli pod prysznic i chyba dość długo nie znajdzie godnego następcy.



6. Mleczko do ciała i krem do rąk Garnier.

W trakcie tworzenia tej listy zdałam sobie sprawę, że mogłabym być chodzącą reklamą firmy Garnier! Nic na to nie poradzę - według mnie mają jedne z lepszych kosmetyków na rynku i tylko szampon (Fructis) okazał się dla mnie kompletną porażką. 
Regenerujące mleczko do ciała z syropem z klonu oraz krem do "rąk zniszczonych" to moim zdaniem zestaw obowiązkowy dla wszystkich, którzy zmagają się z suchą skórą, zwłaszcza zimą. Oba kosmetyki spełniają swoją rolę na najwyższym poziomie - nawilżają i natłuszczają na wiele godzin. Jeśli miałabym wskazać jakiś minus - denerwuje mnie butla mleczka, z której nie daje się wycisnąć kosmetyku do samego końca.



7. Perfumy Mexx Black.

Po raz pierwszy kupiłam ten zapach, będąc na czwartym roku studiów. Jak na studencką kieszeń - kosztował fortunę, bo za 15 ml zapłaciłam ok. 60 zł. Pamiętam, że ta maleńka buteleczka wystarczyła mi wtedy na cały rok! I wcale nie dlatego, że używałam Mexx Black od święta, ale dlatego, że perfumy są tak intensywne, by jedną ich kropelką móc pachnieć cały dzień. Konsystencja niemal oleista. A sam zapach... hmmmm... Porzeczka, kwiat imbiru, gruszka... Idealny dla smakoszy! 



Używacie któregoś z wymienionych kosmetyków? Może któryś z nich Was zawiódł? A jeśli macie swoje ulubione, bez których nie potraficie się obejść, chętnie je poznam! Piszcie w komentarzach, w końcu jeszcze tyle zostało mi do przetestowania na własnej skórze... ;-)



___ Polub nas na Facebooku! ;-)

sobota, 22 marca 2014

Odzyskam moje kurwiki.


Czy to tylko ja tak mam, czy Was też otaczają  tylko uśmiechnięte, szczęśliwe, zadbane kobiety-matki w idealnie skomponowanych stylizacjach, w nienagannych fryzurach, z perfekcynie zrobionym makijażem i pomalowanymi paznokciami?


Jeszcze gdy byłam w ciąży, wierzyłam w to, że i ja taka będę. Wierzyłam, że będąc mamą stanę się nie stu a dwustuprocentową kobietą, na którą wszyscy patrzeć będą z podziwem i nieskrywaną zazdrością.

A tymczasem...

"Nie wiem, który to już dzień obiecuję sobie, że zmyję te resztki lakieru z moich zapuszczonych jak dziki las paznokci. Jakoś zawsze znajdzie się coś ważniejszego do zrobienia. Poza tym wszędobylski dzieć nie jest dobrym kompanem do halucynowania się acetonem. Wieczorem, gdy dzieć śpi, zwykle nie mam już na to siły.
Ostatnio to nawet trochę wstyd mi przed sąsiadami, gdy wychodzę na codzienny spacer. Jedna para spranych dżinsów, rozciągnięty podkoszulek, potargane włosy. Czasem znajdę jakiegoś chrupka przyklejonego do grzywki, nie zawsze spojrzę w lustro przed wyjściem, bo maluch się niecierpliwi. 
Niewiele mnie ostatnio cieszy. To co, że przyszła wiosna? Dla mnie, prócz upływającego czasu, nie zmieni się nic..."

Tak to czasem wygląda. Gdyby móc wsłuchać się w myśli matki o poranku, możnaby złapać niezłą depresję. Nic dziwnego, macierzyństwo jest tak absorbujące, że często zabiera nam kobiecość. I moja gdzieś czmychnęła, pozostawiając po sobie jedynie piękne wspomnienia. 

No dobrze, może aż tak tragicznie nie jest. Ale dobrze też nie. Doszło nawet do tego, że moja "brzydsza" połowa jest od jakiegoś czasu ode mnie:
1. Szczplejsza (no dopszzz, to już od długiego czasu...;-);
2. Zdecydowanie lepiej ubrana (tak to jest, jak facet kolekcjonuje.. koszule);
3. i de facto... ładniejsza!

Wkurzyłam się totalnie, podjęłam wiosenne wyzwanie, podobne do tych, które zaproponowały w swych projektach Kasia i Klaudia. Mój projekt jest jednak całkiem osobisty, nieograniczony czasowo i zadaniowo, bo najefektywniejsze działania to w moim przypadku te zupełnie spontaniczne.
Wyzwanie jest banalne (choć NIE banalnie proste) - wiosną 2014 będę odzyskiwać swą kobiecość. Ot, taka mała fanaberia.

Nawet już pierwsze kroki podjęłam.



Obiecuję, że ostatniego dnia wiosny pochwalę się, co z moich planów wyszło. Może nawet zrobię fotoporównanie "przed" i "po", perfidnie używając do tego celu fotoszopa. 

Wiosno, nadchodzę!! A ty oddawaj moje kurwiki.
_____
 Polub nas na Facebooku! ;-)
 

piątek, 21 marca 2014

Zimowe wspomnienia, wiosenne plany.

No i ufff! Nareszcie! Pożegnaliśmy tę najgorszą ze wszystkich pór roku, tę, której końca najbardziej oczekujemy. Choć w zima 2013/2014 nie dała nam (na szczęście) za bardzo popalić, to i tak jakoś lżej na sercu z utopioną Marzanną, prawda?


Moja zima minęła szybko. Chyba nawet zbyt szybko, bo każdego dnia miałam wrażenie, jakoby doba skróciła się o połowę (zwłaszcza w nocy). Niby działo się niezbyt wiele, a jednak znalazłam kilka rzeczy o których warto wspomnieć, wkraczając w nowy etap.




Co się działo na blogu?


  • Stworzyłam 51 wpisów - biorąc pod uwagę fakt, że zima trwa dokładnie 89 dni, wynik jest całkiem niezły ;-) Matematycznie rzecz ujmując, wpis pojawiał się co 1,75 dnia! A to dopiero ciekawostka!
  • Odwiedziliście mnie ok. 14 tys razy, czyli jakieś 157 razy dziennie. Serio? Komu chciało się tutaj tak często bywać???
  • 3 razy zmieniałam szatę graficzną bloga... Albo nie - chyba 4. Nieważne. W każdym razie zimowe miesiące zdecydowanie były czasem poszukiwań grafiki idealnej. Czy w końcu się udało, oceńcie sami.
  • Dobiegła końca I edycja Projektu Samo_się - huczny był to finał i wspominam go z łezką w oku. Dobra wiadomość jest taka, że dziś rusza II etap Samosiów!
  • Ruszyła Ma(m)fia, czyli nowy projekt, który prowadzimy wspólnie z Przewijką. Ktoś z Was jeszcze do nas nie trafił? Czas nadrobić zaległosci! Zapraszamy na http://mafia-mam.blogspot.com/


Co działo się offline.


  • Pierwsza długa rozłąka z Gabi - całe 5 dób, a nawet trochę dłużej nie widzieliśmy naszej córeczki. Oczywiście okazało się, że rozłąkę bardziej przeżyłam ja, niż nasza latorośl, która z bananem na twarzy dokazywała u dziadków.
  • Podróż do Jerozolimy tylko we dwoje - to właśnie z tej okazji Gaba miała szansę pomieszkać z dziadkami. Podróż pełna wrażeń, nowych doświadczeń, smaków i całkiem pokaźnej opalenizny. Fantastyczna dawka Słońca w środku zimy!
  • Chodząca Gaba. No cóż.. Okazuje się, że każdy wyjazd ma swoje dobre i złe strony. Pierwsze kroczki Gabulca widziała babcia, a nie rodzice. Coś za coś... Natomiast kolejne miliony kroczków są już naszą codziennością i powodują nieustające zdziwienie i radość.
  • Przeczytane 5 książek, głównie w nocy i w podróży.
  • 2 razy byliśmy w kinie, bo "Nimfomance" Larsa von Triera nie mogliśmy przepuścić (jakkolwiek to brzmi).


 Jest też trochę planów na wiosnę - jedne są bardziej, inne mniej radosne. Na pewno najbliższe 3 miesiące będą czasem przełomowym. Już za dni kilka Gabi skończy roczek, chwilę później startujemy z adaptacją w żłobku, bym w maju z czystym sumieniem mogła wrócić do pracy. Boję się. Autentycznie się boję tych zmian, ale innego wyjścia nie mam. Pozostaje mi wierzyć, że strach ma wielkie oczy, a integracyjny entuzjazm naszego dziecia nie minie wraz z pierwszymi dniami w żłobku. Trzymajcie kciuki. Będziemy ich bardzo potrzebować. I cieszcie się wiosną, bo NAPRAWDĘ JUŻ NADESZŁA!




_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

środa, 19 marca 2014

Blat Durczoka.

Znane powiedzenie głosi, że dziecko brudne to dziecko szczęśliwe (nawet jeśli chodzi w rajstopkach...). Macie co do tego jakiekolwiek wątpliwości? Mnie wystarczy widok Gaby próbującej jeść samodzielnie jakikolwiek posiłek, by wierzyć w tę życiową mądrość.
Pytanie tylko, czy to samo można przenieść z dziecia na matkę... Matka brudna, matka szczęśliwa? Eeee.... no właśnie. Chyba nie do końca.


Mam przed oczami drugie śniadanie. Kaszka w biało-niebieskiej miseczce w gwiazdki. Kaszka na plasikowej łyżeczce. A potem kaszka w małych rączkach, na małych policzkach, na małych spodenkach, małej bluzeczce, małych rajstopkach. Kaszka na foteliku, podłodze, firankach. Kaszka wszędzie.

I tak, kaszka na mnie. Na mej twarzy, moich rękach, w moich włosach i w kapciach. Jakby ktoś nie wiedział, między innymi dlatego matki tak kochają dresy. Bo dresu nie szkoda, gdy wyląduje na nich kaszka malinowa z trzeciego przemielenia. Co więcej, wyciągniętym t-shirtem można nawet dzieciakowi umazaną gębulę wytrzeć. Ot, taka praktyczna zagrywka, gdy śliniak się w strawie utopi.

Pobojowisko wokół miejsca karmienia świadczy zwykle o tym, że posiłek dziecia dobiegł już końca. Już prawie oddycham z ulgą, prawie skaczę z radości, w euforii rozmazuję resztki malinowej papki na twarzy... I wtedy zwykle słyszę domofon, dzwonek lub pukanie do drzwi. Ożeszkuźwanoga. Niewiele myśląc i nie chcąc nawet przypadkiem spojrzeć w lustro, narzucam na siebie bluzę z kapturem, córkę biorę pod pachę i otwieram. Oczywiście, w takich chwilach ukazuje się mym oczom jakiś facet. Najcześciej nie jest to zarośnięty potargany typ w brudnym ubraniu. Tym razem kominiarz. Z głupkowatym uśmiechem zapraszam do środka w celu sprawdzenia przez pana funkcjonowania wentylacji. Próbuję zapaść się pod ziemię, gdy składam podpis na liście, którą gość nieopatrznie położył na uwalonym kaszką blacie... Blat Durczoka, rzekłabym. Absolutna kompromitacja.

A może wyłożyć ściany folią? Podłogę wyściełać workami na śmieci? Potem tylko ochlapać, rozwiesić na sznurku, niech schnie.
Może kupić sobie nieprzemakalny fartuch z ceraty? O! To jest myśl! Do tego szpitalne kapcie i worek na głowę, a jak znowu ktoś do drzwi zadzwoni, to niech się dzieje, co chce. Najwyżej ucieknie.

Źródło
_______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

wtorek, 18 marca 2014

A Ty ile zębów mi pokażesz? Konkurs!

Czas mija zbyt szybko - powie to z przekonaniem własny rodzic, patrząc jak dzieci rosną, uczą się, rozwijają, zaskakują każdego dnia. 
Za kilkanaście dni Gaba będzie obchodzić swoje pierwsze urodziny. Urodziny podwójnie radosne - bo 1 kwietnia to data pozytywna sama w sobie. Aby było jeszcze weselej, postanowiłyśmy z wraz z Jubilatką zorganizować dla Was primaaprillisową zabawę z super nagrodami!

Konkurs fotograficzny "Z uśmiechem za pan brat!"

Do naszego dream-teamu postanowili dołączyć:

 oraz


i to właśnie dzięki nim będziemy mogły nagrodzić Was w naszym konkursie i wywołać uśmiechy na Waszych twarzach.


A teraz konkrety, czyli wszystko to, co musicie wiedzieć, aby wziąć udział w konkursie!


1. Klikamy Lubię to! na fanpage'ach sponsorów - w końcu to oni Wam zrobią dobrze ;-))





i nas też polubcie... jeśli jeszcze nie lubicie:




2. Klikamy Lubię to! pod plakatem konkursowym na FB (o tu!), udostępnienie będzie bardzo mile widziane, choć obowiązkowe nie jest.

3. A teraz coś megaprzyjemnego - wybieramy sobie nagrody! 
Jak to zrobić?

4. Piszemy maila na adres: kingamak.p@gmail.com, a w mailu powinny znaleźć się:

  • Imię i nazwisko zgłaszającego
  • Nagrody, które wybraliście
  • Fotografia konkursowa na temat "Z uśmiechem za pan brat!". Pokażcie nam, jak pięknie potraficie się śmiać! Mogą być to uśmiechy Wasze, Waszych dzieci albo rodzinne, w gronie przyjaciół - ciepłe, subtelne, szalone, ogniste... Wszystko zależy od Waszej wizji! 

5. Przesyłając zgłoszenie konkursowe wyrażacie zgodę na publikację zdjęcia na blogu oraz Facebooku.

6. Konkurs trwa od 18 do 28 marca 2014 do godz. 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu w ciągu 3 dni od zakończenia konkursu.

7. Zastrzegamy sobie prawo do subiektwnej oceny zdjęć biorących udział w konkursie i wyrażamy nadzieję, że nikt się nie obrazi, jeśli nie wygra. Potraktujcie to proszę jak dobrą zabawę!

8. Wysyłka nagród odbywa się na terenie Polski, a uczestnikami konkursu mogą być tylko osoby pełnoletnie!

No to... do dzieła!




_______ Polub nas na Facebooku! ;-)

poniedziałek, 17 marca 2014

Bądź łobuzem, to nie grzech.

Bywają dni, że przyglądam się szalejącej po mieszkaniu Gabie z wielkim rozczuleniem. Są to chwile niezwykłe, chwile, w których rzeczywistość przestaje istnieć. Woda nie wycieka z przewróconego wazonu, garnki nie wysypują się przez otwarte drzwiczki kuchennej szafki. To są te momenty, w których obserwuje moje dziecko i jestem dumna z jej uporu, wytrwałości w pokonywaniu przeszkód, siły przekonywania. 


Pod krzesełkiem do karmienia jest najlepszy domek ever!! ;-)


Moja córka jest małym łobuzem. Inteligentnym, niesamowicie spostrzegawczym, ale łobuzem i wiercipiętą. A ja coraz częściej przypominam sobie, że będąc w ciąży modliłam się o tak silny charakter dla małej Gabrysi.

Jest taka scena z mojego dzieciństwa, której nigdy nie zapomnę.

Przedszkole, sala gimnastyczna, przygotowania do imprezy z okazji Dnia Matki. I ja czteroletnia, już wtedy kochająca muzykę,  uwielbiająca śpiewać, tańczyć. Pani rytmiczka szuka ochotnika do zaśpiewania piosenki o ogrodniczce. Solo, absolutnie solo przed całym audytorium. Chcę. Tak bardzo chcę, by mnie wybrała. Żeby wyciągnęła mnie z tego kącika, w którym stoję i krzyknęła "Magda, śpiewaj!". Ale trzeba podnieść rękę... a to wymaga odwagi. I przełamania wstydu. W końcu zgłasza się taka mała zezowata Monika. Idzie jej kiepsko, bo jąka się i zapomina tekstu, ale jest jedyną chętną, więc dostaje tę piosenkę.

Do tej pory pamiętam cały tekst Ogrodniczki i bardzo często śpiewam ją Gabie do snu. Lubi jej słuchać, szybko zasypia. Mnie natomiast  owa piosenka nie  pozwala zapomnieć, jak bardzo chcę, by ta mała łobuziara nie odziedziczyła mamusinej nieśmiałości i braku odwagi, by pokazać się światu. Trzydzieści lat temu można jeszcze było przetrwać będą szarą, cichą myszką. Teraz jest o wiele trudniej...

Nie trafiają do mnie przykazy "bądź cicho!", "bądź grzeczna!", "nie dotykaj, bo nie!". Jeśli mam nie dotykać, pytam - "dlaczego?" I chcę, by moje dziecko też pytało. Jak najwięcej, do znudzenia. Do porzygania nawet. Chcę, by umiało pytać i miało odwagę mówić. Głośno przy obcych ludziach, a nie tylko mamie na ucho. By nie zrażało się, że powie źle. By nie bało się, że zostanie wyśmiane.

Problem w tym, że jestem debiutantką. Mamą bardzo początkującą, taką jak wiele z Was. Nie mam fakultetu z wychowywania dzieci. Mam tylko dobre chęci i ogrom miłości w serduchu. Mam swój rozsądek, który strzeże mnie przed tym, by nie przegiąć w żadną stronę. I w końcu mam swoją wrażliwość, która czasem prowadzi mnie na manowce.
Nie wiem, czy to wystarczy, by wychować szczęśliwego, pewnego siebie człowieka. Myślicie, że jestem przygotowana? W co się jeszcze zaopatrzyć?

_______
 Polub nas na Facebooku! ;-)

piątek, 14 marca 2014

Pospiesz się, Albercie!

Czy znacie serię przygód Alberta? Ja nie znałam, jednak kilka tygodni temu w moich rękach wylądowała jedna z książek tej serii. A wszystko dzięki naszej Mafii Mam i sympatycznej współpracy z Wydawnictwem Zakamarki.




Pozycja, którą otrzymałam to "Pospiesz się, Albercie!". Muszę przyznać, że pierwszy rzut oka na książkę nie wiązał się ze szczególnym entuzjazmem. Mimo, że jest różowa ;-) Ilustracje są specyficzne, trzeba się do nich przyzwyczaić. Gaba, czyli najlepsza recenzentka, jaką znam, nie miała natomiast absolutnie żadnych obiekcji - od razu spodobał jej się chłopiec o okrągłej buzi i niezbyt bujnej czuprynie. Szczególną uwagę zwróciła też na zegar pojawiający się na co drugiej stronie - fantastyczny element łączący całą opowieść.



Młoda czytelniczka niestety będzie musiała jeszcze trochę poczekać, by zrozumieć sens opowiedzianej w ksiażce historii o Albercie. Ale gdy już będzie na to gotowa, bardzo chętnie jej tę opowieść przeczytam. rzekła mnie bowiem w całości - od A do Z. Nie tylko dlatego, że traktuje o braku punktualności i o tym, że przed wyjściem z domu jest zawsze sto pilnych rzeczy do zrobienia.

Gunilla Bergström "Pospiesz się, Albercie!"
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2012.

Albert "kupił" mnie nieszablonowym podejściem do relacji rodzic - dziecko. Ostatnie stron jasno dają czytelnikowi do zrozumienia, że rodzic nie jest nieomylny ani perfekcyjny i ulega czasem podobnym pokusom, co dzieci. I to jest fajne! 


***

Zapraszam do wypełnienia ankiety dotyczącej Drugiego etatu! ;-)


czwartek, 13 marca 2014

Mama na szóstkę!

Wczoraj Ania Przewijka wytypowała mnie, bym w ramach akcji "mama na szóstkę" opowiedziała o sześciu gadżetach, dzięki którym jestem supermamą. Myślę sobie "cholera, taż ja totalnie antygadżetowa jestem, biedna ta moja latorośl". No ale, że zaprzyjaźnionym blogerom się nie odmawia, myślałam intensywnie, czym mogę Was uraczyć. I oto olśniło mnie! I powiadam Wam: moje gadżety pobiją wszystkie inne!

No to zaczynamy!


1. Dwie Paczałki.


Do patrzenia, oglądania, podglądania, obserwowania i sprawdzania. Świetna sprawa! Można dzięki nim dostrzec, co dziecko robi, czy nie zdjęło sobie przypadkiem pampersa, albo nie zjadło mojej ulubionej szminki. Paczałki bardzo się przydają, gdy Gaba zaczyna się przemieszczać. Ponieważ wierzę w zabobony i uwielbiam wszelkiej maści przysłowia, z niecierpliwością czekam na kolejną, dodatkową parę. Z tyłu głowy oczywiście.


2. Dwa nosidło-bujadła.


Najlepsza zabawka i jednocześnie środek transportu dla mojej córki. Choć powoli wysiadają im łożyska, są numerem jeden wśród wszystkich matczynych gadżetów, jeśli chodzi o wielofunkcjność. Funkcja transportowo-zabawowa nie jest ich jedyną domeną - warto wspomnieć chociażby o talencie kulinarnym, oraz trybie myjąco-piorącym.


3. Dwa biegadła.

Źródło
Wybaczcie mi zdjęcie znalezione w internetach, ale swoich Wam nie pokażę. Mimo wszystko dbam o pewien poziom estetyki na tym blogu... 
Biegadła mają przede wszystkim za zadanie nadążyć za dzieckiem. Pełnią więc rolę asekuracyjną do spóły z nosidłami oraz paczałkami. Mogą także pomagać w dostarczeniu  na czas rozkrzyczanemu maluchowi wszystkiego, czego w danej chwili potrzebuje. W wolnych chwilach zdarza im się serwować dzieciu rozrywkę w formie "patataj". Dzięki biegadłom Gaba jest szybciej nakramiona, przebrana lub złapana, zanim nabije sobie poważnego guza.


4. Jedno wielkie kochadło.



Czy muszę to komentować? Kochadło po prostu kocha.


5. Jedno mówidło.



Mówidło pilnuje, by rozwijać mowę i słuch Gaby. Powtarza setki tysięcy słów dziennie, dostarczając informacji, rozrywki i zakazów. Mówidło stara się uczyć, uspokoić, rozśmieszyć, ostrzec lub wywołać dziką radość. Czasem także, (nie)stety, śpiewa. Często jest nadeksploatowane, ale wyjątkowo szybko się regeneruje.


6. YouTube.


I masz babo placek. YouTube?? Tak... Bo gdy żaden z powyższych gadżetów nie daje rady okiełznać dziecia, albo po prostu siadają mi baterie, na ratunek przychodzi rybka Mini Mini. Hipnotyzuje mi dziecko i jest spokój. Na całe 4 minuty...
... choć zawsze można wcisnąć repeat ;-)


A do zabawy zapraszam:

AlinęDobrawę
Matkę Debiutującą
Matkę Browar
Góralską Mamę

Z necierpliwością czekam na opisy Waszych gadżetów ;-)


wtorek, 11 marca 2014

Ty mieszczuchu!

Gdy chodziłam do szkoły, największą obelgą, jaką można było usłyszeć było "ty wieśniaku" - w wersji damskiej "ty wieśniaro" lub "ty wsiuro". Wtedy jeszcze dzieciaki wychowujące się na wsi wstydziły się swojego pochodzenia. Dziś największą zniewagą (i kłamstwem) byłoby nazwanie mnie mieszczuchem.


Dla dorastającej dziewczyny mieszkanie kilkanaście kilometrów od miasta  nie było wcale łatwe. Zwłaszcza, że prywatnego środka lokomocji zwanego samochodem nie dane było nam uświadczyć. Trzeba więc było polegać na pożal się Boże transporcie publicznym i prywatnych przewoźnikach. Znaczy się - po godz. 20-tej żadnego dojazdu do domu. W dodatku przez wiele lat na przystanek autobusowy maszerowało się nieutwardzoną drogą. Żadne, choćby najlepiej wyczyszczone, buty nie miały szans - błoto czaiło się na każdym kroku. Kilkanaście dobrych lat marzyłam, by móc przeprowadzić się do miasta i mieszkać w bloku. Tak, to było moje marzenie! Które zresztą spełniło się, a wtedy... Szybko okazało się, że duszy mieszczucha nigdy mieć nie będę.


Życie w mieście, owszem, jest wygodniejsze - szereg sklepów dwa kroki od domu, ośrodki kultury, place zabaw, transport miejski. Nie trzeba martwić się o ogrzewanie, ciepłą wodę i o to, że dach przecieka. Życie w mieście jest też tańsze - wystarczy sprawdzić koszt tony węgla lub porównać, jaką marżę narzucają wiejskie sklepiki na każdy z towarów. Nie trzeba odśnieżać podwórka, nie trzeba grabić liści...
Ale wyobraźcie sobie, że jest słoneczny majowy/lipcowy/wrześniowy poranek. Zaraz po wstaniu z łóżka, jeszcze w pidżamie, otwieracie szeroko drzwi wejściowe i z filiżanką kawy w dłoni wychodzicie do ogrodu. Rozsiadając się na ławce łapiecie pierwsze promienie słoneczne, słuchacie śpiewu ptaków i szumu drzew z pobliskiego lasu. Na obiad gotujecie dziecku warzywa absolutnie ekologiczne, samochodzielnie zasiane i zebrane. Na spacery chodzicie nie do usłanego psimi kupami parku, ale do prawdziwego lasu. Fakt, koła wózka, dziecięce buciki,a także Wasze ulubione adidasy będą uwalone w błocie, ale co z tego? 

Nie zaaklimatyzowałam się w mieście. Nie znoszę korków, duszę się w małym mieszkaniu, irytuje mnie balkon o szerokości metra. Do kina i tak chodzę raz na ruski rok. Szczerze? Mam cichą nadzieję, że kiedyś uda nam się zamieszkać w domu z ogrodem, choćby przy megabłotnistej drodze.

Nie mówcie więc do mnie per "ty mieszczuchu", bo się obrażę i basta!