sobota, 3 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
piątek, 25 kwietnia 2014
Kinga Mak.
Nadejszła wiekopomna chwila.
Uciekłyśmy z Gabą do zupełnie własnego miejsca.
I Was tam zapraszamy - wpadnijcie, będzie fajnie (mamy dobry sernik;-)!!
Wystarczy kliknąć na obrazek ;-))
wtorek, 22 kwietnia 2014
Zielona przestrzeń.
Zieleń. Wszędzie zieleń. Ostatnie dni przyniosły nam istną eksplozję wiosny. Nieskazitelnie niebieskie niebo, niemal letnie temperatury...
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Święta w szpitalu.
Rok temu Wielkanoc była dla mnie czasem szczególnym. Innym niż dotychczas - dla całej naszej rodziny. Wydaje mi się, że niejedna kobieta znajdująca się w moim położeniu w tamtym czasie mogłaby złapać wielki dół. Przepłakiwać noce, chodzić smutna i obrażona na cały świat. I ja nie skakałam z radości na wieść o tym, że na święta zostanę w szpitalu, jednak spokój i pozytywne myślenie sprawiły, że Wielkanoc 2013 wcale nie była taka straszna.
Święta w szpitalu to chyba jedna z najgorszych rzeczy, jaka może się człowiekowi zdarzyć. Tak przynajmniej wielu z nas myśli, biorąc pod uwagę chorobowe przyczyny takiego pobytu. Oddział przedporodowy to jednak zupełnie inna bajka - tutaj nie czeka się na wyzdrowienie, nie walczy się z chorobą, a oczekuje na nowe życie. I codziennie kilka takich cudów można na własne oczy zobaczyć. Sama byłam jedną z pierwszych osób, zaraz po lekarzach i położnych, która widziała maleństwo wywożone z sali operacyjnej po cesarskim cięciu. Takie przeżycie przywraca wiarę w sens istnienia, dodaje sił i pewności, że warto cierpliwie czekać.
To może dziwne, ale dla mnie ciekawe było takie doświadczenie. Spojrzenie na świat z nieco innej perspektywy - przecież nie wszyscy spędzają święta w domu, w rodzinnej atmosferze. Mogłam zobaczyć i poczuć coś innego niż dotychczas. I najbardziej szkoda było mi... dyżurujących położnych. W świąteczną niedzielę opiekowały się nami te najbardziej sympatyczne, więc i życzenia przyszły złożyć, i porozmawiały dłużej niż zwykle. A przecież w domu czekały na nie rodziny, mężowie, dzieci, może wnuki nawet. I nie wiadomo, które to już święta z kolei przyszło im spędzić w podobny sposób. Bo taka praca. Na kogo wypadnie, na tego bęc. A nawet przez chwilę nie odczułam, że nie na rękę im ten dyżur - akurat wtedy, gdy 90% ludzi cieszy się zajączkiem, barankiem i jajeczkiem.
Wielkanocny pobyt w szpitalu był dla mnie wspaniałym czasem. Naprawdę. Nigdy, przenigdy tych świąt nie zapomnę. Zwłaszcza, że w poniedziałek spędziłam i tak z najukochańszymi dla mnie osobami. Byliśmy już we trójkę - czego chcieć więcej?
sobota, 19 kwietnia 2014
Stylowo i z jajami.
Kochani!
Odpoczywajcie, cieszcie się sobą, Słońcem, ciepłem i chwilami pełnymi radości.
My życzymy Wam błogiego lenistwa, promiennych uśmiechów...
... i oby w Dyngusa woda nie lała się z nieba!
A radosną twórczość matki proszę przyjąć bezkrytycznie ;-))
_______
Polub nas na Facebooku! ;-)
piątek, 18 kwietnia 2014
Ubieram się od zera.
Zanim na świecie pojawiła się Gaba, do mojego stroju przywiązywałam dużą wagę. Może nie podążałam ślepo za tym, co modne w danym sezonie, ale lubiłam modowe nowinki, przeglądy kolekcji moich ulubionych sieciówek, a buszowanie po second handach mogłabym sobie nawet wpisać sobie w cv w rubryce "pasje i zainteresowania".
Ciąża wiele pod tym względem zmieniła. Rosnący brzuszek i stale powiększający się obwód bioder (bo tyłam "całą sobą") zniechęcał do jakichkolwiek modowych szaleństw. Odpuściłam zainteresowanie najnowszymi trendami, postawiłam na rozciągliwe tuniki i legginsy. A gdy dziecko pojawiło się na świecie... Same wiecie, jak trudno się w takich chwilach ogarnąć. Co więcej, ubrania sprzed ciąży wciąż są na mnie o 1-2 rozmiary za małe.
Przychodzi jednak moment, w którym po prostu nie ma wyjścia - musisz wyjść do ludzi i przyzwoicie wyglądać. W moim przypadku taka sytuacja łączy się z kompletowaniem garderoby niemal od zera. Z jednej strony jest to spore wyzwanie, z drugiej - sytuacja bardzo komfortowa.
Zapragnęłam stworzyć sobie taki zestaw ubrań, aby osiągnąć pewną spójność i już nigdy nie dopuścić do sytuacji, że mając w szafie wiele ciuchów, nie mieć co na siebie włożyć. Wszystko ma być przemyślane, dopasowane do siebie i.... do mnie.
Szukając inspiracji natknęłam się na fantastyczny blog o tematyce modowej. Zwykle nie śledzę regularnie wpisów na tego typu stronach, jednak tu zrobiłam wyjątek... i zakochałam się na amen. Ubierajsięklasycznie.pl prowadzi Maria - stylistka. Znajdziecie u niej dokładną analizę kolorystyczną, porady, jak dobrać bazę do typu urody, analizuje style, pokazuje przepiękne połączenia kolorów... Jednym słowem, warto do Marii zajrzeć, jeśli poszukujecie inspiracji do zmian lub zastanawiacie się, w czym tak naprawdę będzie Wam do twarzy.
Ja mam nadzieję pokazać Wam za jakiś czas efekty mojego romansu z Ubieraj się klasycznie. Nareszcie przyszła pora, by zrobić coś totalnie dla siebie. Mario, dzięki! ;-)
_______ Polub nas na Facebooku! ;-)
środa, 16 kwietnia 2014
Deszczowy poradnik zabawowy.
Kwiecień w naszym pięknym kraju zazwyczaj wygląda tak, jak w popularnym przysłowiu - pogoda przeplatana, w kratkę totalną. Bywają dni, że nie sposób wyjść z dzieckiem na dłuższy niż półgodzinny spacer. A wtedy popołudniowe godziny potrafią dłużyć się w nieskończoność.
Ponieważ ostatni tydzień charakteryzował się bardzo zmienną pogodą, zmuszona byłam w trybie natychmiastowym wymyślać zabawy, które zaciekawią moją roczną wiercipiętę. Nie było to wcale łatwe - Gaba niespecjalnie interesuje się swoimi zabawkami. Nawet te interaktywne nudzą ją po 5-10 minutach. Dlatego inwencja matki została wystawiona na ciężką próbę. W ruch poszły wszystkie zachomikowane w pudłach skarby, resztki wspomnień z własnego (odległego już) dzieciństwa... i voila! Udało mi się stworzyć listę zajęć na deszczowe dni.
Czym zająć roczniaka, gdy pada deszcz??
Zabawa w chowanego.
Pamiętacie to z dzieciństwa? Jedna osoba zakrywała oczy, czekała aż pozostali się schowają... a potem następowała główna część programu, czyli szukanie delikwentów.
Roczne dziecko nie będzie się bawić z nami w ten sposób, ale bardzo chętnie schowa się pod stołem, albo przykryje dużą poduszką i... samo pokaże się nam, gdy będziemy udawać, że nie możemy go znaleźć. Potem role można odwrócić, bo malec równie dobrze będzie szukał rodzica ukrytego za fotelem czy nawet zwykłą pufą. A gdy już znajdzie... kupa śmiechu gwarantowana!
Niezbędne jest tu oczywiście pełne zaangażowanie obu stron. Zabawa w chowanego potrafi jednak zająć dziecku trochę czasu - u nas trwa to co najmniej pół godziny.... i zwykle to ja męczę się pierwsza ;-)
Zabawa w pudle.
Dzieciaki uwielbiają małe przestrzenie. Dlatego, gdy postawiłam na środku pokoju wielkie pudło z zabawkami, te wyfrunęły na podłogę w tempie ekspresowym. W pudle znalazła się za to sama Gaba, z entuzjazmem oglądająca drobiazgi, wśród których posadziła pupę. Dobrym zagraniem taktycznym jest włożenie do takiego pudła jak największej ilości drobnych zabawek - nawet, jeśli każda z nich będzie w rękach malucha 10 sekund, to policzcie sobie, ile w sumie zyskacie czasu ;-)) Wszak każdy drobiazg trzeba dokładnie obejrzeć, nawet, gdy jest to grzechotka z odległych już czasów wczesno-niemowlęcych.
Piłeczki.
Wspaniały patent na dobrą zabawę, skradziony z tak popularnych sal zabaw dla dzieci. Najlepszym sposobem na frajdę dla maluszka jest zakupienie dużej ilości piłeczek i wrzucenie ich do kojca. Albo choćby takiego pudła na zabawki, jak w punkcie wyżej. Można nawet wykorzystać do tego celu duuuuży karton - po czymkolwiek.
My jeszcze (jeszcze!) nie mamy ogromu piłeczek. Przypadkiem znalazłam dwie w zestawie dużych, plastikowych klocków, którymi Gaba ewidentnie pogardziła. I to był strzał w 10-tkę! Rzucanie, kopanie, turlanie, odbijanie od podłogi... Zaciesz totalny. W tej zabawie muszę uczestniczyć bardzo aktywnie, bo tylko wtedy młoda jest zainteresowana. Gdy pojawiają się pierwsze oznaki znudzenia, angażuję do zabawy nawet miśki i lalki - one też potrafią kopać piłkę, przy ogromnym entuzjazmie mego dziecia.
Klocki małe i duże.
Od razu uprzedzam - u nas te duże to totalna klapa. Służą jedynie do tego, by nimi rzucać. Ewentualnie - można po nich chodzić i co chwilę się przewracać. Dlatego właśnie czekają na swe złote czasy ukryte w specjalnym schowku.
Ogromnym zainteresowaniem Gaby cieszą się natomiast te najzwyklejsze drewniane układanki. Nieważne, że nie potrafi jeszcze nic ułożyć! Chodzi o te małe elementy, kolorowe kwadraty, przeróżne kształty i wgłębienia na ich dopasowanie. Najlepsza zabawa w łóżeczku, a ja mam kwadrans na kawę. Zwłaszcza, gdy klocki i układanki połączę z kolejnym punktem...
Książeczki. Dużo, dużo książeczek.
Czasem śmiejemy się ze Ślubnym, że to jedyna rzecz, która jest w stanie zając naszą córkę na dłużej niż 10 minut. Najlepiej przeglądanie książeczek sprawdza się, gdy Gaba jest wyciszona - zaraz po przebudzeniu, albo przed snem. Ostatnio pobiła nawet swój rekord - zaczytała się do tego stopnia, że całą godzinę spędziła sama w pokoju. A potem... położyła głowę na poduszce i spała całą noc. Oto zbawienna moc literatury!
I tym sposobem przeczekałyśmy deszczowy czas. Na szczęście prognozy obiecują, że dziś ostatni tak chłodny dzień w naszym województwie. Od jutra znów 15 stopni... więc nawet z parasolem można ruszyć na wojaże.
A jak to jest u Was, gdy za oknem kiepska pogoda? W co się bawicie? Jak umilacie sobie czas z dzieckiem? Podzielcie się, może i ja podłapię jakiś nowy patent!
wtorek, 15 kwietnia 2014
Jak wygląda matka na rozmowie o pracę?
Tak się czasem życie układa, że matki poszukują pracy. W czasie popołudniowej drzemki latorośli piszą listy motywacyjne, między karmieniem a zmianą pieluchy przeglądają oferty, przychodzi więc taki moment, że Potencjalny Pracodawca oddzwania i zaprasza matkę na rozmowę. Zazwyczaj człowiek ów jest bardzo zainteresowany spotkaniem i krótką pogawędką, nie wie bowiem jeszcze z kim ma do czynienia.
Matka oczywiście się zgadza. Podskakuje nawet z radości. Dopiero po chwili dociera do niej powaga sytuacji.
Pierwsza myśl: "O boszzz, z kim zostawię dziecko?".
Druga myśl: "O boszzz, nie mam się w co ubrać!".
Panika sięga więc zenitu, jednak zaprawiona w boju kobieta mierzy się z wyzwaniem i organizuje małej wiercipięcie opiekę na dwie godziny. Oczywiście PP (Potencjalny Pracodawca) wymyśla sobie, że rozmowa powinna się odbyć albo wcześnie rano, albo w środku dnia, więc o wspomnianą opiekę wcale nie jest łatwo.
Druga myśl: "O boszzz, nie mam się w co ubrać!".
Panika sięga więc zenitu, jednak zaprawiona w boju kobieta mierzy się z wyzwaniem i organizuje małej wiercipięcie opiekę na dwie godziny. Oczywiście PP (Potencjalny Pracodawca) wymyśla sobie, że rozmowa powinna się odbyć albo wcześnie rano, albo w środku dnia, więc o wspomnianą opiekę wcale nie jest łatwo.
Prawdziwy dramat zaczyna się jednak w chwili, gdy otwierają się drzwi szafy. Tak tak, kombinować nad doborem stroju można cały wieczór,a skutek i tak będzie opłakany.
Jak więc wygląda matka na rozmowie kwalifikacyjnej?
![]() |
Źródło |
1. Sukienka.
Tak, motywem przewodnim jest sukienka. I to jaka! Kiecka pamięta czasy piękne, przedciążowe, czyli 10 kg mniej temu. Grunt, że jest rozciągliwa! Ponieważ musi okryć trochę więcej ciała, niż to wcześniej bywało, automatycznie staje się krótsza. No nic, może nie zauważą odkrytego kolanka...
2. Rajstopy.
Rzecz ważna i poważna. Jeśli będą w tym samym kolorze, co rzeczona sukienka, to faktycznie jest szansa, że odkrytego kolanka nie będzie widać. Jeśli nie ma wystarczającej ilości czasu na hmmm.. ugładzenie nóg , całkiem nieźle sprawdzają się rajstopy kryjące. Jest pięknie. A właściwie byłoby, jednak po wyjściu z domu prawie zawsze leci oczko, albo robi się w nich jakaś inna, potężna dziura.
Rzecz ważna i poważna. Jeśli będą w tym samym kolorze, co rzeczona sukienka, to faktycznie jest szansa, że odkrytego kolanka nie będzie widać. Jeśli nie ma wystarczającej ilości czasu na hmmm.. ugładzenie nóg , całkiem nieźle sprawdzają się rajstopy kryjące. Jest pięknie. A właściwie byłoby, jednak po wyjściu z domu prawie zawsze leci oczko, albo robi się w nich jakaś inna, potężna dziura.
3. Coś pod/na sukienkę.
Chodzi o bluzkę, sweterek lub żakiet. Oczywiście matka stara się ukryć niedoprane lub niedoprasowane mankiety i kołnierzyk, większy problem stanowi guzik, który nagle zaczął odpadać - najlepszy dowód na to, że nieużywane ubrania zjadają szafowe mole!
Chodzi o bluzkę, sweterek lub żakiet. Oczywiście matka stara się ukryć niedoprane lub niedoprasowane mankiety i kołnierzyk, większy problem stanowi guzik, który nagle zaczął odpadać - najlepszy dowód na to, że nieużywane ubrania zjadają szafowe mole!
3. Buty.
Nawet, jeśli będą to najlepsze buty z całej garderoby to i tak się okazuje, że zostały wymalowane kredkami, albo nakarmione brokułem. W wersji light znajdzie się w nich tylko jakiś klocek albo tona piasku. Paniki nie ma. Sytuacja w całości do opanowania.
Nawet, jeśli będą to najlepsze buty z całej garderoby to i tak się okazuje, że zostały wymalowane kredkami, albo nakarmione brokułem. W wersji light znajdzie się w nich tylko jakiś klocek albo tona piasku. Paniki nie ma. Sytuacja w całości do opanowania.
4. Makijaż.
Perfekcyjnie rozprowadzony fluid, delikatnie zaznaczona linia brwi, podmalowane oko. Rozmazane tu i ówdzie po soczystym buziaku dziecia na "do widzenia".
Perfekcyjnie rozprowadzony fluid, delikatnie zaznaczona linia brwi, podmalowane oko. Rozmazane tu i ówdzie po soczystym buziaku dziecia na "do widzenia".
W przypadku lęku separacyjnego "rozmazane tu i ówdzie" należy rozszerzyć na całą twarz oraz górną cześć garderoby...
5. Włosy.
Również perfekcyjnie... rozwiane.
6. Dłonie.
Szału to tutaj nie ma, zwłaszcza, gdy akurat zmywacz do paznokci "wyszedł" z domu. Na szczęście rekruter zwykle siedzi po drugiej stronie stołu, więc dość łatwo jest ukryć niedociągnięcia.
Również perfekcyjnie... rozwiane.
6. Dłonie.
Szału to tutaj nie ma, zwłaszcza, gdy akurat zmywacz do paznokci "wyszedł" z domu. Na szczęście rekruter zwykle siedzi po drugiej stronie stołu, więc dość łatwo jest ukryć niedociągnięcia.
Całości dopełniają:
rozbiegany wzrok, nieodłączny telefon ("jak sobie radzicie???") oraz "gdzie jest ta kartka z nazwiskiem Potencjalnego Pracodawcy". W torebce znajdziemy kilka kredek świecowych, niemowlęce skarpetki, opakowanie nawilżanych chusteczek lub zapas chrupek kukurydzianych - oczywiście w okruszkach.
Tak właśnie prezentuje się matka na rozmowie o pracę.
Zgadzacie się, że Potencjalny Pracodawca ma twardy orzech do zgryzienia?
rozbiegany wzrok, nieodłączny telefon ("jak sobie radzicie???") oraz "gdzie jest ta kartka z nazwiskiem Potencjalnego Pracodawcy". W torebce znajdziemy kilka kredek świecowych, niemowlęce skarpetki, opakowanie nawilżanych chusteczek lub zapas chrupek kukurydzianych - oczywiście w okruszkach.
Tak właśnie prezentuje się matka na rozmowie o pracę.
Zgadzacie się, że Potencjalny Pracodawca ma twardy orzech do zgryzienia?
______ Polub nas na Facebooku! ;-)
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Blog jak psychoterapia.
Kilka lat temu wybrałam się do psychoterapeuty. Miałam dość uciążliwy problem, z którym już od dłuższego czasu nie potrafiłam sobie poradzić, zaczęłam więc szukać fachowej pomocy. Na wizytę jechałam z niekrytą ciekawością - w końcu wiele lat temu sama marzyłam, by zostać terapeutką. Teraz miałam okazję zobaczyć, jak praca na przysłowiowej kozetce wygląda. I czy ta kozetka w ogóle tam stoi.
![]() |
welna.wordpress.com |
Dobrze zbudowana kobieta po 50-ce w długiej do kostek spódnicy i ze sporej wielkości kajetem słuchała mnie z miną taką, jakbym miała być największą porażką w jej karierze. Przez godzinę nie dowiedziałam się o sobie niczego nowego, a jedyną zmianą jaka w tym czasie zaszła był stan mojego konta - uboższy o 100 zł, co dla samodzielnie utrzymującej się studentki było dość dotkliwą karą.
Wróciłam do domu, włączyłam komputer i reaktywowałam zawieszony kilka miesięcy wcześniej blog. Jeden, drugi, trzeci wpis... Nagle okazało się, że wcale nie straciłam czytelników, a znajomi blogerzy od razu zaważyli mój powrót on-line. Zrobiło mi się dobrze. Bez wychodzenia z domu i całkowicie za darmo.
Myśleliście kiedyś o blogowaniu właśnie w ten sposób? Ja - od dość dawna. W końcu jest to pewnego rodzaju psychoterapia. Nawet, jeśli nie opisujesz ze szczegółami swojego życia, nie żalisz się na męża, teściową czy narastające poczucie smutku, w każdym wpisie wyrażasz siebie. Pokazujesz wyraźnie: "O tego, tego nie toleruję! Płakać mi się chce, gdy myślę o...". Budujesz nowe relacje, rozwijasz empatię, poszerzasz horyzonty, nabierasz pewności siebie... Nawet jeśli wydaje Ci się, że nie jesteś typem ekshibicjonisty, od czasu do czasu odsłaniasz przed nami duszę. I bardzo dobrze, bo to pomaga.
Blogowanie powinno się przepisywać na receptę! Oferty domen mogłyby stać w aptecznych gablotkach, zaraz obok syropu na kaszel. Taka terapia jest bardziej skuteczna i tańsza, choć nie pozbawiona skutków ubocznych. I wbrew pozorom, wbrew wszelkim stereotypom, jest to terapia innymi ludźmi.
Polub nas na Facebooku! ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)